Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 listopada 2016
Lipiec-październik 2016
Książki:
Shirreff "2017. Wojna z Rosją"
Inglot "Polska 2.0"
Przybyłek "Orzeł Biały"
Saulski "Czarna kolonia"
Małecki "Ślady"
Chesterton "Drzewa pychy"
komiksy:
"Kajko i Kokosz. Obłęd Hegemona (Nowe przygody)"
"Hugo"
"Relax" (antologia jubileuszowa)
"Wieczna wojna" + "Wieczna wolność"
"Śmierć" (Gaiman)
seriale:
"Stranger Things", sezon 1
"American Horror Story", sezon 6 (po dwóch czy trzech odcinkach)
piątek, 3 lipca 2015
Maj - Czerwiec 2015
Marcin Wolski "Dzień zapłaty"
Marcin Wolski "Striptiz Nadredaktora"
David Cronenberg "Skonsumowana"
"Wielkie oczy" (film)
"Czas Fantastyki" 1/2015 - recenzje:
"Biała Reduta T. 1" Tomasz Kołodziejczak
"Utopie" Konrad T. Lewandowski
"Drach" Szczepan Twardoch
środa, 2 lipca 2014
Czerwiec 2014
Filmy:
"Kongres" według Lema tutaj
"Non-stop" z Liamem Neesonem tutaj
"Gagarin" tutaj
Serial "Zawód: Amerykanin" (The Americans), sezon 2 - tutaj
Książki
Mira Grant, Przegląd Końca Świata - Feed i Deadline (razem) tutaj, czekam na Blackout
J. B. Poznanski, Magda. Pożegnanie z pokoleniem tutaj
Dmitry Glukhovsky, Witajcie w Rosji tutaj
"Kongres" według Lema tutaj
"Non-stop" z Liamem Neesonem tutaj
"Gagarin" tutaj
Serial "Zawód: Amerykanin" (The Americans), sezon 2 - tutaj
Książki
Mira Grant, Przegląd Końca Świata - Feed i Deadline (razem) tutaj, czekam na Blackout
J. B. Poznanski, Magda. Pożegnanie z pokoleniem tutaj
Dmitry Glukhovsky, Witajcie w Rosji tutaj
niedziela, 8 grudnia 2013
wtorek, 24 września 2013
Miéville i Miłoszewski
środa, 10 lipca 2013
Nowe książki Forysia i Holewińskiego
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Political (non) fiction
Kompletnie zapomniałem wspomnieć tutaj, że pojawiłem się dziesiątego kwietnia na portalu wnas.pl z recenzją Oszołomów Martyny Ochnik:
W kolejną rocznicę smoleńskiej katastrofy warto sięgnąć po powieść Martyny Ochnik, będącą ubiegłoroczną książką „rocznicową”. Dzięki temu przypomnimy sobie emocje towarzyszące feralnemu dziesiątemu kwietnia, reakcje społeczeństwa, skalę medialnej manipulacji, „akcję krzyż” i tak dalej; epilog zahacza o demonstracje ACTA sprzed ponad roku. To właściwie w warstwie „publicystycznej” kontynuacja Zgreda Ziemkiewicza (sprzed dwóch lat), który kończył się katastrofą smoleńską i okrzykiem „trzeba orać”; odniosłem wrażenie, że autorka wzięła to zawołanie do serca i przejęła pług.
Reszta tutaj
wtorek, 2 kwietnia 2013
Wojna światów na Krakowskim Przedmieściu
Po epickim Czasie
niedokonanym Bronisław Wildstein proponuje nam kryminał z posmoleńskim
sporem o krzyż na Krakowskim Przedmieściu w tle. Worldbuilding ten sam, znany
już z Doliny nicości (znów pojawia
się m.in. „Słowo” Bogatyrowicza) – czyli niby-Polska, ale z kluczem. Ukryty nic nie mówi na temat sensowności
bądź nie „zamachowych” teorii – bo też nie o zamach tu chodzi, a o rozliczenie
z III RP. Sama historia kryminalna, choć zgrabna, wydaje się być raczej
wabikiem na czytelników np. Miłoszewskiego niż najważniejszym i najciekawszym
elementem Ukrytego.
Ostrze krytyki wymierzone jest w polski salon
pełen układów i układzików, niemoralne autorytety moralne i przymusowe „doganianie”
Europy, ideowe, a nie cywilizacyjne. Prokurator ucina śledztwo w sprawie trzech
morderstw tylko dlatego, że może ono uderzyć w „wybitnego polskiego artystę”, a
przecież wszyscy wiedzą, co wolno wojewodzie. Środowisko artystów czy polityków
cechuje gigantyczny cynizm i pogarda dla podludzi – czyli między innymi tych,
którzy modlą się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Możliwe jest co prawda
przewartościowanie etyki dokonane przez pochodzącego z tego środowiska piarowca,
Juliana Rosę, zaangażowanego w śledztwo właściwie przypadkiem i z osobistych
powodów, ale taki coming-out spotyka się od razu z ostracyzmem otoczenia, podobnie
jak najmniejsza oznaka empatii wobec „oszołomów” spod krzyża. Policjant Jerzy
Tatar, także zaangażowany w śledztwo, za elementarną i „pozaukładową” uczciwość
płaci niemożliwością awansu. Obaj natrafiają na mur niechęci, chcąc dojść do
prawdy o morderstwie. W finale odkryją sprawcę, ale ani ci nie zostaną
ukarani, ani detektywi nagrodzeni – owo rozwiązanie bardziej jest ukłonem w
stronę konwencji i oczekiwań czytelnika, bo satysfakcji bohaterom bynajmniej
nie przyniesie. Wychodzi na to, że postpeerelowski system (System?) generuje zło,
nieuczciwość i niemoralność w nieporównanie większym stopniu niż Kościół czy
korporacje, ale mało kto to dostrzega, bo przecież „jest super, jest super,
więc o co ci chodzi”, mamy super prezydenta itd.
Już od jakiegoś czasu tematem, z którym polska
literatura powoli się oswaja, jest Smoleńsk; wygląda na to, że temat nie
podzieli losu stanu wojennego i trochę o nim powieści i filmów powstanie (a
może też komiksów i gier komputerowych). Sama katastrofa jest w Ukrytym obecna tylko w tle, bo rozchodzi
się o obudzoną Smoleńskiem „duszę polską” i ducha wspólnoty. „Góra”, „ci źli”
tak się owej odrodzonej podmiotowości boją, że rusza akcja propagandowa – należy
wszelkimi sposobami zohydzić pamięć o katastrofie. Krzyż na Krakowskim
Przedmieściu staje się przestrzenią oblężonego sacrum, które trzeba za wszelką
cenę zdyskredytować, sprofanować, ukazać modlących jako najtęższe mohery
opętane przez demony patriotyzmu. Pomogą w tym „nasi” biskupi, autorytety
moralne i wojewódzkopodobni skandaliści, którzy raz na zawsze wybiją Polakom
jakikolwiek patriotyzm z głowy. Spór o krzyż w powieści ukazuje Wildstein jako
przełomowy moment w polskiej „wojnie światów”. Mógł też dopowiedzieć, że niestety,
druga strona dała się podpuścić i grała w grę, której reguł nie ustalała i
zasad nie znała.
