Mniej pisania ostatnio, ale co nieco i owszem.
Piotr Patykiewicz "Dopóki nie zgasną gwiazdy" - "Czas Fantastyki" 3/2015
Roger Scruton "Oblicze Boga"
Dinesh D'Souza "Wybaczyć Ameryce"
Krzysztof Kłopotowski "Geniusz Żydów na polski rozum"
Szczepan Twardoch "Wieloryby i ćmy"
Zadebiutowałem też na skrzydełku "Agendy 21" Glenna Becka i Harriet Parke....
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twardoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twardoch. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2015
piątek, 3 lipca 2015
Maj - Czerwiec 2015
Marcin Wolski "Dzień zapłaty"
Marcin Wolski "Striptiz Nadredaktora"
David Cronenberg "Skonsumowana"
"Wielkie oczy" (film)
"Czas Fantastyki" 1/2015 - recenzje:
"Biała Reduta T. 1" Tomasz Kołodziejczak
"Utopie" Konrad T. Lewandowski
"Drach" Szczepan Twardoch
poniedziałek, 28 listopada 2011
Twardoch soft
Cóż, będę wielbłądem i powiem, że ostatni tomik Twardocha trochę mnie rozczarował, a może po prostu oczekiwałem znowu czegoś wybitnego, w najgorszym razie przynajmniej ostro pod prąd. Pewnie, że „tak jest dobrze”, ale było bardzo dobrze, a nawet wybitnie (Wieczny Grunwald). Wolałem Twardocha antysalonowego, prolustracyjnego, przedsoborowego i germanofilskiego, nawet jeśli się z nim nie zawsze zgadzałem. Tutaj – boje z historią i polską (śląską) tożsamością odeszły na bok (może poza Gerdem), z literatury idei proza Twardocha stała się elegancką, wieloznaczną literaturą „głównonurtową”, która ma urzec, nie wiem, czytelników takiego Murakamiego czy Tokarczuk. Nawet jeśli momentami makabryczna, ostentacyjnie podkreślająca cielesność czy nie stroniąca od fantastyki, proza ta stała się atrakcyjna dla wszystkich – tym manewrem Twardoch zyskuje nowych czytelników, jeszcze nie tracąc starych. Dlatego Andrzej Horubała w Uważam Rze słusznie zauważył, że zbiorek ten wygląda jak spóźniony debiut, a nie jak ósma już książka prozatorska (nie licząc dwóch non-fiction). Owszem, debiut, ale w innej kategorii wagowej.
Obiektywnie patrząc, nie jest źle – warsztatowo zresztą coraz lepiej i coraz mniej papierowo (najbardziej papierowi byli dla mnie bohaterowie Sternberga), ale dotychczasowy target tej prozy, czyli konserwatywni fantaści (fantazjujący konserwatyści) może czuć niedosyt. Otóż, na literackiej mapie Twardoch był sporym objawieniem – nie ograniczającym się do mantry o „złej Europie”, jak Barnim Regalica czy Paweł Kempczyński, którzy, sądząc po reakcjach krytyki, więcej złego niż dobrego uczynili tzw. „prawicowej fantastyce” (reakcji czytelników nie znam). Najważniejszy dotychczasowy przedstawiciel tego nurtu, Rafał Ziemkiewicz, zmienił już, raczej na stałe, literackie zainteresowania. Marcin Wolski ma potencjał, ale jakość przeszła u niego w ilość. Na tym tle Twardoch wydawał się cudownym dzieckiem – Márai, Jünger, Cioran jako literacko-filozoficzne wzorce; a fantastycznej konwencji nie trzymał się kurczowo. Dlatego też sporym zaskoczeniem była dla mnie wieść o ciepłym kąciku w Polityce, tym „periodyku kumpli Urbana” (cytat z recenzji Horubały), i chyba nie tylko dla mnie. Skąd ta przemiana autora Frondy, Arcanów, 44? Wydaje się, że Twardoch nie chce mieć łatki konserwatysty, podobnie zresztą jak łatki fantasty. Osoba, która kurczowo trzyma się swoich poglądów, nieważne jakich, nie rozwija się, więc – nie osiągnie przemiany.
