Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaświaty w fantastyce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaświaty w fantastyce. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Wrzesień 2014

Pokłosie września - pięć zrecenzowanych książek, dwa filmy i jeden serial.

Filmy - Medicus i Pod skórą, serial Penny Dreadful;

Książki - "zaświatowe" fantasy, czyli Szczęśliwa godzina w piekle Tada Williamsa i Na drugą stronę Anny Kendall (Nancy Kress), romantyczny kryminał czyli Kamienne twarze, marmurowe serca Rafała Dębskiego, powieść o holokauście - Tajemnica mojej matki Jenny L. Witterick, no i kontynuacja powieści Janusza A. Zajdla, czyli Drugie spojrzenie na planetę Ksi Marcina Kowalczyka.

Nie piszę recenzji z czytanych równolegle "Rakietowych szlaków" w wyborze Jęczmyka i Sedeńki (cztery tomy za mną) - trochę dla przypomnienia, trochę dla załatania dziur w żelaznym kanonie SF. Antologia rewelacyjna.

Plany na październik (jak zwykle ambitne ;) :

-Mariusz Bechta, Pogrom czy odwet
-Michał Chaberek OP - Kościół a ewolucja + Stworzenie czy ewolucja?
-Guillermo Del Toro, Chuck Hogan - Wirus (+ serial The Strain)
-Mira Grant - Blackout (trzeci tom Przeglądu Końca Świata)
-C.S. Lewis - Przebudzony umysł
-Kate Elliott - cykl Korona gwiazd (piąty tom się ukazał)
-Elżbieta Cherezińska - Niewidzialna korona
-Django Wexler - Tysiąc imion
-Warren Ellis - Wzorzec zbrodni
-Nathan Belofsky - Jak dawniej leczono



sobota, 22 stycznia 2011

C. S. Lewis - Podział ostateczny

Jest jednym z paradoksów, że jednym z najpoczytniejszych teologów był w XX wieku C. S. Lewis, który nie był z wykształcenia teologiem. Zresztą, nie był nawet katolikiem, tylko anglikaninem. Lekkość pióra szła u niego w parze z erudycją i pewnym radykalizmem religijnym – zapewne stąd bierze się jego popularność. Może tęsknimy do pewnego radykalizmu, ale częsta niestrawność kościelnego dyskursu powoduje, że wolimy czytać C. S. Lewisa czy G. K. Chestertona, czy – ostatnio – Szymona Hołownię, znanych z lekkiego pióra.

„Podział ostateczny” to jedna z mniej znanych książek autora Opowieści z Narnii, opisująca ni mniej, ni więcej, tylko podróż po Zaświatach – począwszy od Szarego Miasta (będącego piekłem albo czyśćcem),a  skończywszy na Górze (Niebie). Po drodze mamy kawał fajnej teologii, z czasów chyba większej wiary w piekło niż obecnie. No i mnóstwo aluzji literackich, z Dantem i Miltonem na czele.

Sporo tez Lewisa zaskoczyć może kogoś przyzwyczajonego do letniej wizji chrześcijaństwa. Upieranie się, że Bóg i tak nas wpuści do nieba ze względu na kochającą nas rodzinę, nazywa szantażowaniem Stwórcy. Okazuje się też, że istnieją grzechy intelektu, a rzekome bohaterstwo buntowników to bardzo często płynięcie z prądem mody intelektualnej, a heretykiem łatwiej być niż ortodoksem (czy nasza „heretyckość” nie karmi aby naszego ego?). Albo inny przykład - na niebo okazuje się nie zasługiwać matka, która zbyt zaborczo kocha swoje dziecko, albo pewien uczciwy Kowalski, który nie może znieść tego, że do raju wpuścili mordercę - przecież to skandal, bo ja byłem taaaki uczciwy.