Zbrodnia bez kary staje się w powieści modelowym
przykładem patologii III RP, a owe patologie to w dużym stopniu efekt cynizmu,
nihilizmu, nierozliczonego postkomunizmu i miazmatów różnych nieciekawych
ideologii. Można sarkać, pytając, po co powstają takie umoralniające, obrażone
na rzeczywistość i przesiąknięte fatalizmem powieści, ale na oficjalną
propagandę sukcesu dobra jest każda odtrutka. Choć też trzeba przyznać, że przybierana
przez Wildsteina i innych poza obrażonego na świat moralisty i skupianie się na
negatywach nie jest czymś, co ma dużą siłę przyciągania niewtajemniczonych w
mroczne sprawy III RP.
Po przejściu od „salonowego” kryminału w powieść rozliczeniową, rozprawiającą się z patologiami III RP i ze sterowanym kursem antypatriotycznym, Ukryty przechodzi dalej w pełną żaru obronę ginących europejskich, republikańskich i chrześcijańskich wartości. Albowiem rozchodzi się też tutaj o spór poważniejszy, cywilizacyjny, będący bolączką każdego konserwatysty – o sprzeciw wobec "cywilizacji śmierci", polemikę z lewicowym dyskursem, według którego pozbycie się owego moherowego patriotyzmu spod krzyża jest warunkiem doszlusowania Polski do światłej, europejskiej cywilizacji, a patriotycznie nastawieni tubylcy są naszym głównym hamulcowym. Bo przecież od dawna wiadomo, że nie możemy nadrobić cywilizacyjnego opóźnienia przez staruszki z Radia Maryja i faszyzujących patriotów z prowincji.
Po przejściu od „salonowego” kryminału w powieść rozliczeniową, rozprawiającą się z patologiami III RP i ze sterowanym kursem antypatriotycznym, Ukryty przechodzi dalej w pełną żaru obronę ginących europejskich, republikańskich i chrześcijańskich wartości. Albowiem rozchodzi się też tutaj o spór poważniejszy, cywilizacyjny, będący bolączką każdego konserwatysty – o sprzeciw wobec "cywilizacji śmierci", polemikę z lewicowym dyskursem, według którego pozbycie się owego moherowego patriotyzmu spod krzyża jest warunkiem doszlusowania Polski do światłej, europejskiej cywilizacji, a patriotycznie nastawieni tubylcy są naszym głównym hamulcowym. Bo przecież od dawna wiadomo, że nie możemy nadrobić cywilizacyjnego opóźnienia przez staruszki z Radia Maryja i faszyzujących patriotów z prowincji.
Być może przez pryzmat własnych lektur zauważam w
powieści echa Volkoffa (ukryte montażyki propagandowe), może i Dicka
(nierzeczywistość medialnego świata będącego labiryntem zwierciadeł) czy
Raspaila (larum nad walącą się Europą, tony prawie katastroficzne i
apokaliptyczne). W powieści dyskurs liberalny i lewicowy tak naprawdę wpajany
jest wyrafinowanymi i niewidocznymi socjotechnicznymi metodami, natomiast przyjęcie
dyskursu konserwatywnego, religijnego, pełnego wymagań to wynik dojrzałości, przemiany
wewnętrznej i „postawienia się” otoczeniu; w Ukrytym przechodzą ją co najmniej dwie osoby. Dawne idee tłumaczące
rzeczywistość (nazwane w powieści „mitami”) przynajmniej coś ze sobą niosły, w
przeciwieństwie do współczesnego kultu „nicości i chaosu” i nieustannego
imprezowania, konsumowania itd. Tu przyznam, że trochę polemiki z tak dość
jednostronnym dyskursem by nie zaszkodziło, a i w Czasie niedokonanym sylwetki bohaterów nie były tak czarno-białe.
Czy Polacy kupili salonową socjotechnikę, czy
doprowadzą do jakiejś republikańskiej kontrrewolucji, czas pokaże (osobiście
wątpię, a niektóre starania naszej prawicy mam za przeciwskuteczne). Na szczęście
nie grozi nam raczej konserwatyzm rozumiany jako przywiązanie do jakiejś
idealnej, konkretnej epoki historycznej, bo historia nas zazwyczaj zbytnio nie pieściła.
A prawicowy mit złotego wieku jest równie fikcyjny (i szkodliwy) jak lewicowy
mit świetlanej przyszłości, ale o tym, wbrew obawom Krytyki Politycznej, my już dawno wiemy.
Bronisław Wildstein, Ukryty. Zysk i S-ka, Poznań 2012.
środa, 1 lutego 2012
Religijna wojna światów
Kolejną namierzoną przeze mnie pozycją theological fiction (określenie z okładki) jest Operacja „Chusta”, Tomasza P. Terlikowskiego; okładkowe opinie sugerują powiązania z Orwellem, Huxleyem i Chestertonem. Bez przesady; powieść nie ma orwellowskiej głębi ani chestertonowskiej lekkości, oferuje nam za to sensacyjną, pościgową fabułę umieszczoną w dystopijnym, koszmarnym świecie ultraliberalnego totalitaryzmu z załączoną wykładnią katolickiej filozofii. Niby blisko do Ziemkiewicza czy Wolskiego, ale z drugiej strony Terlikowski nie proponuje nam swego światopoglądu – on chce mieć rację.

W niedalekiej przyszłości, w Prowincji Wschodniej (tak tak, to nasza część Unii Europejskiej) pewien zakonnik porywa relikwię, Chustę z wizerunkiem Chrystusa, skutecznie przyczyniającą się do nawróceń. Nie jest to w smak władzom państwowym i kościelnym z Biurem do Walki z Fundamentalizmem na czele. Do uciekiniera dołącza mąż poddanej przymusowej eutanazji kobiety, potem jej ojciec, wreszcie nastolatka, która, ku zgrozie matki i opinii publicznej, chce urodzić dziecko; nota bene ta dziewczyna, czternastoletnia Gretka 2.0, jest klonem własnej matki, znanej pisarki. Ważną rolę pełni w powieści ateistyczny muzułmanin o wdzięcznym nazwisku Hassan Obama, ultrapostępowy arcybiskup czy matka upośledzonego syna, będąca kimś w rodzaju proklerykalnej ateistki. Stopniowo porwanie Chusty schodzi na dalszy plan; uciekinierzy po drodze zdążą spalić w katolickim czynie społecznym Klinikę Praw Reprodukcyjnych (czytaj: aborcji), porwać wspomnianą zmuszaną do aborcji nastolatkę i spowodować masowy ruch modlitewny pod budynkami owego Biura w Warszawie.
W zagadnieniach bioetycznych autor czuje się jak katolicka ryba w liberalnej wodzie, wtręty światopoglądowe są częste i jednostronne, czemu trudno się dziwić. Ale, o dziwo, fabuła, choć często pretekstowa, nie ginie przygnieciona moralną wykładnią. Lektura jest lekka, łatwa, choć niekoniecznie przyjemna – czytelnik antyklerykalny będzie wkurzony autorską optyką, czytelnik „klerykalny” natomiast swoją małością i słabością – powieść ma dać kopa jak brutalne kazanie, których tak mało dzisiaj. To jest główną zaletą (bądź wadą) powieści – jest ona apologią katolickiej bioetyki, katolickich relikwii, katolickiej modlitwy, zwłaszcza zbiorowej, która – uwaga – ma taką moc, że nawet Bóg może dzięki niej zmienić zdanie. Fabuła jest raczej przewidywalna – można z dużym prawdopodobieństwem obstawiać, która z postaci się nawróci, a która upadnie; kto będzie Szawłem, a kto Judaszem. Postacie często wchodzą w buty bohaterów biblijnych, ale niektóre to zarazem postacie z kluczem, odpowiedniki dzisiejszych sław medialnych czy autorytetów – Tobiasz Silson to Tomasz Lis, a arcybiskup Kiliańczuk zachowuje się jak biskup Pieronek.
