Ukazał się kolejny Czas Fantastyki, a w nim, poza innymi atrakcjami, mój tekst o antologiach rodzimej hard SF - Science Fiction i Głos Lema pt. Wizjonerzy, epigoni, sceptycy, fantaści. Z racji sporej objętości tychże cegieł (łącznie 1350 stron) nie każde opowiadanko zostało wzięte pod lupę; zresztą, gdyby tak było, tekst zająłby cały numer CzF, a mi pisanie tegoż parę tygodni. Mam nadzieję, że jakąś esencję całości udało mi się wychwycić.
niedziela, 26 sierpnia 2012
sobota, 25 sierpnia 2012
“Lalka” i Alka
Alkaloid Głowackiego na pierwszy rzut oka sprawia
wrażenie inteligentnej gry z polską tradycją literacką. Dopisanie dalszych
losów Wokulskiemu w alternatywnej Polsce wygląda na porządny rodzimy steampunk,
chempunk czy inny new weird, a może i ciekawy przyczynek do dyskusji z polską
tradycją literacką czy historią. To z pewnością fantastyczna wycieczka na trochę
mniej eksploatowane tereny – lubimy średniowiecze, ostatnio drugą wojnę
światową i okolice, czasem romantyzm, ale rodzima tradycja pozytywistyczna? Jeśli
fantastyka operuje mitem, to fantastyka faktycznie ostatnio odgrzała nam
narodową mitologię, przypominając nam Konrada Wallenroda, Króla-Ducha,
powstańców warszawskich i królów wawelskich. Ale pozytywiści raczej słabo nadają
się do mitologizacji, choć epoka ta powinna być bliska każdemu przyzwoitemu
miłośnikowi SF, bo i Juliusz Verne, i steampunk, czyli i retro SF, i SF retro.
No tak, ale nie u nas.
U nas nie
kojarzy się z Imperium Brytyjskim ani Dzikim Zachodem i budowaniem potęgi, ale
z Nad Niemnem, germanizacją,
rusyfikacją i – chyba – Wokulskim, mitologicznym polskim self made manem, co to też na poły romantyk. Pokusić się o
fantastyczną kontynuację jego historii można, co też uczynił Głowacki.
Szybko okazuje
się, że Wokulski jest właściwie doskonale zbędny i można go zastąpić dowolnym
dziewiętnastowiecznym Kulczykiem czy Cejrowskim. Więcej, stanowi pewien zgrzyt
w konstrukcji historii alternatywnej, jaką jest Alkaloid. W powieści występują bowiem takie postacie jak Albert
Einstein, Winston Churchill, Nikola Tesla, Ada Byron, Thomas Carlye czy Oswald Spengler
– postacie, poza Wokulskim, wzięte z rzeczywistości, nie z klasyki literatury.
Zabawy literackie, w których Prus spotykałby Łęcką, a Sienkiewicz poszedłby na
piwo z Kmicicem fajne są w eksperymentach głównonurtowych, ale niekoniecznie w
porządnej fantastyce. Żeby jeszcze ów Wokulski miał cokolwiek wspólnego z
literackim pierwowzorem (w końcu wszyscy jesteśmy postmodernistami), ale nie ma
nic. Przez to sprawia wrażenie wabika na czytelnika, podobnie jak pseudonim
wybrany przez autora. Jest doskonale wymienialny jako osoba odkrywająca sekret
produkcji (destylacji) Alki z afrykańskiej rośliny, cwany kupiec i po części
polityk, wreszcie jakiś prawie totalitarny władca świata, Imć Hermenegeuta
Wokulski. Ochoczo zażywać Alkę i w stanie supermocy dokonywać rozwałki też
potrafi, a jakże.
Lalka Prusa wydaje się być zatem kontekstem
pozornym. Jest też nim Lód Dukaja.
Podróż Witkacego koleją transsyberyjską oczywiście przypomina nam peregrynacje
Benedykta Gierosławskiego, a i Rosja ogarnięta rewolucją też przypomina bogaty
krajobraz ideowy, gdzie odłamów i herezji jest więcej niż u protestantów. Ale u
Dukaja sekty, prawdziwe i wymyślone, czemuś służyły, choćby pytaniom o sensowność
naszych własnych przekonań i wiar – u Głowackiego jedynie przypominają o owej
anarchochrześcijańskiej tradycji Rosji, która nam się kojarzy głównie z carskim
zamordyzmem w wersji soft i bolszewickim w wersji hard. Tłuką się tutaj z
rewolucyjnym pozdrowieniem jedni z drugimi. Chociaż poza tołstojowcami, ci się
nie tłuką, bo to pacyfiści nieuleczalni; jak widać, hipisi nie odkryli Ameryki.
Więcej jest za
to różnych tradycji SF – „karty żakardowe” i alternatywne wobec elektrycznych
silniki arpegiczne i selenitowe napędzające m. in. latające welocypedy kojarzą
się ze steampunkiem; „narkotyczność” połączona z „wszechmocą” z Dickiem (Ubik, Trzy stygmaty Palmeta Eldritcha). Czwarta, skandynawska część
powieści, trochę zaskakuje pozytywnie. Pojawia się porządna dialogowość idei (spory
naukowców) i spekulatywność, powieść zahacza o „postludzką” hard SF, a wizja zuniformizowanego
społeczeństwa o antyutopię. Problem władzy absolutnej dla każdego rozwiązywał
ostatnio Dukaj w Science Fiction;
Głowacki skupia się głównie na problemie władzy politycznej, totalitarnej („jak
pozbyć się władzy nie używając władzy”), ale dobre i to.
Czytelne są echa
problemów nauki, dotyczących nie tylko możliwości podróży w czasie, ale też
problemu Einsteina z zaakceptowaniem losowości wszechświata („Świat nie jest
kasynem), symetrii i jedenastu wymiarów. Po części ma to jakąś wartość
edukacyjną, po części jest typowym SF-owym ściemnianiem, nie pozbawionym jednak
pewnego uroku, jak choćby w opisie maszyny do podróży w czasie.
W Alkaloidzie mamy czystą akcję, azjatycką
kopaninę, rosyjskie (czy hollywoodzkie) epickie kino wojenne, intrygi
szpiegowskie i polityczne, a nade wszystko klimat wielkiej przygody w
retro-egzotycznych klimatach, migających jak krajobrazy widziane z okien kolei
transsyberyjskiej. Chiny, Rosja, Polska, wreszcie Skandynawia – dla każdego coś
miłego, wszystkie o różnym stopniu alternatywności i przyszłościowości. Ani to Lalka, ani Lód, raczej fantastyczny Indiana
Jones. Wokulski w pewnym momencie siłą woli i Alki kreuje całą „interzonę
Polska” prawie dosłownie pstryknięciem palców – gdyby stworzył dowolnie inny
kraj, niewiele by to zmieniło.