Cóż, okazuje się, że takie miejsce jak piekło jest jak najbardziej potrzebne, żeby sprawiedliwości stała się zadość – niemniej, każdy – absolutnie każdy – może  dostać się do nieba, nawet w tej „poczekalni” wciąż jest nadzieja - warunkiem jest powiedzenie Bogu „bądź wola Twoja”. Zaś jeśli do nieba iść nie chcemy – wtedy Bóg nam powie „bądź wola Twoja”. Z całą pewnością zatem niegrzeczne dziewczynki pójdą tam, gdzie chcą.

Ciekawych więcej szczegółów z podróży po zaświatach czy alegorycznego ukazania innych niewłaściwych postaw odsyłam do lektury książki Lewisa. Lubiącym fantastyczne „gdybanie” na teologiczne tematy z pewnością „Podział…” przypadnie do gustu. Zresztą, odnoszę wrażenie, że pewne prawdy teologiczne łatwiej ukazywać w fantastycznych sceneriach – typowy realizm jest raczej z założenia nie sprzyja metafizyce, a już z całą pewnością nie dosłownej. A jako że nie ma czegoś takiego jak „opisana i ukazana metafizyka”, ucieczka w fantastykę jest jedynym rozwiązaniem – z czego zdaje sobie sprawę autor, pisząc we wstępie, żeby broń Boże nie traktować jego wizji dosłownie.
 

Kevin Brockmeier - Krótka historia umarłych


Powieść Brockmeiera opowiada o zagładzie ludzkości na taką skalę, że Bastion Kinga i Droga McCarthy’ego mogą się schować – na Ziemi wirusową pandemię przeżywa jedna (!) osoba – młoda kobieta o swojsko brzmiącym nazwisku Laura Ptack. Do rozpowszechnienia wirusa wykorzystano poczciwą… coca-colę, która ma jedną rozlewnię na świecie (w Wenezueli podobno), więc wystarczyło zawirusować jeden zbiornik. A jak wiadomo, coca-cola trafia wszędzie, nawet Cejrowski przywlókł ją do dzikich plemion, a mnisi tybetańscy popijają tym szlachetnym nektarem korzonki i jagódki. Dalej już poszło z górki, wirus rozprzestrzenił się sam. Brzmi to niezbyt niewiarygodnie, ale też nie o wiarygodność takiego scenariusza tu chodzi.

Połowa książki to historia arktycznej wędrówki owego ostatniego człowieka - Laury, która miała szczęście akurat przebywać na Antarktydzie, gdzie nie dosięgły jej macki wirusa. Podróż ta opisana na tyle wiarygodnie, że zastanawiałem się, czy autor nie tam nie jeździ regularnie na ferie zimowe, ale on sam w posłowiu skromnie twierdzi, że korzystał tylko z relacji innych podróżników. Zadanie Laury do prostych nie należy - przy temperaturach dochodzących do minus siedemdziesięciu, szczelinach w lodowcu i wichurach; gorzej, gdy bohaterka stopniowo zdaje sobie sprawę, że naprawdę została ostatnią żyjącą na planecie – czy jej wysiłek ma wtedy sens? Owszem, ma. Może nawet  zwłaszcza wtedy.

A teraz niespodzianka. Ta powieść to zarazem czystej wody… fantastyka religijna, ponieważ owa historia naszej polarniczki przeplatana jest relacją z zaświatów. Owe zaświaty to taka stacja przestankowa pomiędzy naszym światem, a prawdziwą krainą zmarłych. Autor wykorzystał w swej kreacji wierzenia afrykańskie – niektóre plemiona uważają, że przez pewien czas po śmierci ludzie są „żywymi trupami” (nie chodzi o zombie) – jeśli żyją jeszcze w naszej pamięci, przebywają w olbrzymim mieście (Mieście) o nieskończonych rozmiarach i płynnych granicach. Gdy zaś umiera ostatnia osoba pamiętająca o danym zmarłym – znika on z miasta i przenosi się… gdzie? Tego nie wiemy, a i autor zostawia tu miejsce dla Tajemnicy. Pobrzmiewają w tej koncepcji pewne echa czyśćca, choć nie jest to miejsce kary, tylko raczej miejsce pamięci.