Niektóre, szydercze ekstrapolacje owego liberalnego totalitaryzmu są naprawdę mocne, dzięki nim czytamy powieść jako celną satyrę na polityczną poprawność – powstają Komitety Zapobiegania Pedofobii i Transfobii, ustawowo zakazuje się pokazywania zdjęć płodów, „bo naruszają wolność sumienia”, wreszcie przymusowe eutanazje, które trudno odkręcić, jeśli się kiedyś wyraziło zgodę, będąc akurat w chwilowym dołku i pod presją. Gdy wzięło się kredyt, należy podpisać specjalne zobowiązanie do nieposiadania dzieci, dopóki się go nie spłaci. Papież zarządza Kościołem z Afryki, to stamtąd misjonarze przybywają ewangelizować Europę. Publiczna modlitwa to jaskrawy przykład przemocy mentalnej, podobnie jak krzyże w miejscach publicznych czy nawet na niektórych wieżach kościelnych. Nauka Kościoła zostaje brutalnie okrojona, nauczanie o grzechu i piekle jest wysoce niestosowne, a o homoseksualizmie zabronione; nawet Jan Paweł II istnieje poza obiegiem, a w seminariach naucza się Richarda Dawkinsa.
Operacja "Chusta" korzysta obficie z konwencji dystopii i theological fiction, dodać można też oczywiście tzw. SF bliskiego zasięgu, chociaż w mniejszym stopniu; potencjalne nowinki techniczne czające się za rogiem i społeczne konsekwencje tychże zupełnie autora nie interesują, zastąpienie komórek wideofonami to wręcz zabieg retro SF. Ważny jest za to narastający konflikt pomiędzy poważnie traktowaną religią a poważnie traktowaną „wolnością”, który jest taki sam jak dzisiaj, tylko bardziej – więcej Urbanów i Palikotów, więcej nienawiści do „katofundamentalizmu”, więcej ultraliberalnych kapłanów. W tym sensie jest to prosta ekstrapolacja tego, co dziś (spór o krzyż, czternastolatka nakłaniana do aborcji), tyle że wyolbrzymiona i uwypuklona. „Metodę salami” zastosowano wielokrotnie i dzisiejsze centrum stało się jutrzejszą skrajnością (Wojtyła stał się Rydzykiem jutra).
Powieść więcej mówi o Polsce A. D. 2010 (plus minus) niż o jakichś nowych google’ach czyhających na kolejne przeformatowanie naszych mózgów. A wydaje się, że taka wersja przyszłości, jakiej (nie) chce Terlikowski, nie byłaby dla Kościoła najgorsza, bo wciąż byłby to Kościół istniejący w kulturze i tradycji, choćby i radykalnie zwalczanej i wyśmiewanej. Nie strzela się z armaty do muchy. Gorsza byłaby ewentualność całkowitej wobec niego obojętności, a skoro ruszają wobec niego tak potężne siły propagandy, skoro pojawiają się nowi męczennicy, Kościół trwa; więcej – z prześladowań czerpie on swoją siłę. Dlatego wizja wydaje mi się niewiarygodna i jest tak samo wyrazem alarmującego tonu autora, jak i pewnego chciejstwa – podobnie jak u autorów powieści katastroficznych marzących o „pięknej katastrofie”, marzy się w powieści o „pięknym Kościele”, dlatego pięknym, bo prześladowanym i ujawniającym moralną wyższość nad światem. Wściekłe ataki (specjalne Biuro do Walki z Fundamentalizmem) świadczą paradoksalnie, że religia będzie miała się całkiem dobrze, skoro będzie wymagała tak olbrzymiej biurokracji i siły propagandowej. Bardziej prawdopodobne wydaje się wygaśnięcie znaczenia religii w Europie, ale przecież Niemcy i Francja to w końcu nie cały świat.
Starcie światopoglądów – wierzącego w prawdę i negującego ją – jest zatem nieuniknione i właściwie potrzebne. Każda porządna religia głosi prawdę objawioną, co jest nie w smak różnego rodzaju podejściom synkretycznym. Nie da się pogodzić przekonania o istnieniu prawdy objawionej z przekonaniem o jakiejś „równości” religii czy światopoglądów. Co ciekawe, w powieści islam jest waloryzowany zdecydowanie bardziej pozytywnie niż buddyzm i różne kulty synkretyczne (islam zakłada istnienie obiektywnej owej prawdy, buddyzmu kategoria ta raczej nie interesuje); lepszy od buddyzmu jest nawet uczciwy ateizm. Atak na Kościół właściwie autor postrzega bardziej jako sprzysiężenie sił demonicznych niż ateistycznych, którym synkretyzm i mieszanie prawd jest na rękę; zwykłemu ateiście symboliczna obecność religii nie powinna przeszkadzać, a tym bardziej ochrona życia.
Czy ma rację? Jako przeciwnik aborcji i eutanazji – zdecydowanie tak. Jako futurolog – niekoniecznie; niewykluczone jest nadejście (już następuje?) jakiegoś światowego renesansu religii, nie tylko katolickiej zresztą. Możliwe jest też, choć mniej prawdopodobne (i mniej groźne) istnienie jakiegoś „totalitaryzmu” religijnego; wystarczy trochę inaczej zaakcentować pewne kwestie i krucha równowaga pomiędzy wolnością a koniecznością, pomiędzy „konserwą” a „liberałami” może ulec zachwianiu (Jan Paweł II umiejętnie dbał o równowagę, skutkiem czego był często atakowany przez konserwatystów za swój „liberalizm” czy „ekumenizm” i przez liberałów za konserwatyzm). A lepszą od budowlanej, statycznej metafory Kościoła jako „fundamentu” jest metafora „ogrodnicza”, Kościoła jako organizmu-drzewa, które jest czymś innym w każdej fazie rozwoju, pozostając wciąż tym samym.
Największe prześladowanie Kościoła nie pochodzi od zewnętrznych wrogów, ale wyrasta z grzechów w samym Kościele – zdanie takie pada w książce Światłość świata, będącej wywiadem z Benedyktem XVI. O tym też warto pamiętać, czytając o obecnych i przyszłych atakach na Kościół.
Tomasz P. Terlikowski, Operacja „Chusta”, Fronda, Warszawa 2010
poniedziałek, 28 listopada 2011
Twardoch soft
Cóż, będę wielbłądem i powiem, że ostatni tomik Twardocha trochę mnie rozczarował, a może po prostu oczekiwałem znowu czegoś wybitnego, w najgorszym razie przynajmniej ostro pod prąd. Pewnie, że „tak jest dobrze”, ale było bardzo dobrze, a nawet wybitnie (Wieczny Grunwald). Wolałem Twardocha antysalonowego, prolustracyjnego, przedsoborowego i germanofilskiego, nawet jeśli się z nim nie zawsze zgadzałem. Tutaj – boje z historią i polską (śląską) tożsamością odeszły na bok (może poza Gerdem), z literatury idei proza Twardocha stała się elegancką, wieloznaczną literaturą „głównonurtową”, która ma urzec, nie wiem, czytelników takiego Murakamiego czy Tokarczuk. Nawet jeśli momentami makabryczna, ostentacyjnie podkreślająca cielesność czy nie stroniąca od fantastyki, proza ta stała się atrakcyjna dla wszystkich – tym manewrem Twardoch zyskuje nowych czytelników, jeszcze nie tracąc starych. Dlatego Andrzej Horubała w Uważam Rze słusznie zauważył, że zbiorek ten wygląda jak spóźniony debiut, a nie jak ósma już książka prozatorska (nie licząc dwóch non-fiction). Owszem, debiut, ale w innej kategorii wagowej.