Szkoda tylko, że
ze spekulacji Głowackiego niewiele wynika. W serii Zwrotnice czasu alternatywność historii służy czemuś, chociażby pytaniom
o „wrodzone” i „nabyte” cechy Polaków, które owa inność fantastyczna wydobywa,
o redefinicję pojęcia „honoru”, „patriotyzmu”, o sens bądź bezsens naszego
zamiłowania do ofiarnictwa, tradycji romantycznej etc.
Minusem jest fatalna
jakość druku wycinków prasowych „z epoki” – mikroskopijne dziwne czcionki na
ciemnoszarym papierze gazetowym graficznie są fajne, ale dla oczu to mordęga.
Nie lubię też sztucznego nabijania objętości książki dzięki zasadzie rozpoczynania rozdziałów od stron
nieparzystych, przez co Alkaloid jest grubszy o kilkanaście kartek.
Jeśli ktoś lubi
jednak steampunkowy klimat i SF-ową gadżeciarskość bez wyciągania konsekwencji,
przygodowy klimat, intrygi i pojedynki, bez przywiązywania się do bohaterów (co
część to inny bohater), może się powieść Głowackiego spodobać, choć na
przesadną dramaturgię nie ma co liczyć – skoro postacie mogą się multiplikować
kopizatorem, a za pomocą Alki dokonywać bilokacji i tworzyć zastępcze moduły
osobowościowe, trudno się na poważnie przejmować ich losami, bo często śmierć
okazuje się pozorna. Poszczególne części robią wrażenie dziwnie odmiennych
fragmentów patchworkowej konstrukcji. Kto wie, może jako zapowiadana powieść
graficzna będzie bardziej udana, w literackiej wersji pozostawia spory
niedosyt.
Aleksander Głowacki, Alkaloid. Powergraph, Warszawa 2012.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Lipiec 2012
Kolejne miesięczne sprawozdanie lekturowe – chcę
wyrobić pewną zwięzłość, bo inaczej recenzje rosną mi do niebotycznych
rozmiarów.
Sławomir Mrożek – Dramaty (Śmierć porucznika, Vatzlav,
Ambasador, Alfa, Portret)
Michał Protasiuk – Punkt Omega
Aleksander Głowacki - Alkaloid
Michael Marcus Thurner – Podróż Thurila
Stanisław Lem – Dzieła zebrane t. 18 (Wielkość urojona,
Prowokacja, Biblioteka XXI wieku, Golem XIV)
Maciej Zaremba Bielawski – Higieniści
Lee Silver – Raj poprawiony
Stanisław Lem – Dzieła zebrane t. 18 (Wielkość urojona,
Prowokacja, Biblioteka XXI wieku, Golem XIV)
Mrożek, podobnie jak Gombrowicz, bardziej mi
„leżał” w liceum (były to nareszcie jakieś lektury, które dały się czytać),
dziś leży mi umiarkowanie. Śmierć
porucznika to dość banalne rozliczenie z martyrologią romantyczną. Podobał
mi się antytotalitarny Ambasador,
wyglądający na „wałęsowski” Alfa i
„rozliczeniowy” Portret. Mrożek
wydaje się dotknięty klątwą dwudziestego wieku, który odkrył egzystencjalizm,
względność, nicość i inne takie. Podoba mi się antytotalitarna wymowa dramatów,
ale już niekoniecznie odmitologizowująca. Wolę literaturę mitotwórczą (Tolkien,
Marquez, Szostak) i generalnie budowanie nowych całości od rozkładania na
czynniki pierwsze.
Dalej – Punkt
Omega Protasiuka, którego książki poznaję niechronologicznie. Punkt Omega to światostwórczo raczej Uczta Wyobraźni niż SF bliskiego zasięgu
(Struktura, Święto rewolucji). Ale już w tej powieści widać zamiłowanie autora
do fabuł sensacyjno-kryminalnych-szpiegowskich, do podbudowy filozoficznej i
religijnej. Czyta się to jeszcze dość topornie i widać pewne podobieństwo do
Szydy w traktowaniu fantastyki jako powieści idei. I Szyda, i Protasiuk są z Poznania,
Szyda jest co prawda bardziej ortodoksyjny religijnie, ale i u Protasiuka też
tu i ówdzie religia wyłazi spod filozofii. Zamiar okrutnie ambitny, fantastyczna
powieść idei (starcie determinizmu z indeterminizmem) przełożona na fabułę i na
świat, gdzie ów spór nie tyczy tyle fizyki, co filozofii i socjologii – książka
celuje bardzo wysoko i podejrzewam wpływ wielu mądrych lektur. W późniejszych
utworach Protasiuk zyskuje zdecydowanie na czytelniczej atrakcyjności, nie
tracąc na głębi. Polecam, choć Punkt
Omega ma tu najwęższy krąg docelowy odbiorców. Takie hard SF, gdzie ‘science’ to nie fizyka, a filozofia. Autora
fascynuje też rewolucja – patrz późniejsze Święto
rewolucji, które było na tyle bogate, że wymiękłem przy pisaniu recenzji.
Alkaloidowi poświęciłem oddzielny tekst, tu dodam tylko, że
powieść wygląda jak stworzona przez jakiś „SF generator” – ładujemy 60 % akcji,
30 % steam-chempunkowych dekoracji, doprawiamy szczyptą modnej „polskiej
fantastyki”, (żeby zachęcić fantastów rozkochanych w polskiej tradycji) i Dickiem
(chcąc zachęcić miłośników pokręconych klimatów) i wychodzi nam Alkaloid. Nawet nie jest to złe, ale
zabrakło najważniejszego składnika. A porównanie tej powieści z Dukajem (Playboy)? Pewnie, tyle że u Dukaja
fabuła jest pretekstem dla wykreowanego świata, a u Głowackiego odwrotnie –
pościgi, intrygi i kopanina, a w tle dekoracje. Wydmuszka to nie to samo co
jajko, choć wygląda bardzo ładnie.