Więc połączymy ze sobą te dwie historie…  i otrzymamy krainę, którą przy „życiu” utrzymuje pamięć jedynej żyjącej na świecie osoby, czyli właśnie Laury. Ów zaświat więc to w pewnym sensie krajobraz wewnętrzny naszej bohaterki, składający się z tego, co pamięta ona o naszym świecie - nie tylko o ludziach, ale też o przedmiotach czy instytucjach.  W zaświatach śledzimy historie kilku ważnych postaci z jej życia, które zresztą nie od razu zdają z tego sprawę z tego, co je łączy. Nawiązują one tam ze sobą nowe relacje – może faktycznie jednak to jest pewna forma czyśćca, gdzie mają jeszcze jedną szansę zachowywać się „po ludzku”?

Byłaby to okrutnie smutna historia – w końcu umarł jeden świat, a ten drugi też odchodzi w niepamięć (Laura przecież musi kiedyś umrzeć, a wraz z jej śmiercią zniknie owe zaświatowe miasto), ale pomimo tego jest ciepła, wzruszająca, momentami zabawna. Taka elegia na odejście – światów i ludzi. Ciekawy przypadek, gdy dwie konwencje -  fantastyki katastroficznej i fantastyki religijnej - dały w rezultacie historię o pamięci, o odchodzeniu. Pogodzeniu z życiem i ze śmiercią.

Zgodnie z zasadą „jeśli coś jest dobre literacko, to nie może być fantastyką”, wydawca niespecjalnie akcentuje owe powinowactwa, a przecież tematycznie powieść bardzo przypomina np. eschatologiczne i katastroficzne opowiadania Marka Huberatha z tomu Balsam długiego pożegnania. Podobnie jak tam, owe konwencje nie są celem samym w sobie, ale mają na celu ukazanie człowieka w różnych skrajnych sytuacjach, a także przypomnieć o wertykalnej perspektywie naszej egzystencji.

(recenzję pisałem w lipcu 2010)

Neil Gaiman - Księga cmentarna

Jeśli ktoś będzie przenosić Księgę cmentarną na ekran (a Gaimana ostatnio przenosić lubią), najlepszym reżyserem byłby Tim Burton – powieść Gaimana jest bardzo burtonowska, wygląda zresztą, jakby pisana specjalnie pod tego reżysera. Zamiłowanie do trupio-zaświatowej, lekko kiczowatej makabry, wiekowy cmentarz zamieszkany przez strraszne, ale i sympatyczne duchy, świadomość dużej umowności przybranej konwencji i puszczanie oka do czytelnika / widza.  Johnny Depp mógłby zagrać opiekuna- mentora głównego bohatera - Silasa, albo głównego przeciwnika, Jacka Frosta. No chyba że zrobią z filmu animację w stylu Koraliny – też można. 

Jest to powieść raczej dla trochę młodszego, kilkunastoletniego  czytelnika, co nie znaczy, że dorośli nie przeczytają jej bez przyjemności, choćby dla wyszukiwania nawiązań i cytatów, bo Gaiman to postmodernista pełną gębą. Los głównego bohatera – Nika (zdrobnienie od Nikt) Owensa – poznajemy od kołyski do okresu dojrzewania, wchodzenia w dorosłość. Zostaje on  ocalony - trochę dzięki własnej inicjatywie (wieje z łóżeczka), trochę dzięki pomocy duchów zamieszkujących pobliski cmentarz - z rzezi, jakiej dokonuje na jego rodzicach i siostrze główny powieściowy szwarccharakter, Jack Frost. Motywacje tego okrutnego czynu poznamy dużo później. Wraz z wiekiem, chłopiec wykazuje się niesamowitymi zdolnościami. . .  skąd my to znamy? Harry Potter? Ciepło, ciepło. Mojżesz? Jeszcze cieplej...