Obiektywnie patrząc, nie jest źle – warsztatowo zresztą coraz lepiej i coraz mniej papierowo (najbardziej papierowi byli dla mnie bohaterowie Sternberga), ale dotychczasowy target tej prozy, czyli konserwatywni fantaści (fantazjujący konserwatyści) może czuć niedosyt. Otóż, na literackiej mapie Twardoch był sporym objawieniem – nie ograniczającym się do mantry o „złej Europie”, jak Barnim Regalica czy Paweł Kempczyński, którzy, sądząc po reakcjach krytyki, więcej złego niż dobrego uczynili tzw. „prawicowej fantastyce” (reakcji czytelników nie znam). Najważniejszy dotychczasowy przedstawiciel tego nurtu, Rafał Ziemkiewicz, zmienił już, raczej na stałe, literackie zainteresowania. Marcin Wolski ma potencjał, ale jakość przeszła u niego w ilość. Na tym tle Twardoch wydawał się cudownym dzieckiem – Márai, Jünger, Cioran jako literacko-filozoficzne wzorce; a fantastycznej konwencji nie trzymał się kurczowo. Dlatego też sporym zaskoczeniem była dla mnie wieść o ciepłym kąciku w Polityce, tym „periodyku kumpli Urbana” (cytat z recenzji Horubały), i chyba nie tylko dla mnie. Skąd ta przemiana autora Frondy, Arcanów, 44? Wydaje się, że Twardoch nie chce mieć łatki konserwatysty, podobnie zresztą jak łatki fantasty. Osoba, która kurczowo trzyma się swoich poglądów, nieważne jakich, nie rozwija się, więc – nie osiągnie przemiany.
O przemianach różnego rodzaju właściwie traktuje cały zbiorek Tak jest dobrze. Na ile są prawdziwe, na ile fałszywe, na ile moralnie słuszne bądź nie. Przemianę można ukazać bardziej dosłownie, w konwencji fantastycznej (Gerd, Ona płynie w moich żyłach), ale niekoniecznie (Masara, Uderz mnie, właściwie też Kurczyk, gdyby wyciąć finał). Bywa, że uparte stawianie na swoim jest przyczyną kłopotów; wtedy, zamiast się przemienić, bohaterowie poddają się swoim demonom (upór Gerda owocujący wstąpieniem do SS; upór Nikodema z Tak jest dobrze skutkujący rozstaniem z żoną – obaj czynią to właściwie wbrew sobie i na przekór bliskim, pchani lawiną zdarzeń). Przemiana prawdziwa jest autonomiczna, choć często dokonywana wbrew sobie i swoim przyzwyczajeniom (Masara) w przeciwieństwie do fałszywej, nieudanej, wiodącej w ślepą uliczkę, czasem dosłownie demonicznej. Więcej jest przykładów tej drugiej – Gerd, Kurczyk, podstarzały rockman Marek z Masary, zakochany w swoim ego, czy wspomniany Nikodem, choć ten ma jeszcze jakąś szansę poprawy, czy przynajmniej pokuty (czy Spitsbergen, świetnie opisane miejsce akcji utworu, nie jest wtedy też symbolicznym czyśćcem?). Masarę – otyłą, zakompleksioną licealistkę, motywuje do zmiany ciotka, dzięki czemu dziewczyna staje się atrakcyjną business woman; los Kurczyka wywindowanego na salony przez tajemniczą femme fatale wydaje się pozornie czymś podobnym, a okazuje się tylko napompowaniem jego ego po to tylko, by z niego okrutnie zadrwić.
Ogólne waloryzowanie jest czasem dość zaskakujące – Marek stoczył się, bo się „nie sprzedał” i zamiast „chałturzyć dla debilnych programów telewizyjnych”, wolał „być sobą”, co skończyło się życiowym niespełnieniem, nieodniesieniem sukcesu i ogólnym brakiem kasy. Natomiast Masara „się sprzedała”, przestała „być sobą”, ale za to prowadzi świetnie prosperującą firmę. Zaskakujące? Kpiące z gówniarskiej mentalności, według której „bycie sobą” to świętość, nawet jeśli to oznacza całkowitą stagnację i założenie, że jest się super takim, jakim się jest? A może autor próbuje tekstem literackim usprawiedliwić własny angaż do Polityki (przeczuwając kręcenie nosem przez niektórych czytelników, że „to już nie Twardoch”). W każdym razie przytomnie zauważa, że granie coraz to innych ról staje się normalnością, a czasem koniecznością, czy chcemy tego, czy nie (erpegi i portale społecznościowe to tylko przedsmak tego, co nas czeka). Nie jest ważne to, kim jesteśmy, tylko to, kim się stajemy. Czyli – w kogo się przemieniamy. I czy robimy to z własnej woli.
Tak jest dobrze to kolejna książka, który dyskutuje z Linią oporu Dukaja, tyle że problemy trans-sapiens Twardoch rozpatruje nie od strony technologicznej i filozoficznej, tylko, nie wiem, moralnej? duchowej? ludzkiej? Autora wydaje się obecnie bardziej interesować człowiek niż idee i światopoglądy, stąd książka nie była dla mnie tak smacznym kąskiem jak Wieczny Grunwald, Epifania wikarego Trzaski czy Przemienienie. Reszcie świata powinna się jednak spodobać. I okazuje się, że Twardoch potrafi pisać nie tylko o żołnierzach, baronach i agentach bezpieki, ale o życiowych loserach i otyłych nastolatkach gnębionych przez rówieśników.
7/10
czwartek, 10 listopada 2011
Dualizm moherowo-salonowy
Czas niedokonany Wildsteina ma ambitny zamiar dokonania wiwisekcji polskiej duszy. Powieściowe wydarzenia obejmują „sto lat nieprawości”, lata 1908-2008, z akcentem na okresy słabiej obecne literacko – stan wojenny, III RP czy budowanie komunizmu w latach dwudziestych u naszych sąsiadów. Historia i polityka wydają się być esencją tej książki i jej głównym tematem. Przy czym wydarzenia historyczne nie biorą się znikąd, stanowią raczej pochodną „walki idei”. A że idee były w XX wieku takie, jakie były (bolszewizm, psychoanaliza i wszelkiego rodzaju „antypodmiotowości”), stąd efekty znane wszystkim. Chesterton pisał zresztą, że wiek osiemnasty był wiekiem rozumu, dziewiętnasty – zdrowego rozsądku, a dwudziesty – niezwykłego nonsensu. A pisał to jeszcze przed drugą wojną światową… W każdym razie powieść Wildsteina chce ten ideowy nonsens dobitnie pokazać.
Losy powieściowych postaci cechuje raczej typowość, reprezentatywność dla doświadczeń dwudziestowiecznego Polaka, zwłaszcza inteligenta, uwikłanego w historię. Rozmach powieści, podkreślanie doniosłości historycznych przełomów, które kształtują bohaterów, sugeruje, że Czasowi niedokonanemu blisko do jakiejś narodowej epopei, tyle że umieszczonej w państwie dystopijnym (niestety, realnie istniejącym) i „niedokonanej” właśnie, niespełnionej. Wszyscy czują się wygrani, ale i przegrani zarazem – niby totalitaryzm się posypał i odszedł na śmietnik historii, tylko czemu wszyscy są tacy rozgoryczeni? Głównie przez brak poczucia sprawiedliwości dziejowej i wszechogarniające kłamstwo, na którym zbudowano III RP. Nawet porządnych mitów nie udało się zbudować, a te, co mieliśmy, poupadały z hukiem (Wałęsa, Okrągły Stół).