Podróż
Turila Michaela Marcusa Thurnera
(Austria) jest dość przeciętną realizacją space opery
dwudziestopierwszowiecznej, ale to, że jest nie do końca na poważnie to za
mało, by stawiać w szranki z Ijonem Tichym. Do Douglasa Adamsa też daleko. Tanatolog-grabarz
Turil kontra Kitarzy, kreawatarzy (skopiowane świadomości pośmiertne), sfery
statków i ich sternicy. Mogą się podobać różne kreacje Obcych i sztucznych
(sztuczno-ludzkich) inteligencji, ale niewiele z tego wynika. Powieść dla fanów
SF kombinatorskiej, ale jest to kombinatoryka w obrębie tradycji gatunku, nowej
jakości nie zauważyłem, nie ma tego spojrzenia w otchłań, co u Lema i Wattsa.
Choć, słabo zasygnalizowany problem sztuczności Łysego Wora (powieściowego
kawałka wszechświata) jest zasygnalizowany, może więc autor myśli o jakimś wyjaśniającym ciągu dalszym. Fanów „przygodowej”, rozrywkowej SF (sam liczyłem
na coś takiego) też nie usatysfakcjonuje, choć finałowe suspensy trochę
wynagrodzą cierpliwość czytelnika. „Poważne” traktowanie śmierci wydaje się być
dziwne w świecie, gdzie owa śmierć jest umowna, a biologiczna nie oznacza końca
egzystencji, bo można się pośmiertnie skopiować i zostać kreawatarem. Śmieszna
powieść specjalnie nie jest (choć na groteskowość czasem się sili), podbudowa
naukowa jest przeciętna, jako rozrywkowa przygotówka też przynudza – chyba do
końca nie usatysfakcjonuje nikogo, choć trochę świeżego spojrzenia na gatunek space
operę jest. Trzy plus w skali szkolnej.
Kolejny zaległy w trzech czwartych Lem oczywiście nie
rozczarowuje (tom XVIII Dzieł Zebranych
Agory, czyli Wielkość urojona, Biblioteka XXI wieku, Prowokacja i Golem XIV). O każdym utworze można pisać sążniste eseje.
Fascynuje/wkurza doszukiwanie się przypadkowości w powstaniu Układu
Słonecznego, świadomości (Das kreative
Vernichtungsprinzip. The World as Holocaust) czy ewolucji, co wydaje się jakąś
obsesją i prywatnymi porachunkami z ideą „wyższego sensu” czy zjawisk
teleologicznych. U Lema sensy powstają oddolnie, nie odgórnie. Fascynuje
żelazna logika myślenia i wkurza pisanie z perspektywy naukowej prawdy
absolutnej. W przeciwieństwie do wielu naukowców, według Lema nauka współczesna
wcale nie zachwiała tradycyjnym scjentyzmem i wizją świata jako
mechanizmu/organizmu, ale nawet go spotęgowała, tłumacząc rzeczy
niewytłumaczalne statystyką i aberracjami kwantowymi; by zaszło cokolwiek, wystarczy
odpowiednio długo poczekać. Chylę czoła przed rozumem (u Lema – Rozumem),
umożliwiającym takie wzloty wyobraźni i spekulacji. Ale klękać nie mam zamiaru.
I, jak zwykle, trochę niefantastyki i
niebeletrystyki. Świetni są Higieniści
Macieja Zaremby Bielawskiego, książka o eugenice negatywnej i sterowanej przez
państwo. Historia eugeniki jeży włos na głowie, setki tysięcy ludzi, głównie
kobiet, wysterylizowano po to, by nie pogarszały jakości „puli genów”, „zdrowia
narodu”, czy jak to zwał. Pewnie, że zazwyczaj nie było to „rasowe”, bo by się
kojarzyło z nazizmem, ale w praktyce wyglądało bardzo podobnie. Powody były
różne – jeśli ktoś był chory psychicznie, miał problemy z alkoholizmem,
depresją, a nawet… był bezrobotny i lubił prowadzić „wędrowny tryb życia”, miał
spore szanse na przymusową bezdzietność. By takim „ludziom klasy B” zatrzymać
rozrodczość, do czego pretekstem były teorie naukowe o dziedziczeniu. Autor
kompetentnie omawia dzieje tej poronionej idei w każdym kraju, gdzie
występowała, w tym propagowanie jej w międzywojennej Polsce przez ministra
zdrowia Tomasza Janiszewskiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Marię Pawlikowską-Jasnorzewską.
U nas jakoś nie chwyciło – byliśmy na szczęście za mało europejscy, a za bardzo
zacofani i katoliccy.
Najciekawsze było dla mnie szukanie genezy owej
idei – autor widzi ją w darwinizmie społecznym i w protestantyzmie, z jego
doktryną łaski dla wybranych (ci, którym się lepiej powodzi, są ‘wybrani’ przez
Boga). Kraje katolickie generalnie wyśmiały takie pomysły, tam eugenika
ograniczyła się do rożnie rozumianego „świadomego macierzyństwa” (tu dostaje się
i niechętnemu temuż katolicyzmowi, więc jestem spokojny o obiektywizm
autora). Katolik nigdy nie wie, czy jest zbawiony, czy potępiony, musi się
często spowiadać itd. – u protestanta łaska zależy od Boga i ją WIDAĆ (jej znakiem jest powodzenie życiowe), więc jeśli należy on do klasy
średniej, płaci podatki, to jest zwolniony od litości nad biedakiem i
alkoholikiem, więcej, jest taki dla niego raczej obiektem pogardy, którym ma się zajmować państwo. A że państwo tacy kosztują, to najlepiej, żeby się w ogóle nie pojawiali. W przedwojennym Poznaniu kalek było pełno, mieszkając w powojennej Szwecji autor nie widział ich wcale.
Uzupełnia się z tą książką popularnonaukowa
książka Raj poprawiony. Nowy wspaniały
świat? Lee Silvera, dość dawno napisana (lata 90-te) i pewnie w dużym stopniu już nieaktualna, ale można jeszcze dostać
na przecenie. Ta dla odmiany mówi o eugenice (przechrzczonej na reprogenetykę) pozytywnej i prywatnej,
komercyjnej. Momentami to czysta SF – otóż spekulowany podział na coraz
bardziej modyfikowanych genriczów” i „naturali”, których nie będzie stać na
polepszanie genów (począwszy od likwidacji dziedzicznych chorób, a skończywszy
na…?) doprowadzi do podziału na elojów i morloków za jakieś kilkaset lat.