Nikt (imię nieprzypadkowe) jako jedyna w swoim rodzaju istota żyjąca na granicy dwóch światów – chłopiec wychowany przez duchy, nabiera oczywiście pewnych spirytualnych umiejętności (taki Tarzan wśród małp też nabrał pewnych, hmm, przyzwyczajeń). Potrafi sprawić, że szybko o nim zapominamy (patent Facetów w czerni), potrafi zsyłać ogromny strach, a nawet nocne koszmary (patent Freddy’ego Kruegera). Gaiman odwraca tu konwencję po mistrzowsku, zazwyczaj horrory odwrotnie wartościują i cmentarze i tego typu istoty. Dla tego świata nasz sympatyczny bohater, dziecko właściwie, jest przecież potworem, duchem, koszmarem.

Zastanawiam się, jakie by tu przesłanie dałby się wyciągnąć z tej powieści i myślę, że chodzi Gaimanowi o oswojenie śmierci, podobnie jak w średniowiecznym tańcu ze śmiercią,  danse macabre (odpowiednią scenę też mamy w utworze). Duchy nie są takie straszne, to one chronią chłopca przed złym Jackiem, w końcu człowiekiem  z krwi i kości. Cmentarz jest azylem, to w świecie ludzi czyhają niebezpieczeństwa, jak np. w szkole, terroryzowanej przez parę nastolatków, Micka i Mo (czyżby kłaniali się Urodzeni mordercy?).  /
Powieść kończy się, gdy Nikt wkracza w dorosłość, opuszcza cmentarne ciepełko, zatracając powoli swoje ochronne, magiczne umiejętności. Stwierdza, że świat żywych, choć niebezpieczny, jednak jest wart poznania, wart życia. Symbolicznie przechodzi z niepełnego istnienia w pełne – jak każde dziecko wkraczające w dorosłość. Powieść wręcz momentami sprawia wrażenie napisanej tak, by interpretować ją wedle psychoanalitycznego klucza 

W finale zatem ta cmentarno-trupia powieść przechodzi w pean na cześć życia. Zmarli już nic nie mogą, stracili swój potencjał, nawet się nie starzeją, zachowując wiek, jaki posiadali w momencie śmierci. My, żyjący, nie powinniśmy uciekać w jakieś pół-życie, życie niepełne, choć jest łatwiejsze i pozbawione ryzyka. Umrzeć i tak zdążymy 

Nie jest to aż takie proste czytadełko, na jakie wygląda, o czym świadczyć może poniekąd nagroda Hugo w roku 2009 (brak o tym wzmianki na okładce, pewnie wydano powieść przed jej otrzymaniem). Inteligentna proza – Gaiman składa ze znanych i oczywistych, niekiedy tandetnych i kiczowatych  elementów nową jakość – jest to jednocześnie ciepła i wzruszająca historia o chłopcu-duchu, pełna wyrazistych i sympatycznych (zazwyczaj) postaci, a także kopalnia nawiązań i do kultury wysokiej, i do popkultury. Poza tym każdy czytelnik może zinterpretować ją na swój własny sposób. 

(recenzję pisałem w lipcu 2010)

Marek S. Huberath - Balsam długiego pożegnania

Książka ta jest zbiorem opowiadań pisarza z Krakowa, „w cywilu” będącego pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego (co najmniej doktorem). Obok Dukaja jest to z całą pewnością najwybitniejszy twórca polskiej tzw. „problemowej” fantastyki, czyli aspirującej do czegoś więcej niż łubu-dubu w kosmicznych albo pseudośredniowiecznych dekoracjach (nie mam nic przeciwko łubu-dubu od czasu do czasu, ale zachowajmy proporcje).