Wildstein daje w powieści głos dwóm podstawowym stronom polskiego sporu o prawdziwy patriotyzm, czyli „kolaborantom” i „patriotom” (określenie Rymkiewicza) tudzież „salonowi” i „konfederatom” (Ziemkiewicz, Łysiak). (rasowych komuchów spór nie dotyczy). Małżeństwo Zuzanny i Benedykta Broków nie dość, że jest polsko-żydowskie, to na dodatek „pisowsko-platformerskie”, choć para pobiera się, gdy Kaczyńscy całkiem niedawno ukradli księżyc, a Tusk bawił się żołnierzykami (zapewne niemieckimi). Ale przecież wiemy, że konflikt PO-PiSowy to kolejna odsłona nieustannej wojny polsko-polskiej trwającej od setek lat, wojny kulturowej czy światopoglądowej. Dla jednych Polska będzie zawsze za mało europejska i oświecona, dla drugich taka Polska to papuga narodów, a ostatnio nawet aksolotl (odsyłam do Twardocha), całkowicie niezdolna do myślenia w kategoriach interesu narodowego. Jedni straszą epoką saską, a drudzy Powstaniem Warszawskim. Jedni chcą zniszczyć Polskę, a drudzy Polaków.
Szanse na dogadanie się takich oponentów oczywiście są znikome, i podobnie powieściowe małżeństwo Broków, po początkowym zauroczeniu, nie może się dogadać. Wiadomo, że „oszołom” będzie w ciągłym konflikcie z „salonowcem”, w najlepszym razie przerywanym zawieszeniem broni. Zuzanna jest archetypem „walczącej” matki-Polki, wszelkie kryzysy Polski (stan wojenny czy „noc czerwcowa”) odbijają się na jej psychice depresją, a sukcesy (powstanie Solidarności, pielgrzymki papieskie czy wybory ’89) wprawiają w stan euforii. Zostając cenioną działaczką Solidarności, nabiera pewności siebie, charyzmy i odnajduje sens życia – czy to jeszcze typowość losów, czy już czarno-biały dydaktyzm, socrealizm z odwróconymi wektorami (realizm patriotyczny? konserwatywny?). Zuzanna w PRL-u widzi samo zło, a brak lustracji i radosne prowadzenie się Urbana i spółki ostatecznie przelewa czarę goryczy. Nic dziwnego, że w III RP też nie potrafi się odnaleźć.
Natomiast jej mąż, Benedykt Brok, z podejściem racjonalno-pragmatycznym, wierzy w ewolucję komunizmu (zamiast niszczycielskiej rewolucji), metodę małych kroczków, możliwość kręcenia z esbecją i ogólnie w mniejsze zło. Nie jest z przekonania ideowym komunistą, raczej racjonalistą, który nawet wstąpienie do PZPR potrafi uzasadnić, zresztą, ma gadane (i pisane; jest dziennikarzem). Skoro taka epoka historyczna nam przypadła w udziale, trudno, trzeba w miarę możliwości zmieniać ją na lepsze, a nie całkowicie negować, jak Zuzanna. Wygląda na to, że w jednak Polsce było i jest więcej Benedyktów niż Zuzann; dlatego też straszenie „demonami nacjonalizmu” mam za kompletną przesadę. A teraz i generacja Benedyktów zdaje się wymierać, żadna tam „praca u podstaw” czy dobro wspólne, era światłego liberalizmu nadeszła i każdy sobie rzepkę skrobie.
W prostej, czarno-białej optyce Zuzanny to, co robi mąż, ma jedno uzasadnienie – strach, lęk przed przegraną, niewiara w możliwość zmiany. Dla niego wszystko, co robi Zuzanna, może i moralnie słusznie, ma jedną podstawową wadę – brawurę i nieliczenie się z kosztami, z tym, że naprawdę może polać się krew, jeśli opozycja zacznie za mocno hasać. Tchórze kontra ryzykanci – kogo wybierasz, czytelniku? Tym bardziej, że gdy sytuacja się zaostrza, to ów tchórz musi wyciągać ryzykantów z tarapatów – nie jest zatem to wszystko jakoś wybitnie jednoznaczne, pomimo sympatii autora dość oczywistych. A ryzykant, trochę niechcący, topi paru „swoich”, co odbija się dożywotnim kacem moralnym. Niemniej, w powieści prostota postrzegania świata w kategoriach dobra i zła ma wydźwięk o wiele bardziej pozytywny niż inteligenckie zamiłowanie do dzielenia włosa na czworo.
Losy tej pary to rozrachunek z historią PRL, natomiast ich syn, Adam Brok, dzisiejszy trzydziestoparolatek, to już wycieczka po III RP. Adam jest rozdarty pomiędzy moralnością matki (i wuja Tadeusza, takiego powieściowego Pyjasa) a racjonalizmem ojca. Z wiarygodnością psychologiczną Adama zresztą mam jeszcze większe kłopoty – do pewnego momentu „oszołom”, z chwilą wejścia w dorosłość rzuca w diabły swoje pasje historyczne i poświęca się ekonomii, idąc z postępem i z przyszłością – przemiana jakby tytaniczna i mało wiarygodna (i potwierdzająca niechcący tezę o infantylizmie patriotyzmu „walczącego”, z którego się w końcu wyrasta). Adam w ekspresowym tempie dołącza do elity światowej finansjery (jak bohaterowie Dukaja czy Ayn Rand). Niemniej, ów ”patriotyzm”, ”moheryzm” nie daje się do końca wyrugować ze świadomości i w momentach próby daje o sobie znać. Brudny świat rosyjskiej polityki i polskich mediów jednak nie dla niego.
Może powieść jest też taką grą idei (polskich tradycji) – „romantyzm” (po matce) i „pozytywizm” (po ojcu), które spotykają się w Adamie. Należy połączyć przeciwieństwa, jesteśmy i jednym i drugim. Historię mieliśmy tak pokręconą, że każda strona bez trudu znajdzie argumenty na poparcie swojego stanowiska, tym bardziej, że nasza „strategia przetrwania” zależy głównie od sytuacji geopolitycznej, czyli od innych graczy. A dzisiaj, odnoszę wrażenie, pozbyliśmy się skutecznie obu tych tradycji. A przynajmniej tego, co było w nich dobre i szlachetne, zostawiając to, co gorszej próby.
Losy postaci drugo- i trzecioplanowych też służą ukazaniu jakichś typowych schematów peerelowskich biografii. Tadeusz to typowy PRL-owski „powstaniec”, udzielający się w manifestacjach, co kończy się tragicznie (Pyjas, Popiełuszko). Jedną z postaci dotyka „syndrom sztokholmski” czyli miłość do byłego ubeka, który ją za PRL wsadził za kratki, a na początku lat dziewięćdziesiątych pomógł odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Są gangsterzy korzystający z chaosu transformacyjnego, są dawni opozycjoniści, którzy dokonali zdumiewającej wolty światopoglądowej, są dzisiejsi ultraliberalni dziennikarze – Czas niedokonany ma ambicje ukazania przekroju społeczeństwa i ról, które na Polakach wymusiła i wymusza historia. Oczywiście nie mogło zabraknąć problemu lustracji i „bycia TW”, tu też Wildstein przedstawia kilka postaw, i choć generalnie wymowa jest oczywiście prolustracyjna, to Wildstein ukazuje różne metody kiwania esbecji i bycia kiwanym przez nią. Powieściowy TW okazuje się ściemniać jak bohater Życia na podsłuchu, a podsuniętą radykalnej opozycjonistce i nieopatrznie podpisaną przez nią lojalkę wykorzystują dziś perfidnie przeciwnicy lustracji. Owszem, współpraca współpracy nierówna, ale zamiecenie problemu pod dywan jest najgorszym rozwiązaniem i absolutną gwarancją niedotarcia do prawdy.