Autora to niespecjalnie przeraża zresztą, bo przecież bogatsi i dziś zapewniają
dzieciom lepsze szkoły i lepszy start, to czemu nie lepsze geny, po co
ryzykować narkomanię czy depresję? Silver opisuje, co już można zrobić z
zarodkiem i co będzie można robić w niedalekiej przyszłości; „kreowanie”
naszego dziecka będzie czymś w rodzaju kreowania postaci w Simsach czy RPG, a
jeśli wspólna pula genetyczna moja i partnera nie wystarcza do stworzenia
‘superdziecka’ możemy ją generalnie pozmieniać albo zupgrejdować, dodając np.
radiotelepatię albo skorzystać z gotowca, klonując Toma Cruise’a. Brzmi jak SF,
na którą autor się zżyma, bo jej autorzy mącą ludziom w głowach, traktując na
równi to, co już w nauce można i to, czego nie można. Cóż, autor też mąci,
utożsamiając zarodki z komórkami naskórka, tak samo niezasługującymi na jakieś
specjalne traktowanie. Będzie nowy wspaniały świat, spełniona utopia,
biologiczna i społeczna „linia oporu” przesunięta bardzo daleko – ale raczej
tylko dla bogatych.
poniedziałek, 2 lipca 2012
Czerwiec 2012
W porównaniu z ilością książek, czytanych kiedyś przeze
mnie na polonistyce, teraz czytam okrutnie mało – średnio jakieś pięć do
siedmiu książek miesięcznie w porównaniu do jakichś dwunastu wówczas, nie
licząc fury kserówek… naprawdę się zastanawiam, kiedy miałem na to czas. Oto,
jak wygląda mój czytelniczy czerwiec 2012:
Otto Basil – Brunatna rapsodia
Sergiusz Bułgakow – Cuda Ewangelii
Waldemar Łysiak – Satynowy magik
Drew Magary – Nieśmiertelność zabije nas
wszystkich
Łukasz Orbitowski – Widma
Wit Szostak – Poszarpane granie
Wit Szostak – Dumanowski
Brunatna
rapsodia to kolejna pozycja z
cyklu alternatywnej historii pt. „Hitler wins”. Co prawda nie tak dobra jak Człowiek z wysokiego zamku Dicka, ale na
pewno lepsza od zbyt prostego Dźwięku
rogu Sarbana i nawet od Vaterlandu
Harrisa. Ciekawe w Rapsodii jest bardzo
silne podkreślenie okultystycznego aspektu nazizmu, ciekawe połączenie światowego
nazizmu z rasową fantastyką postapokaliptyczną (tak, atomówki sypią się gęsto),
gdzie pobrzmiewają jeszcze echa zimnej wojny (książka powstała w latach
siedemdziesiątych ), a już finał to rozpad wszystkiego i beznadziejny fatalizm
po zagładzie a’la Ostatni brzeg czy Droga.
Cuda
Ewangelii Bułgakowa to teologia
prawosławna sprzed stu lat wydana przez katolicką Frondę – spojrzenie na
tytułowe cuda jest rodem z SF (wiem, to moje skrzywienie czytelnicze). Wszystkie
cuda ewangeliczne ukazane są jako wcale nie wykluczone dla człowieka, ponieważ
odpowiada za nie „pierwiastek ludzki” Chrystusa, nie „pierwiastek boski”, w końcu apostołowie też je ochoczo czynili. A Jezus przecież powiedział, że „dzieła,
jakie ja czynię, i wy czynić będziecie, a nawet większe”. Nieśmiertelności nie
trzeba się bać, a granicą ludzkich mocy jest wskrzeszenie zmarłych (Łazarz się kłania).
Magię definiuje Bułgakow jako właściwą człowiekowi władzę nad przyrodą (!),
przy czym „biała” czyni rzeczywiste cuda i nie ogranicza ludzkiej wolności, a
„czarna” daje fałszywe znaki i ową wolność ogranicza.
Nieśmiertelność
zabije nas wszystkich Magary’ego
– wychodzi, że autor piszący do Playboya
i Penthouse’a bardziej boi się
stojącej być może za zakrętem nieśmiertelności niż ortodoksyjny Bułgakow, ot,
taki paradoks. Powieść ta to fantastyka bliskiego zasięgu, w której XXI wiek stoi
pod znakiem odkrycia specyfiku powstrzymującego starzenie się. Wówczas to
pojawiają się całkowicie nowe problemy etyczne (zatrzymanie dorastania
kilkuletniej dziewczynki przez kochającą matkę czy wstrzykiwanie specyfiku
zwierzakom domowym). Generalnie koncept przynosi dużo więcej szkody niż
pożytku. Tylko dlaczego cała reszta postępu stoi w miejscu i w 2090 roku mamy
wciąż rok 2010, te same internety, blogi i maile, trudno powiedzieć. Ale
książka nie jest zła, choć dla miłośnika SF nie jest żadnym wyzwaniem i
czyta się ją wręcz zbyt łatwo – co może być jednak zaletą dla nie-SFanów. No i
jest znaczącym (i kolejnym) przykładem lęku przed nadchodzącym postczłowiekiem.
Do Łysiaka mam słabość, okołomalarskie eseje w MW (Muzeum
Wyobraźni) to rewelacja, choć, gdy Łysiak wścieka się na politykę, czasem
irytuje mnie jego jednostronność i obsesyjność (choć często ma rację, niestety).
W Satynowym magiku bawi się Doktorem Faustusem czy Faustem (podobnie
jak Szyda w Fausterii), umieszcza
historię w latach 30-tych XX wieku i chodzi mu raczej o diabelskość ogólnototalitarną,
czyli hitlerowską i stalinowską (i postępową, dzisiejszą też),
połączoną/wynikającą z ludzkiej skłonności do głupoty, zabawy,
nieodpowiedzialności i relatywizmu etycznego. Smakowite anegdotki, wątki
poboczne i popisy erudycyjne, ale Satin mówiący Łysiakiem (w wersji czasem co
prawda bardziej cynicznej) to albo zapomnienie się autora albo celowy chwyt,
sugerujący pewną „obosieczność” nadmiernego oczytania, bo, jak pisał Jęczmyk, do
wszystkiego, co złe, dochodzi się własnym rozumem. Bardziej jeszcze niż u Szydy
ciężar erudycji przygniótł postaci i fabułę, ale nawet tylko dla owych smaczków
warto przeczytać.