Zbiór jest trochę nierówny, opowiadania w nim zawarte powstawały na przestrzeni dwudziestu lat. Pierwsze z nich, „- wrócieeś Sneogg, wiedziaam…”, powstało w połowie lat osiemdziesiątych i wygrało Literacki Konkurs Fantastyki z… „Wiedźminem” Sapkowskiego, który w tym samym konkursie zdobył jedynie trzecie miejsce (utwór Huberatha był pierwszy). Było to wyraziste opowiadanie, z nurtu fantastyki katastroficznej, z dziećmi - upośledzonymi mutantami w roli głównej, naładowane olbrzymią dawką emocji i będące wyrazistym sprzeciwem przeciw nieetycznej inżynierii społecznej, wspomaganej przez biotechnologię. Brak happy endu, lakoniczność godna Hemingwaya czy Cormaca McCarthy’ego – taka SF musiała zwrócić na siebie uwagę.

W kolejnych latach okazało się, że utwory Huberatha wciąż są przepełnione śmiercią, światami skonstruowanymi wedle skrajnie totalitarnych reguł – ale, paradoksalnie, nawet w takich światach możliwe jest ocalenie człowieczeństwa. Im dalej, tym więcej u krakowskiego autora eschatologii i teologii, ale tu też widać pewien postęp – stopniowo, od fascynacji „piekielnych” (Kara większa), zaczął on kreślić fantastyczne wizje raju, a przynajmniej jego przedsionka (opowiadanie „Balsam długiego pożegnania”, napisane stosunkowo niedawno).

Najlepszym utworem zbioru jest wspomniana „Kara większa” – wizja piekła jako obozu koncentracyjnego i jednocześnie sowieckiego łagru zostaje w czytelniku na długo, i jest to niewątpliwie piekło na miarę XX wieku. Sprytnie autor też rozegrał dylemat związany z wiecznością kary (choć tu zostawił pewną furtkę) i stosunkiem do tegoż naszej psychiki – w końcu nie ma takiego cierpienia, do którego nie można się przyzwyczaić, i nie ma takiej nagrody, która by się nie znudziła. A czy można opuścić piekło? Jeśli piekło i czyściec nie są przestrzennie rozdzielone (tu Huberath pozwala sobie na teologiczne spekulacje – co mu wolno, jako fantaście) i jeśli my sami… ale tu zapraszam do lektury. Do tegoż czyśćca trafiają też - na chwilę - dzieci, na których dokonano aborcji – – pomysłem na to, co się z takimi, nieochrzczonymi przecież dziećmi dzieje, Huberath uprzedził późniejsze, oficjalne orzeczenie Kościoła na temat losu dzieci nieochrzczonych.

Oczywiście, nie jest to SF dla każdego – dla niektórych będzie tu zbyt dużo religii, zbyt dużo cierpienia, zbyt dużo różnych dołujących klimatów, czasem przypominających spotęgowany PRL. Taka fantastyka naukowa pisana z pozycji chrześcijańskich, piętnująca „demoniczność” pewnych ustrojów społecznych, nieufna wobec idei naukowego postępu i wyrażająca przekonanie, że największe cierpienie ma sens – takiej filozofii nasz nowy, wspaniały i kolorowy świat stara się do siebie nie dopuścić .

(recenzję pisałem w czerwcu 2010)