Poza historią Polski mamy w powieści też dwa wątki rosyjskie – budowa komunizmu rękami Jakuba Broka (stryja Benedykta) wyraźnie pokazuje, przez czym uchronił Polskę Piłsudski w 1920, a wątek interesów biznesowych z Rosją dzisiejszą (mafia plus postkomuniści) też jakoś i Polski dotyczy – na zasadzie podobieństwa mechanizmów i niepokojąco bliskiej nam mentalności (azjatyckiej?). Głos ma też ojciec Benedykta, również nazywający się Adam, który pokazuje nam międzywojenny świat (z naciskiem na Polskę). Jego to duchowy rozwój jest symptomatyczny dla inteligenta, który nie boi się myśleć – zafascynowany nowymi ideami potrafi jednak w pewnym momencie poddać je krytyce i przyznać, że mógł jednak się mylić. Jego opowieść to młot na freudowską psychoanalizę, która w powieści ukazana jest jako sekciarska religia, i okazuje się nie lekarstwem, a przyczyną nerwic. Jej to zawdzięczamy przeniesienie etyki w sferę „nauki” i ogólnie drogę donikąd. Też nie lubię psychoanalizy (jeśli już, to wolę jungowską) i mam ją za jakąś ćwierćprawdę o człowieku, ale podejście autora jest tu jednak nieobiektywne. Natomiast brat Adama, Jakub, uczestniczy w narodzinach bolszewizmu, początkowo nim zafascynowany, potem próbujący jakoś racjonalizować i tłumaczyć niesamowite okrucieństwo bolszewików (czym? oczywiście budową nowego, lepszego świata), nareszcie spisujący swoje przeżycia w pamiętniku, dla potomnych, ku przestrodze.
Smutna to powieść, nikt właściwie nie odnosi sukcesu, więcej – w parze z dojrzewaniem duchowym idzie często świadome jego wyrzeknięcie się. Wiele retrospekcji to monologi, spowiedzi osób na łożu śmierci, zresztą, i tak w powieści często pogrzeb goni pogrzeb. Przegrywają ci wierzący w komunizm (bo upadł), w „Solidarność” (bo powrót do władzy postkomunistów był szokiem, patrz reakcja Rymkiewicza w 1995 roku), w sukces, (bo ten w świecie polityki, biznesu, mediów często oznacza „po trupach do celu”). Małżeństwa się rozpadają, dzieci nie rozumieją rodziców, przyjaciele nas opuszczają i dołączają do grona wrogów, sprawiedliwości nie staje się zadość, więcej, dążenie do prawdy może skończyć się więzieniem.
Powieść jest też na poziomie idei krytyką postpolityki, postmodernizmu i postczłowieka, który będzie „kreował sam siebie i uwolni się od determinantów. Tożsamości (narodowej, religijnej, płciowej) nie da się zmieniać tak jak ubrania” – przekonuje autor Czasu niedokonanego. Cóż, mądrzejszy o taką np. Linię oporu Dukaja twierdzę, że jednak się da, i to owa możliwość zabawy garderobą będzie postczłowieka definiowała. Doskonale zresztą rozumiem lęki konserwatysty przed takim człowiekiem przyszłości.
Właśnie jako powieść idei Czas niedokonany sprawdza się najsłabiej, albo wyważając otwarte drzwi, albo krytykując to, co jeszcze jest w powijakach (choć „przełożenie” idei na fabułę i bohaterów jest udane). Jeśli traktować postacie jako reprezentatywne dla pewnych idei, tradycji, dróg rozwoju – jest dobrze, ale czysto psychologiczna wiarygodność czasem na tym cierpi, ponieważ postacie i ich losy wyglądają na kreowane pod założone z góry tezy. Mi to specjalnie nie przeszkadzało, przypominało zresztą nawet polską fantastykę socjologiczną (czy dickowską) z bohaterami uwięzionymi w kłamstwie, w matriksie, gdzie świętym Graalem jest głęboko ukryta prawda o świecie. Natomiast jako powieść historyczna czy polityczna, pokazująca typowe postawy Polaków wobec władzy, ich dylematy, mentalność, niuanse polskiej duszy, która też jest, niestety, po części „kolaborancka” – powieść jest znakomita. Choć sympatie autora są powszechnie znane, daj Boże, żeby lewicowi autorzy tak pisali o polskiej niedawnej i obecnej historii. Jakoś nie piszą, wolą wylewać kubły pomyj na „moherów”, tudzież historię mają w nosie. Do refleksji skłania powieściowa wzmianka o hucznych obchodach 300-lecia dynastii Romanowów w 1913 roku – nieśmiertelny carat miał jeszcze trwać długie wieki. My też właśnie świętujemy coś podobnego, mianowicie 11 listopada; dzisiaj polska niepodległość wydaje się mniej trwała niż cesarstwo rosyjskie sto lat temu – oby jednak nasi nadworni kasandryści nie mieli racji. Cóż, nawet to święto jest dla lewicy pretekstem do idiotycznej wojny polsko-polskiej z urojonym faszyzmem. Niewykluczone, że dożyjemy czasów, gdy naprawdę nie będzie już czego świętować.
Bronisław Wildstein, Czas niedokonany, Poznań 2011.
sobota, 3 września 2011
Strach nie wychodzić z domu
Instytut jest moim pierwszym zetknięciem z prozą Żulczyka; jest to trzecia powieść urodzonego w 1983 roku pisarza (ale nie ostatnia). Pisał o książce Czas Fantastyki, ale w NF nie znalazłem recenzji – zbyt to proza obyczajowa, może młodzieżowo-obyczajowa? Oczywiście jeśli za młodzież uznać 30-letnich bohaterów książki, nawet starszych, ale w częstych retrospekcjach cofamy się do lat dwudziestych bohaterki. Bohaterką ową, z perspektywy której prowadzona jest narracja, jest trzydziestopięcioletnia Agnieszka Celińska – zabieg dość ryzykowny, ale i odważny, właściwie udany, choć miejscami podejście jest okrutnie „męskie”, łagodzone jednak od czasu do czasu przez typowe „babskie” zachowania. Udało się wzbudzić w czytelniku sympatię – kobieta po przejściach, nie stroniąca od ostrego imprezowania i nie wyglądająca na odpowiedzialną matkę powinna wzbudzać irytację, a nie wzbudza. Czy to prawdziwy obraz współczesnej niedojrzałej i przestarzałej młodzieży, która nie tyle nie potrafi odnaleźć się w dzisiejszym świecie, co przeciwnie, odnajduje się aż za bardzo, używając do upadłego, póki można? Jednego dnia jesteś japiszonem, drugiego bezrobotnym w depresji; sukces nie jest efektem ciężkiej pracy, a przebijania się łokciami, spełniania oczekiwań konsumentów, zdrady własnych ideałów i – last but not least – przypadku. Bohaterka nie ma żadnych złudzeń, a jedyny sens życia daje jej miłość do córki. A imprezowanie, z którego słynie „ta dzisiejsza młodzież”, choć opisane w szczegółach i bez moralizowania, wydaje się naprawdę ciężkim i wyczerpującym zajęciem.