W Widmach
Orbitowskiego Powstania Warszawskiego nie ma, ponieważ ingerencji sił
nadprzyrodzonych zawdzięczamy przymusowy pacyfizm pierwszego sierpnia –
przestaje działać broń u każdej ze stron. Potem mamy lata pięćdziesiąte i
inwazję innej rzeczywistości wdzierającą się w losy alternatywnego Krzysztofa
Kamila Baczyńskiego, rozdartego pomiędzy żoną Basią i obecną kochanką Hanią. Tak, jakby
wytrącona z torów historia zaczyna upominać się o swoje, i nawet odbudowa
Warszawy skażona zostaje jakimś depresyjnym fatalizmem. Wysoka poprzeczka,
okrutnie dużo udziwnionej fantastyki i „twardej, męskiej rzeczywistości” w
stylu Orbitowskiego. Początek powieści i finał satysfakcjonuje najbardziej,
środek jest trochę zbyt rozwlekły, ale ważna książka, choć takiego zachwytu jak
kiedyś Tracę ciepło u mnie nie
wzbudziła.
No i dwie pozycje Szostaka, zaległe Poszarpane granie (ładna dwuznaczność
tytułu w książce góralsko-muzycznej) i nowy Dumanowski.
Szostaka biorę wszystko, choć najbardziej go cenię wciąż za Oberki do końca świata – zgranie języka,
oryginalności świata i „czytelniczej wciągalności” udało się tam najlepiej. Pomimo
pozornej prostoty jego proza jest wyrafinowana okrutnie. Weźmy Poszarpane granie – raz mamy to świat
„przedchrześcijański” (częste wzmianki o Jedynym), innym razem, po narodzinach
mitu, przechodzący płynnie w teraźniejszość – czyli i Tolkien (Silmarillion) i Marquez (Sto lat samotności). Aha, trochę to też
taka „historia filozofii po góralsku” – co opowieść, to inny morał i inne
spojrzenie na rzeczywistość. Dodajmy do tego baśniowość i metatekstowość – o tej
prozie powinny powstawać magisterki i doktoraty. Dumanowski natomiast mitologizuje dziewiętnastowieczną, rozbiorową
historię Polski – Rzeczpospolita Krakowska to u niego jakaś ostoja
mieszczańskiej (mitycznej?) polskości.
Plany na lipiec – zacząłem Alkaloid Aleksandra Głowackiego i Atlas zbuntowany Ayn Rand, choć za skończenie tej drugiej pozycji w
szybkim tempie nie ręczę. Trochę zaległości z Uczty wyobraźni (MAG) – Bacigalupi (Nakręcana dziewczyna; Pompa numer sześć) i MacLeod (Pieśń czasu; Podróże). Szaniawski (Ikar; Wyspa) i Gombrowicz (Kosmos) – tytuły, których nie zmiażdżył walec
krytyki Lema w Listach (do Mrożka). Boża plantacja. Historia utopii
amerykańskiej Tomasza Żyro – temat mnie zaciekawił po Imionach Boga Dominiki Oramus, a i też chyba z pozycją Rand będzie
miał wiele wspólnego. No i coś dla relaksu wakacyjnego, bo wymienione tytuły
mogą się do tego celu nie nadawać – może Słońce
słońc Schroedera czy Szaleństwo
aniołów Kate Griffin, dla orientacji w temacie dzisiejszej typowej SF
(space opera?) i urban fantasy, bo do tego, co typowe, sięgam rzadko. Nie wiem,
czy lekki jest Herrenvolk Uznańskiego
– przeczytam na pewno, bo nominacja do Żuławskiego jest dla mnie ważniejszym kryterium niż zajdlowska.
środa, 30 maja 2012
Igraszki z diabłem
Cenię twórczość Szydy, najbardziej może ostentacyjnego katolika spośród
polskich regularnych fantastów (jakiś czas temu myślałem, że to raczej Twardoch
czy Huberath, ale jednak nie, patrząc na całokształt). Tytułowa Fausteria,
której historię autor Miasta dusz opowiada
w swej ostatniej powieści, to taka anty-Faustyna, która jednak nie doznaje
boskich epifanii, ale otwiera się na ciemną stronę, pozwala się kusić i
transmituje w Polskę i świat różne złe memy. Jako że owych sposobów ingerencji
demonicznych w (pop)kulturową rzeczywistość jest całkiem sporo, aby ukazać ich
jak najwięcej, autor każe jej pełnić kilka ról. I tak, powieściowa Fausteria to
między innymi:
- twórczyni popularnej grafiki użytkowej, opartej na „piekielnych” motywach
(w tym kart tarota), która trafia pod strzechy i odnosi olbrzymi sukces,
„diabelskie” motywy trafiają nawet na karty kredytowe (ani one, ani wolny rynek
nie są tak zupełnie niewinne);
- młoda zdolna skandalistka, która awansowała na salony – jej poza buntowniczki
jest zresztą środowiskową konwencją, oczekuje się od niej skandalu, dzikości i
nieokiełznania;
- autorka przedstawienia teatralnego, które „przemienia duszę Polski” na
ekologiczną, nowoczesną, postępową. W sztuce tej „martyrologiczna”, stara
Polonia symbolicznie umiera, a młoda, wysportowana Polska o ciele gimnastyczki
brata się na scenie z podobną sobie Germanią i uprawia z nią nie tylko
symboliczny seks;
- wieszczka narodowa (w transie mówi na przykład o tym, że „96 zginie 5 lat
po śmierci Rybaka” i o „złym kwietniu, który przesącza się przez tkankę
rzeczywistości”), która polską współczesną historię łączy z T. S. Eliotem
(„Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień”) i umieszcza na planie metafizycznym;
- twórczyni nowej teologii, według której zostanie docenione nie „lenistwo
duchowe”, ale „odwaga zerwania z Chrystusem”; mówi o „miłosierdziu diabła” i miesza
Blake’a z apokatastazą;
Wszystkie te „role”, „moce” są, najzupełniej dosłownie, efektem zaprzedania
duszy diabłu, podpisywania kolejnych symbolicznych cyrografów – Fausteria jest
kanałem transmitującym zło metodami właściwymi sztuce i popkulturze.
Skutkiem takiego rozwiązania, rysunek psychologiczny bohaterki, choć
wiarygodny w częściach składowych, jako całość wygląda zupełnie fantastycznie –
Fausteria to zarazem Masłowska i Mickiewicz, Warhol i Beksiński (może też
Nergal, ale to za duży cienias), femme fatale i nieortodoksyjny teolog – żadna
osoba raczej nie udźwignie tylu ról. Chyba że jest to umotywowane fantastycznie
– to nieustanne poddawanie się księciu ciemności i uleganie kuszeniu umożliwia
Fausterii granie tak wielu ról, a diabłu przecież zależy, by działać na wielu
frontach kultury. Ważne jest więc ukazanie ciemnej strony romantyzmu (epoki,
która uczyniła z szatana postać tragiczną) czy popkultury z diabłem niebezpiecznie
igrającej.