O przemianach różnego rodzaju właściwie traktuje cały zbiorek Tak jest dobrze. Na ile są prawdziwe, na ile fałszywe, na ile moralnie słuszne bądź nie. Przemianę można ukazać bardziej dosłownie, w konwencji fantastycznej (Gerd, Ona płynie w moich żyłach), ale niekoniecznie (Masara, Uderz mnie, właściwie też Kurczyk, gdyby wyciąć finał). Bywa, że uparte stawianie na swoim jest przyczyną kłopotów; wtedy, zamiast się przemienić, bohaterowie poddają się swoim demonom (upór Gerda owocujący wstąpieniem do SS; upór Nikodema z Tak jest dobrze skutkujący rozstaniem z żoną – obaj czynią to właściwie wbrew sobie i na przekór bliskim, pchani lawiną zdarzeń). Przemiana prawdziwa jest autonomiczna, choć często dokonywana wbrew sobie i swoim przyzwyczajeniom (Masara) w przeciwieństwie do fałszywej, nieudanej, wiodącej w ślepą uliczkę, czasem dosłownie demonicznej. Więcej jest przykładów tej drugiej – Gerd, Kurczyk, podstarzały rockman Marek z Masary, zakochany w swoim ego, czy wspomniany Nikodem, choć ten ma jeszcze jakąś szansę poprawy, czy przynajmniej pokuty (czy Spitsbergen, świetnie opisane miejsce akcji utworu, nie jest wtedy też symbolicznym czyśćcem?). Masarę – otyłą, zakompleksioną licealistkę, motywuje do zmiany ciotka, dzięki czemu dziewczyna staje się atrakcyjną business woman; los Kurczyka wywindowanego na salony przez tajemniczą femme fatale wydaje się pozornie czymś podobnym, a okazuje się tylko napompowaniem jego ego po to tylko, by z niego okrutnie zadrwić.
Ogólne waloryzowanie jest czasem dość zaskakujące – Marek stoczył się, bo się „nie sprzedał” i zamiast „chałturzyć dla debilnych programów telewizyjnych”, wolał „być sobą”, co skończyło się życiowym niespełnieniem, nieodniesieniem sukcesu i ogólnym brakiem kasy. Natomiast Masara „się sprzedała”, przestała „być sobą”, ale za to prowadzi świetnie prosperującą firmę. Zaskakujące? Kpiące z gówniarskiej mentalności, według której „bycie sobą” to świętość, nawet jeśli to oznacza całkowitą stagnację i założenie, że jest się super takim, jakim się jest? A może autor próbuje tekstem literackim usprawiedliwić własny angaż do Polityki (przeczuwając kręcenie nosem przez niektórych czytelników, że „to już nie Twardoch”). W każdym razie przytomnie zauważa, że granie coraz to innych ról staje się normalnością, a czasem koniecznością, czy chcemy tego, czy nie (erpegi i portale społecznościowe to tylko przedsmak tego, co nas czeka). Nie jest ważne to, kim jesteśmy, tylko to, kim się stajemy. Czyli – w kogo się przemieniamy. I czy robimy to z własnej woli.
Tak jest dobrze to kolejna książka, który dyskutuje z Linią oporu Dukaja, tyle że problemy trans-sapiens Twardoch rozpatruje nie od strony technologicznej i filozoficznej, tylko, nie wiem, moralnej? duchowej? ludzkiej? Autora wydaje się obecnie bardziej interesować człowiek niż idee i światopoglądy, stąd książka nie była dla mnie tak smacznym kąskiem jak Wieczny Grunwald, Epifania wikarego Trzaski czy Przemienienie. Reszcie świata powinna się jednak spodobać. I okazuje się, że Twardoch potrafi pisać nie tylko o żołnierzach, baronach i agentach bezpieki, ale o życiowych loserach i otyłych nastolatkach gnębionych przez rówieśników.
7/10
sobota, 22 stycznia 2011
Szczepan Twardoch - Wyznania prowincjusza
Ostatnia książka Twardocha to zbiór naprawdę świetnych esejów, głównie historycznych i socjologicznych, których punktem wyjścia jest najczęściej literatura, film czy dzieło sztuki, ale nie tylko. Towarzyszymy autorowi w erudycyjnych podróżach zarówno po świecie kultury wysokiej i niskiej, ale też i po arktycznej Rosji.
Podejście Twardocha cechuje się zarazem pewną zdrową dumą ze swojego „prowincjonalnego” miejsca w Polsce (Śląsk) i na świecie, jak i też pewnością, że następuje powolna śmierć obecnych kultur i cywilizacji – najprawdopodobniej zniknie i Śląsk, i Polska, a i Europa za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ulegnie (już ulega) radykalnej metamorfozie – nie będzie to zresztą pierwsza z „apokalips” czy „końców świata”, które już miały miejsce w historii, nie musi zresztą to być typowa inwazja militarna czy jakiś NWO. Jak bowiem wygląda Europa? Kobiety nie chcą mieć dzieci, a mężczyźni nie chcą walczyć – nawet wobec własnej chuliganerii jesteśmy bezsilni, a co dopiero wobec realnego zagrożenia z zewnątrz.
Absurdy lewicowych utopii są obecnie tak oczywiste, że Twardoch nawet niespecjalnie z nimi polemizuje, ale jeśli ktoś sądziłby, że w takim razie przyzna rację prawicowym publicystom, straszącym nas wizjami nadejścia liberalnego totalitaryzmu, też się myli. Oto cytat (str. 162):
„Jak pokazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu (…). W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież jego warunkiem), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją i seksem oraz skoncentrowana na pokonywaniu – postrzeganych jako tragedie – splotów tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele więcej w ogóle Europejczyków obchodzi. Europejczycy są niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego „stylu życia”, na co słusznie wskazywała Oriana Fallaci. (…) Dlatego twierdzę, że „totalny demoliberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą, klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków”.