Sam koncept fabularny brzmi trochę znajomo, nawet banalnie – grupa osób zostaje zamknięta w odizolowanym miejscu, dość nietypowym, bo to nie żaden dom na odludziu, a mieszkanie w krakowskiej kamienicy, tytułowy „instytut”. Uczynili to tajemniczy „oni”, dający o sobie znać na przykład poprzez komunikaty na ścianach. Robi się jednak ciekawiej, gdy w retrospekcjach odsłania się przed nami historia i kamienicy, i życia bohaterki, a i wzbudzanie grozy u czytelnika idzie nieźle, z naciskiem nie tyle na makabrę, co na klaustrofobiczny klimat i wzajemną nieufność. Ciekawym pomysłem jest poprzedzenie powieści notką policyjną informującą o znalezieniu ciał ofiar, w tym głównej bohaterki – przez to z góry wiemy, że żadnego happy endu nie będzie (jest to na pierwszej stronie, więc raczej nie spojleruję).
Za fantastykę (w tym przypadku horror) – robi tutaj ogólny, nierealny przecież schemat zamknięcia w ograniczonej przestrzeni i status tychże Onych (ludzie? duchy? demony?). Skoro zatem nie wiemy, kim oni są, nie wiemy też, czy czytamy horror czysto „funkcjonalny” (gdzie funkcją jest straszenie czytelnika, a niekoniecznie „zaświatowy” status przeciwnika, więc może bardziej thriller), czy „metafizyczny” właśnie. Na upartego można postrzegać jeszcze to mieszkanie – więzienie jako symboliczny „czyściec” czy „piekło” – mamy nawet scenę wyciągania zatajonych grzechów z przeszłości.
Niezłe jest ukazanie, że każdy z nas ma (musi mieć?) jakichś swoich „onych” – dla jednego to będą „polscy faszyści”, dla drugiego wszelkiej maści postępowcy, dla trzeciego „policja i kibice Wisły” – potrzeba posiadania przeciwnika i wyjaśniania / upraszczania w ten sposób świata głęboko tkwi w naturze ludzkiej. Szkoda, że bohaterowie są głównie przez te własne demony definiowani – mamy „osiłka” czy „anarchistkę” każdy może ma fragmentaryczny obraz świata, ale każdy też potrafi czasem zachować się po ludzku. Tu się zastanawiam, czy owa gruba kreska rysunku postaci (może poza główną bohaterką) to bardziej kwestia konwencji literackiej, czy autentycznego zamiłowania młodych do ujednoznaczniającej przynależności do różnych mód i subkultur. A główna bohaterka owych wymiarów ma wręcz za wiele, cyniczna? Idealistyczna? baba z jajami? potrzebująca ciepła i opieki? Cóż, w końcu jest kobietą, nic więc dziwnego, że jej nie rozumiem.
Niezła powieść, wciągająca, z umiejętnie dozowanym napięciem. Horror/thriller przeplatany z mięsistą powieścią obyczajową (w pewnym sensie „młodzieżową”, choć nie polecałbym trzynastolatkom). Wątki „horrorowe”, choć zgrabne, są mimo wszystko słabsze (bo konwencjonalne) od wątków obyczajowych. Podobny problem mam też z horrorami Orbitowskiego – takie Tracę ciepło jest znakomite jako powieść o dorastaniu w latach dziewięćdziesiątych dzisiejszych trzydziestolatków, ale, gdy wchodzi w metafizykę, też czuć papier i konwencję i to, że autor sam zupełnie „nie wierzy” w kreowane „zaświatowe inwazje w rzeczywistość” (choć tu Orbitowski ma ciekawsze pomysły). Instytut to kolejny przykład fantastyki, w której najciekawsze jest nie to, co fantastyczne, a to, co swojskie, nasze, rzadko opisywane przez prozę głównonurtową – dowód, że polska literatura grozy młodego pokolenia przejęła funkcję realistycznego opisu świata (trochę podobnie jak kryminał). Jej popkulturowy status może jednak sprawić, że miłośnicy tradycyjnej prozy po nią nie sięgną, a fani literatury grozy mogą jej nie znaleźć; nobliwe wydawnictwo Znak raczej nie jest kojarzone z fantastyką i horrorem (choć co nieco już wydało, gdy tak pogrzebię w pamięci). A przykładem literatury grozy, gdzie fantastyka jest ważniejsza niż realistyczne opisy, jest H. P. Lovecraft czy nasz Stefan Grabiński. Ale Stephen King już nie. Instytutowi bliżej jest do Kinga, ale w konwencji Trainspotting.
8/10
Jakub Żulczyk, Instytut, Znak, Kraków 2010
poniedziałek, 25 lipca 2011
I konserwy mogą marzyć
Nieprawe łoże i Noblista, czyli poprzednie części Trylogii optymistycznej, której zwieńczeniem jest Kaprys historii, były dobrymi czytadłami, dowodzącymi, że i konserwatywna prawica ma swoją popkulturę. Wolskim ostentacyjnie gardzi krytyka literacka – gdyby był z „salonu”, piano by z zachwytu nad sprawnością warsztatową, rozrachunkami z historią i tak dalej. Autor „prawicowy” nie ma prawa pisać ambitnie (bo taki autor z założenia jest głupszy od autora „lewicowego”), ale gdy napisze coś popularnego, dostaje baty za to, że pisze literaturę popularną, nie wysoką. Inna sprawa, że i część naszej konserwy jest przekonana, że „naszym” nie uchodzi pisanie takich dyrdymałek.Cóż, sam chciałbym Kaprys historii pochwalić, ale niestety, nie bardzo jest za co. Ostatnie czytane przeze mnie alternatywy Wolskiego (Wallenrod, Jedna przegrana bitwa) mam za całkiem sympatyczne i prowokacyjne czytadła. Pozostałe, które czytałem, też były niezłe – Pies w studni, Alterland, Noblista. Na tym tle Kaprys historii jest powieścią zdecydowanie słabszą.
Z całej Trylogii optymistycznej w Kaprysie najwięcej fantastyki, niekoniecznie najwyższych lotów. Jest fantastyka „paranormalna” – telepatia, opuszczanie ciał przez dusze, pamięć genetyczna wreszcie, forsowana dość silnie jako teoria więcej niż fantastyczna. No i mamy fantastykę naukową, ale rodem z taniego SF – sztucznie utrzymywane przy życiu mózgi, wypasione szpiegowskie gadżety bondopodobne, osiągnięcie samoświadomości przez sieć itd. To akurat jest dość zaskakujące – elementy fantastyki „naukowej”, racjonalnej rzekomo, są w powieści traktowane z przymrużeniem oka, ironicznie, będąc częścią konwencji, zaś pseudonaukowe, paranormalne bzdetki autor wydaje się lansować, a przynajmniej nie wykluczać hipotezy ich istnienia. Chodzi mi głównie o wspomnianą pamięć genetyczną, która tłumaczy wiele zachowań zwierząt, np. to, że pisklęta panikują na widok orła, a nie bociana. Co na to przyrodnicy?
Rozczarowanie przynosi kreacja postaci, płaskich jak biust Keiry Knightley (określenie z powieści). Siostra Adama Podlaskiego (znanego z poprzednich części trylogii), narratorka powieści, jedzie papierem aż miło, przekazanie jej narracji niczego nie zmienia i niewiele nam o niej mówi. Rozwiązania fabularne to często łatwo zauważalne nawet dla mnie deus ex machina, zwłaszcza w finale, gdzie bohaterowie dokonują cudów. Dosłownie. Chyba że potraktować to jako kpinę z konwencji – ostatnio zrobiłem się jednak głuchy na ironię.