W demonizowaniu różnych zjawisk Szyda
trochę przesadza. Podobnie zresztą jak Konrad T. Lewandowski, który lubi
równoważyć uniesienia zbiorowe z opętaniem, a głównie w dążeniu do
indywidualności („heretyckości”) dostrzega jakiś „boski aspekt” człowieczeństwa.
U Szydy odwrotnie – to zbiorowa, oazowa religijność, z którą zetknie się na
chwilę bohaterka (gardząc nią jednak okropnie) zasieje w duszy bohaterki jakieś
ziarno, które w chwili Sądu Ostatecznego może zadecydować o zbawieniu, a nadmierny
indywidualizm to synonim pychy lucyferycznej wręcz. To według złej, „diabelskiej
teologii” Fausterii zostaniemy docenieni za przekorę, odwagę i sprzeciw wobec tego,
co oczywiste, czyli za trwanie przy „oczywistej” ludowej religijności. Wygląda
to na dwie kompletnie przeciwstawne religie, a przecież obaj deklarują się jako
chrześcijanie… Demonizowanie tłumu u Lewandowskiego i demonizowanie
indywidualizmu u Szydy mam za równie przesadne, choć raczej, w obecnej sytuacji
Polski i całego Zachodu wydaje się, że mamy do czynienia raczej z nadmiarem
indywidualizmu niż z jego brakiem, więc trochę przywrócenia poczucia wspólnoty nikomu
nie zaszkodzi. A sam Szyda staje się dzisiaj właśnie zbuntowanym kontestatorem,
skoro przypomina, zupełnie niemodne obecnie podejście, że pokora jest w oczach
Boga ważniejsza od samorealizacji za wszelką cenę i od wywyższania się ponad
„ciemny lud”. Wygląda na to, że to ortodoksja katolicka jest od dość dawna największą
herezją, o czym pisał Chesterton.
Poza owym przesadnym demonizowaniem
za odrobinę nieudane uważam nadmierne przeładowanie symboliką – lustra, kołyski
i trumny w ilościach hurtowych (opowiadanie Szydy Drabina i łańcuch miało ten sam problem z drabinami i łańcuchami). Samych
scen symbolicznego „podpisywania cyrografu” jest kilka albo kilkanaście. Może
to zresztą celowe, zaprzedanie się diabłu następuje w każdej chwili, nie jest
jednorazowym aktem. Wadą (albo zaletą) Fausterii
jest nieustanne popisywanie się erudycją, literacką, malarską, muzyczną. Erudycyjni
Huberath czy Dukaj zazwyczaj ukrywają, skąd czerpią inspiracje, Szyda natomiast
bombarduje nas nieustannie nazwiskami i dziełami, popisując się znajomością Manna,
Goethego, Blake’a, Rilkego, Nietzschego, Malczewskiego, Petera Gabriela… nazbierałoby
się tu kilkadziesiąt albo i kilkaset nazwisk. Erudyta składa hołd prostocie. Trudno
nie zauważyć w takiej metodzie Szydy pewnego konfliktu z przesłaniem powieści, chwalącej
przecież prostą, ludową, polską religijność, której symbolem jest obraz Jezu ufam Tobie, skontrastowanej zresztą
z niemiecką, wyrozumowaną i wyrafinowaną teologią. Niemniej sam autor raczej
nie jest „prosty i miłosierny”, ale nieprzeciętnie oczytany i walczący z tym,
co mu się nie podoba. Chociaż może nie tyle walczący, co dyskutujący z
tradycją, ale przeciętnego czytelnika może zaszokować, w twórczości ilu
uznanych artystów, literatów, filozofów według autora czają się demony.
Historia Fausterii przeplatana jest
fantastyką „zaświatową”, inspirowaną m. in. Wyspą
umarłych Böcklina
(ściągnięcie z Huberatha?) i „właściwą” historią alternatywną w dystopijnym
klimacie. W owym alternatywnym świecie nie było Faustyny, nie było
wstawiennictwa świętych – w efekcie Polsce zaaplikowano taki hardcorowy
totalitaryzm, przy którym PRL to bardzo małe piwo. Owa historia wydaje mi się
dodana trochę na siłę, by powieść pasowała do cyklu Zwrotnice czasu (główna historia – Fausterii nie dzieje się w
Polsce alternatywnej, ale współczesnej znanej; alternatywna – wobec świętej Faustyny,
która jak najbardziej istnieje w tym świecie – jest tylko bohaterka). Niemniej
Jęczmyk w notce okładkowej słusznie podkreśla ważność tego wątku, bo to on
dobitnie ukazuje, że święci „przestawiają dziejowe zwrotnice”. Bez Faustyny,
polskiego papieża i wstawiennictwa świętych w tym świecie jesteśmy Polską
Republiką Rad.
Podsumowując – pomimo pewnych cech, które sprawiają wrażenie grzechów
debiutanta (którym Szyda przecież nie jest), chcącego włożyć w powieść
najwięcej jak się da, Fausteria to
dobra i ważna powieść. Może pierwsza jego książka, która ma szansę spodobać się
szerszej publiczności, choć nie wiem, czy nie w zamierzony przez autora sposób
– jeśli ktoś jest zafascynowany demonicznością sztuki, pominie przesłanie i
będzie czytał książkę z wypiekami na twarzy, dowiadując się sporo o tarocie,
alchemii, mrocznym romantyzmie i zapomnianych pisarzach piszących o mroku i innych
diabłach. Oczywiście, wymowa powieści jest maksymalnie konserwatywna – lepsza
jest tradycyjna ludowa religijność, tradycyjna Polska i tradycyjna sztuka, nie
ta flirtująca z mrokiem (bo wówczas to mrok flirtuje z nami). Tylko że ideom
uznanym za niesłuszne poświęcone jest więcej miejsca niż tym „właściwym”. Może po
prostu łatwiej jest pisać historię o złu niż o dobru, o grzesznikach niż o
świętych i przyjemniej jest takowe czytać? Anioły przecież też są nudne, ale
jeśli są żądnymi władzy zakapiorami jak u Kossakowskiej – nudne nie są (choć,
oczywiście, zależy dla kogo).
Nie popisała się korekta, poza typowymi literówkami i brakiem interpunkcji
całe partie tekstu zgubiły kursywę.