Marek S. Huberath - Gniazdo światów

W polskiej SF pomiędzy epoką Zajdla a epoką Dukaja mieliśmy jeszcze dekadę lat dziewięćdziesiątych, gdy prym wiedli Ziemkiewicz i Huberath  – tego pierwszego wznawiają do dzisiaj, Huberath zaś wydaje się trochę zapomniany, choć wciąż wydaje nowe książki (z kilkuletnimi przerwami).
Gniazdo światów to jego najlepsza powieść (nie opowiadanie – tu rządzi Kara większa), a takiego połączenia niepasujących do siebie konwencji, niekoniecznie wywodzących się z SF, nigdy nie widziałem. Pomimo tego, wszystko tu do siebie idealnie pasuje.
Co my tu mamy? Hard SF w stylu Baxtera czy Wiśniewskiego-Snerga, dystopię wywodzącą się z tradycji fantastyki socjologicznej ukazującą opresyjny świat, gdzie mamy sporo i rasizmu, i elementów „komunistyczno-łagrowych”. Mamy fantastykę religijną – o motywach przywodzących na myśl np. film „Pi” czy pomysły Dicka, o dochodzeniu do Boga poprzez naukę i matematykę; u Huberatha nie skutkuje to jednak szaleństwem, a owe dywagacje są czysto teoretyczne – prawdziwe w sensie wyłącznie metaforycznym (prawa nauki nie wykluczają istnienia Boga), a nie dosłownym – nie jest to słuszny i prawdziwy „matematyczny dowód na istnienie Boga”, jak chcieli niektórzy. Zresztą, wbrew propagandzie fanatyków z obu stron barykady relacje nauki i religii mają się zupełnie dobrze.
Z literackich tradycji niekoniecznie fantastycznych mamy literaturę „opresyjną” – absurdalność i niewytłumaczalność praw społecznych rządzących światem przywodzi na myśl Franza Kafkę, a „łagrowość” - powieści np. Herlinga-Grudzińskiego. Mamy też powieść szkatułkową – książkę w książce, które tworzą cały łańcuch światów. Mamy powieść sensacyjną, czy może kryminalną, jednak bardziej w stylu dywagacji filozoficznych o naturze prawdopodobieństwa i relacji obiekt-obserwator (ten wątek też zresztą nawiązuje do hard SF, tyle że z mechaniką kwantową i falami prawdopodobieństwa). Mamy wreszcie metapowieść o relacji czytelnik-świat przedstawiony.
Naprawdę nie wiem, jak to wszystko można pomieścić w jednym utworze, dosyć niewielkim objętościowo. Chociaż, gdy przeczytamy całość, zdamy sobie sprawę, że to wszystko świetnie do siebie pasuje – owe łańcuchy światów (książki w książkach, powieści w powieści) mają swoje fizyczne i matematyczne reguły, z których bohaterowie dedukują istnienie… naszego, „wyższego” świata. Świata, gdzie ktoś czyta właśnie powieść „Gniazdo światów”. Co więcej, dedukują konieczność istnienia jeszcze jednego świata, o zaskakujących fizycznych - a może metafizycznych, bo np. czas tam nie istnieje - właściwościach.
Pomimo tego bagażu zaskakujących idei, są w tej powieści ludzcy bohaterowie – historia Gaveina, który musi ułożyć sobie życie z postarzałą momentalnie o kilka lat żoną (efekt dylatacji czasu albo „paradoksu bliźniąt”) i znaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie ich status społeczny ulega odwróceniu, jest smutna i nostalgiczna (ale nie pozbawiona nadziei). Nie ma tu superbohaterów, ale nie ma też charakterystycznego dla niektórych powieści głównonurtowych dołowania – jest raczej przekonanie, że w każdej rzeczywistości, nieważne jak zniewalającej, można zachować godność i nadzieję. Huberath po to buduje owe skrajne światy, pełne trupów i wszechobecnej śmierci, by przetestować człowieczeństwo. Ciągnie go w stronę metafizyki, co może nie podobać się niektórym zwolennikom SF-owej ortodoksji, ale w końcu od fantastyki naukowej wymagam przekraczania granic i nowych horyzontów, a nie wałkowania w kółko kosmicznej space opery.
Przeczytajcie, jeśli jeszcze nie znacie – trochę starszym fanom SF powieść Huberatha pewnie nie jest obca. Jest to zarazem pełnokrwista fantastyka naukowa - autor jest prywatnie fizykiem Uniwersytetu Jagiellońskiego i wie, jak konsekwentnie opisywać światy z inną fizyką – ale wcale nie wykluczająca silnej wymowy religijnej. No i nie jest to wcale zimna, przesadnie racjonalna powieść idei, ale też bardzo ludzka historia. Wedle słów Dukaja, Huberath pisze „konwencją i wbrew konwencji” – celne określenie, gdyż ze znanych składników buduje on zupełnie nową jakość.

(recenzję pisałem w kwietniu 2010)