Są i plusy, za które mam - jak zwykle u Wolskiego zresztą – ciekawe dywagacje historyczne, socjologiczne etc, celne wtręty o charakterze „prawicowo-konserwatywnym”, np. o wojnie w Wietnamie, tylko, obawiam się, że… lewica książek Wolskiego nie czyta, a prawica i tak wie o tym doskonale.
Poprzednie części trylogii były raczej kryminałami ze szczyptą fantastyki. W Kaprysie… zaś mamy jej cały garnek (paranormal-techno-political fiction…), niekoniecznie z pożytkiem dla całości. Szkoda trochę powieści, ale może po prostu za wiele wymagam od fantastyki – w tej powieści jest ona dość sztampowa, stanowi ułatwienie kreacji i jest wytrychem fabularnym tłumaczącym wszechmożliwości postaci. Jako powieść sensacyjna broni się też właściwie średnio. Wątek historyczno-polityczny jest tu zdecydowanie najciekawszy. Ogólnie, odnoszę wrażenie, że Wolski byłby lepszym pisarzem, gdyby w książkach bardziej skupiał się na polityce i historii i pokręconych losach ludzkich niż na fantastyce i i sensacji – póki stanowią one smakowite przyprawy, jest dobrze, dodają one wówczas powieściom energii i pewnej specyficznej pikanterii. W Kaprysie historii autor jednak zdecydowanie przesolił.
----------------------------------------
W Cudzie nad Wisłą Wolski po raz kolejny dał się ponieść marzycielskiej fantazji o lepszej Polsce. W Wallenrodzie gromiliśmy z Niemcami Sowietów, w Jednej przegranej bitwie Sowieci gromili nas, ale i tak potęgą polskiego ducha i przedsiębiorczości zawojowaliśmy świat. Tutaj mamy zaś prawidłowy, idealny przebieg naszej „bezkrwawej rewolucji” lat 1989-1990 („roku zerowego” w Tracę Ciepło Orbitowskiego – czy mitologizacja tego czasu już jest faktem?). Tym razem fantastyczną motywacją wydarzeń nie jest historia alternatywna, ale zaświatowa walka osobowych, a jakże, sił dobra i zła o duszę Polski. Na skutek zakładu pomiędzy aniołem a diabłem ów pierwszy dokonuje jednego cudu – przemienia mianowicie na okres jednego roku Wałęsę w opatrznościowego męża stanu, inteligentnego i oczytanego, a nawet zupgrade’owanego moralnie. Otóż diabeł jest przekonany, że to prądy historii kierują jednostkami, a anioł, że zupełnie odwrotnie – więc ten drugi ma szansę to udowodnić i dokonuje owego cudu z Wałęsą. Z poglądami owego anioła zgodziłby się Waldemar Łysiak, ale to już inna historia.Oczywiście w tej alternatywnej historii o naszej udanej dekomunizacji wszystko jest tak, jak być powinno – zagraniczne inwestycje nie oznaczają wyprzedaży majątku narodowego, porządnie przeprowadza się prywatyzację, majątek PZPR przejmuje państwo, Wałęsa przed kamerami przyznaje się do bycia Bolkiem, Kaczyńscy wciąż są centrystami, a Jarosław nawet… zakochuje się i żeni. Demony nacjonalizmu, wbrew obawom Michnika i nadziejom Rymkiewicza, okazują się nie takie straszne, a lustrację można przeprowadzić w cywilizowany sposób, unikając zarówno niesłusznych pomówień, jak i wieszania na latarniach. Jednym słowem, Wałęsa jako szlachetny mąż stanu wydobywa z wszystkich to, co najlepsze, a różnego rodzaju „element antypolski” zepchnięty jest na margines. W tle dwójka niby głównych bohaterów, ale często będących na uboczu – Kasandra i Kamil, z odpowiednimi życiorysami, pełnymi zawirowań partyjno-solidarnościowych, jak to u Wolskiego. Jest też trochę historii miłosnej, a w scenach romantycznych i erotycznych jak zwykle konserwatyzm idzie w parze ze specyficznym libertynizmem; czasem owo rozdarcie między konserwatywnym podejściem do seksu czy dziewictwa a zamiłowaniem (koniecznością?) do upychania „momentów” jest naprawdę schizofreniczne – to też bardzo charakterystyczna cecha powieści tego autora.
Powieść powstała w maju i czerwcu 2010 roku – zakończenie to jednoznaczne nawiązanie do Smoleńska; podobnie kończył się Zgred Ziemkiewicza, również ukończony w tym okresie. Czy Smoleńsk wymusił zmianę zakończeń tych utworów? Niewykluczone – i nie wykluczam też, że będzie częstym tematem powieści, nie tylko fantastycznych.
Powieść powstała w maju i czerwcu 2010 roku – zakończenie to jednoznaczne nawiązanie do Smoleńska; podobnie kończył się Zgred Ziemkiewicza, również ukończony w tym okresie. Czy Smoleńsk wymusił zmianę zakończeń tych utworów? Niewykluczone – i nie wykluczam też, że będzie częstym tematem powieści, nie tylko fantastycznych.
Wolski, jak większość pisarzy z lewej i prawej strony (poza skrajnościami), również wkurza się na to, że Polska to albo mesjanizm o czasem samobójczych skłonnościach, albo tumiwiszące polactwo. Może tylko recepty ma inne. Cud nad Wisłą odebrałem jako kolejną „patriotic fiction” z cyklu „jaka powinna być Polska” – owa warstwa spekulatywno-polityczna (quasihistoryczna) jest na tyle dominująca, że podrzędne wobec tegoż są wykorzystane konwencje – fantastyki religijnej, satyry politycznej, historii alternatywnej czy thrillera.
Zresztą, powieść jako satyra broni się moim zdaniem słabo - nie ukrywam, nie rozśmieszyła mnie specjalnie. Pod powierzchowną warstwą humoru, budowanego poprzez jajcarsko poprzekręcane alternatywne nazwiska (Wałęsa-Szwendała, Kaczyński-Indykiewicz, Michnik-Pysznik, Moczulski-Sikulski, Miller-Killer, Karuzelski, Turban, etc), małpowanie stylu np. wstępniaków Michnika i przerysowanie zachowań polityków, wyczuwałem podskórną gorycz i żal, że w okresie geopolitycznej koniunktury nie wyłoniliśmy żadnego wybitnego przywódcy na miarę męża stanu, żadnego „super-Wałęsy”.
Pomimo narracyjnej prostoty, nadmiernego wymieszania różnych konwencji i odczucia pośpiechu przy pisaniu powieści, nie jest to zła książka, ponieważ próbuje rozpoznać „błędy założycielskie” pierwszego etapu naszej transformacji ustrojowej. Prawdopodobnie nie przetrwa próby czasu, ale jest niezłym dokumentem postsmoleńskiej konserwatywnej mentalności, marzącej o III RP bez błędów i wypaczeń. I znów odnoszę wrażenie, że fantastów, częściej niż głównonurtowców, obchodzą „ważniejsze sprawy” (polityka, historia, filozofia itd.). No i Polska jako taka, od paru lat będąca silną namiętnością naszych literatów, a po Smoleńsku to już w ogóle. Tylko czy taka literatura, nieważne, hiperpatriotyczna czy antypatriotyczna, ma szansę zainteresować kogoś poza Polakami i być naszym towarem eksportowym? Cóż, może dla reklamy Polski w świecie więcej dobrego zrobiłby jakiś nowy Wiedźmin czy inny polski Harry Potter niż wszystkie tomy Ziemkiewicza i Wolskiego razem wzięte…
Marcin Wolski, Kaprys historii, Zysk i S-ka, Poznań 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