Fausteria to znów tak
lubiane przeze mnie rozdroże i kolejna powieść, która ma problem z wirtualnym
odbiorcą – erudytę może odrzucić przesłanie, prostego katolika „mroczna” erudycja
i fantastyka (choć powieść oczywiście liczy na obie grupy docelowe). Dodatkowo
znajdziemy też tu, choć trochę zakamuflowaną, pochwałę racjonalnej mentalności
typowej dla science fiction – nieprzypadkowo bohaterka jest wrogiem szkiełka i
oka, a romantyczne „wieszczenie” artysty to otwarcie się na mrok. Prosty,
żarliwy katolik, ceniący sobie oczytanie w tradycji kulturalnej i jednocześnie będący
racjonalistą nie stroniącym od popkultury i fantastyki – czy to możliwe? Chyba
że jedno nie powinno wykluczać drugiego, i taki jest ideał pełnego
człowieczeństwa według autora – rozum i wiara, wiedza i miłość. To właśnie dla
niekontrolowanej wyobraźni, czyli… fantastyki (tej romantycznej i
popkulturowej, która często „nie jest tylko fantastyką”) jest tu najmniej
miejsca. Ale… czy można napisać o tym, o czym napisał Szyda, powieść
niefantastyczną?
Wojciech Szyda, Fausteria,
Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2012.
poniedziałek, 28 maja 2012
Już w latach sześćdziesiątych przyszli barbarzyńcy
Listy Lema do
Mrożka i z powrotem to dialog dwóch stojących ponad tłumem mędrców
utwierdzających się nawzajem we własnej mądrości. Bywa to często irytujące,
ale pewnie takie zadzieranie nosa to generalna przypadłość twórców
nieprzeciętnych. Choć dość zabawne jest, że sam Lem mimochodem przyznaje, że
„zawsze byłem tępawy nieco, tylko czasem potrafię nieźle udawać”, a Mrożek
przyznaje, że rozumie Lema piąte przez dziesiąte, a polemizowanie z nim uważa
za „stukanie dziecięcymi piąstkami w pancernik”.
W trakcie
lektury zdumiewała mnie bezbrzeżna pogarda i konserwatywne podejście do świata,
którego autorzy często wydają się kompletnie nie rozumieć. Lem, zaszokowany
popularnością „kudłatych Beatlesów”, naśladowanie ich stylu zrównuje z
„noszeniem gromnic w tyłkach, co by nawet nie przeczyło moralności, gdyby
jakieś klapki w spodniach”. Mrożkowi podoba się pomysł przywrócenia kary
chłosty dla brutalnej młodzieży, czym przebija pomysły niesławnego ministra
edukacji Romana Giertycha. Już w roku 1965 szokuje ich seks i przemoc w filmach
(„świat się jeszcze brandzluje pod przykrywką sztuki ale i to minie”; „dzisiejsza
popkultura to wyścigi w wystawianiu prącia” – Mrożek). Idiotyczna jest masowa
turystyka, propaganda sukcesu, kult nowości. Samo pisanie, nawet mądre, też
właściwie jest bez sensu – jak wiemy, według Lema powiększanie oceanu
informacji tylko utrudnia dostęp do rzeczy ważnych (ciekawe, co by powiedzieli
dzisiaj, w epoce blogosfery). O zachodnich reklamach, które „każą mi żreć jak
świnia i nie utyć” (Mrożek) nawet nie ma co wspominać.
Nie tylko
zresztą to, co masowe, jest przedmiotem miażdżącej krytyki. Także Tadeusz
Kantor i Samuel Beckett („taki niesamowity bełkot, że lepiej już nie można” –
Lem). Sartre i Różewicz („kryminały mogę czytać z nudów, ale ich nie dam rady”
– Lem). Francuska filmowa nowa fala, czyli Godard i Truffaut (ten drugi to
„cesarz hucpy i mikado pretensjonalności” – Mrożek). Roman Ingarden, którego
teoria recepcji literatury to „wydumki filozofa siedzącego w fotelu” – Lem). Dürenmatt,
Lowry, Andrzejewski („Idzie skacząc po
górach to pseudosalonowa grafomania” – Lem) – lista sław i autorytetów
sprowadzonych do parteru jest długa. Mrożek nie lubi nawet Szekspira,
największą atencję przejawiając chyba wobec Gombrowicza. Ale już Witkacego Lem
ceni dosyć umiarkowanie – choć „ten przynajmniej z jaj i kiełbas (jeśli to się
z czymś kojarzy, to powinno) potrafił metafizykę zrobić”, to miał „osobowość
bogatą, ale i dziecinną”.
Czy kogoś cenią?
Ulubionym filozofem Lema jest Schopenhauer, wart lektury jest Dostojewski, Kafka
i Mann, umiarkowane pochwały dostaje Herzog
Bellowa. Też Grabiński („taka międzywojenna poczciwość co się na demoniactwo
sili” – Lem) czy… Le Carré (Ze śmiertelnego zimna, chyba
wypada przeczytać). Oczywiście Lem ceni dramaty i opowiadania Mrożka, choć
czasem poddaje je surowej wiwisekcji (zwłaszcza Tango, ale, gdy utwór pokrywa się patyną ogólnego szacunku, zmienia
zdanie). Mrożek twórczość Lema oczywiście chwali, choć rzadko o niej pisze coś
konkretnego (o nauce i o SF właściwie nie dyskutuje, skupiając
się na walorach czysto literackich) i woli Lema stąpającego twardo po ziemi
(Ziemi?), tak jak w Wysokim Zamku, a
na Summę technologiae reaguje długim
i namiętnym manifestem antytechnologicznym czy „antypostludzkim”.
Generalnie obaj
szydzą z różnych egzystencjalizmów, postmodernizmów i awangard, wykpiwają
pustkę, której odkrywaniem zajmowała się lwia część literatury i sztuki
dwudziestego wieku, ale też – obaj zapełnianie tej pustki mają za czynność czy
to jałową, czy szkodliwą. Tacy Anglosasi zapełniają ją „bezsensownym hobby”, a
inni, co gorsza, „całościową ideą”, „konsekwentnym światopoglądem” – faszyzmem,
katolicyzmem, wszystko jedno. Pisze tak Mrożek, ale w innym miejscu tęskni do
świata, który taką „całościową ideę” posiadał – Pax romana, uniwersalizm chrześcijański – ech, to były czasy. Stare
umarło, nowe jeszcze się nie narodziło (pytanie, czy w ogóle chcemy, by się
narodziło, skoro względność i absurd prawd wszelkich odkryliśmy), więc jedynym
wyjściem jest marudzić nad opłakanym stanem duchowym ludzkości, jednocześnie
będąc głęboko przekonanym, że lekarstwo będzie gorsze od choroby. Choć nie jest
to diagnoza ogólnoświatowa; Lem mówi, że o ile na Zachodzie są fajne rzeczy (do
kupienia), ale niefajni ludzie, o tyle w ZSRR właściwie odwrotnie, a Rosjanie chwaleni
są właśnie za ten obcy ludziom Zachodu „głód metafizyki” (i kto to mówi…),
zaspokajany zresztą przez… Solaris, i
w ogóle mają bardziej zachłanne, młodzieńcze, na poły sakralne podejście do
sztuki – może dlatego, że nie przeżyli ruchu awangard. Ateistyczny pisarz
zaspokajający metafizyczne tęsknoty ateistycznego społeczeństwa – to dopiero
science fiction.
W podejściu takim,
charakterystycznym nie tylko dla Lema i Mrożka, ale dla większości
dwudziestowiecznych intelektualistów, widzę jakąś skrajną niekonsekwencję –
ekscesy komunizmu i faszyzmu sprawiły, że wszelka „ideowość”, „całościowość”,
„metafizyka” są traktowane z najwyższą nieufnością, ale też czasem wychodzi
gdzieś tęsknota za jakimś usensownieniem świata, za zapełnieniem układanki
„ostatnim i najważniejszym brakującym elementem” (Mrożek przyznaje się nie do
ateizmu, a do agnostycyzmu, czyli niewiedzy „w tym temacie”). Dla ludzi Zachodu
alternatywą dla własnych skompromitowanych światopoglądów był i jest pozornie
bezideowy new age, bo natura (ludzka
też) nie znosi próżni. Lem też zresztą miał swoich „bogów”, ale to już temat na
całą książkę (jedna już powstała – Bogowie
Lema Marka Oramusa).
Po przeczytaniu Listów lepiej rozumiem, dlaczego Lem
ignorował literackie mody i zwracał się do SF, a w lekturach ceniąc poczciwe
kryminałki wyżej od Sartre’a, ale poczucie własnej wyższości uniemożliwiło mu
chwalenie popkultury – a już do SF zraził się w stopniu najwyższym, bo – ani
nie była taką, jaką ją wymarzył, ani też nie przyczyniła się do jego
„salonowej”, „akademickiej” popularności. Pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy
paperbacki Lema trafiły na międzynarodowe lotniska, uznał chyba, że taka masowa
popularność i podwajający się corocznie stan konta jest czymś na otarcie łez, i
jak na pisarza „z dalekiego kraju” osiągnął jednak taki sukces, o jakim reszta
polskiego literackiego świata może tylko marzyć. W Polsce status salonowego
mędrca osiągnął właściwie jeszcze później i choć jego sądy na temat polityki i
religii (czy nawet Internetu…) czasem zaskakiwały dyletanctwem, to salon je
wykorzystywał na zasadzie „argumentu z autorytetu”, który to, jak wiadomo, ma
zawsze rację, bo jest autorytetem.
Kilka słów o
eskapizmie – Lem w pewnym momencie przyznaje się, że o peerelowskim syfie
bardzo pisać nie chce, a i na Zachodzie też nie potrafiłby się odnaleźć z
powodu panującej tam wszechobecnej głupoty – więc „ponapychał rakiety kłębkami
problemów” (a docenili go za rakiety, nie za problemy). Problemy te, te
wszystkie fantomatyki i nowe kosmogonie były oczywiście problemami księżycowymi,
co nie znaczy, że siermiężna rzeczywistość była mu obca. Sporo tego w Listach znajdziemy, walce z biurokracją
i niesprawnymi samochodami poświęca on sporo miejsca. Patrząc z tej
perspektywy, to dzięki takiemu „eskapizmowi” Lem nie zajmował się opisywaniem
polskich odwiecznych tematów i naszym pojedynkom z historią i polityką.
Podobnie, odniosłem wrażenie, „uciekał” on od samego siebie – żadnych
autoanaliz psychologicznych i rozpoznawania meandrów własnej duszy (na co
czasem pozwala sobie Mrożek). Świat jest ciekawszy niż ja sam, świat można
próbować zrozumieć i poznać. Same lokalne uwarunkowania
historyczno-geograficzne też są właściwie nudne, lepiej zająć się filozofią,
nauką i przyszłością. Pewne cechy osobowościowe „pisarza SF” istniały zatem u
Lema w stanie krystalicznie czystym, pomimo bezbrzeżnej pogardy wobec tej
literatury i pomimo tego, że sam cenił bardziej swoje kilkusetstronicowe
traktaty o wiele bardziej niż „baydoły”.
Jeśli ktoś chce
poznać Lema i Mrożka od innej, bardziej osobistej strony, powinien Listy przeczytać. Czytelnik dowie się też
o doli pisarza w PRL – niby ciężko, cenzura, biurokracja, głupota, ale też pewne
uprzywilejowanie, większe przyzwolenie na „nierynkowe” traktowanie twórczości.
Być może intelekty pokroju Lema istnieją i dzisiaj, ale nie parają się
literaturą; słowo pisane straciło dziś na wartości, bycie omnibusem wszechnauk i
zarazem wybitnym literatem stało się nierealne kompletnie, a na
międzynarodowych lotniskach i tak rządzą paranormalne wampiry. Gdyby dołączył
do nich niejaki Jacek Dukaj, nie miałbym nic przeciwko…
Stanisław Lem,
Sławomir Mrożek: Listy 1956-1978.
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
piątek, 18 maja 2012
Fides + ratio = SF?

W najnowszym "Czasie Fantastyki" (2/2012) ukaże się mój felieton na temat "Imion Boga" Dominiki Oramus, pierwszej w Polsce tak obszernej pracy na temat powiązań religii z fantastyką. Autorka zajmuje się głównie autorami amerykańskimi, przy czym bierze na warsztat nie tylko Dicka, ale też ciężarówkę książek mniej ambitnych. Znane mi recenzje zarzucają Imionom Boga zbytni elitaryzm i przerost ambicji tudzież przechył moherowy - osobiście niczego takiego nie zauważyłem, o wiele bardziej zadzierał nosa Lem w Fantastyce i futurologii, a o wiele większy przechył moherowy cechował Tolkiena; wystarczy poczytać Listy. Wychodzi, że dzisiaj zasłużyć sobie na etykietę snoba czy katola jest o wiele łatwiej niż dawniej; czyżby rzekome wszechobecne "zaniżanie wymagań" było prawdą?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