O Polsce, której podstawą polityki jest ”wymachiwanie trupami”, też ma Twardoch nienajlepszą opinię, choć marzy o tym, byśmy wreszcie, jako naród, dojrzeli. Nie ma narodów „niewinnych”, może nawet dla Polski przydałaby się taka „utrata dziewictwa”, którą byłoby np. powieszenie z woli ludu agenta rosyjskiego, ostatniego naszego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie potrzebujemy żadnego „pokrzepiania serc”, ale raczej „zastrzyku z adrenaliny”. Innymi słowy, „kopnięcia żubra w d…”, jak to dosadnie określił Rymkiewicz, czego dokonał kilka lat temu Jarosław Kaczyński.
Historiozoficzne postrzeganie świata określa wybór lektur autora. Sandor Marai, Ernst Junger, Cormac McCarthy (Droga), Jarosław Rymkiewicz (Wieszanie), Wasilij Grossman (Życie i los), Chuck Palahniuk – wspólny mianownik to pisanie o radykalnych przełomach historycznych, o rewolucjach i wojnach zmieniających porządek świata, czy to z perspektywy ich uczestnika, czy badacza, czy wreszcie z na poły fantastycznej perspektywy literatury postapokaliptycznej.
Być może współczesna kultura, (częściej ta popularna niż wysoka, no i oczywiście ta niezajęta „konsumpcją i seksem”) jakoś przeczuwa to nadchodzące przewartościowanie, kryzys, rewolucję, czy po prostu własne powolne zaniknięcie – jeśli tak, to lektura esejów Twardocha i relacji z jego „postapokaliptycznych” lektur nam to uświadomi i sprawi, że będziemy spać spokojnie. Albo wręcz przeciwnie.
Brakuje mi w książce kilku esejów – tego o książce Lecha Jęczmyka „Trzy końce historii czyli nowe średniowiecze” albo tego o „Walcu stulecia” Ziemkiewicza (oba zamieścił „Czas Fantastyki”) – nie wiem, dlaczego akurat je pominięto, książka i tak nie grzeszy objętością, co uważam zresztą za jedyną jej wadę.
(recenzję pisałem w listopadzie 2010)
Szczepan Twardoch - Wieczny Grunwald
Opowieści określane mianem historii alternatywnych ze zjawiska dość niszowego awansowały do głównego nurtu fantastyki i nie tylko. Testowanie różnych wariantów innego przebiegu historii ma zresztą chlubną tradycję; to nie tylko dobrze znany Dick (Człowiek z Wysokiego Zamku), ale i D’Ormesson (Chwała Cesarstwa), i Parnicki (Muza dalekich podróży), a z nowszych pozycji Kim Stanley Robinson (Lata ryżu i soli) czy Philip Roth (Spisek przeciwko Ameryce).
Wieczny Grunwald jest co prawda wydany w tej samej serii - Zwrotnice czasu - co powieści Parowskiego (Burza) i Wolskiego (Wallenrod), ale jest to trochę mylące. Poprzednie powieści pełniły mniej lub bardziej kompensacyjną funkcję i dotyczyły innego wariantu II wojny światowej (Polska wygrywa z Niemcami lub wchodzi z nimi w tymczasowy sojusz). Twardoch zaś zamierzył coś ambitniejszego – nawet nie wiem, jak to nazwać, meta-historią alternatywną? Jest to bowiem opowieść o nieskończonej ilości wariantów przebiegu historii – co prawda to zawężone do historii Polski i Niemiec, ale i tak wrażenie jest oszałamiające.
Jak taką historię opowiedzieć? Punktem wyjścia są losy Paszki, bękarta króla Kazimierza Wielkiego i młodej Niemki. Miłośnicy historii w czystej postaci powinni być wątkiem tym solidnie ukontentowani – Twardoch rzeczywiście „czuje historię” (określenie Orbitowskiego), mentalność epoki jest oddana rzetelnie, to nie średniowieczni przebierańcy, jakich znamy z Sapkowskiego. Stosunek do walki, do przemocy, do dyscypliny – znać rękę mistrza.
Łatwo wyłowić też psychoanalizę – kolejne, inicjacyjne ojcobójstwa, ambiwalentny erotycznie stosunek do matki – ale mam wrażenie, że Twardoch trochę z psychoanalizy kpi, wiedząc, że na próbach freudowskich i jungowskich interpretacji jego powieści można się wyłożyć – dajmy na to, zdarzenie X można wyjaśnić kompleksem Edypa – ale czym wyjaśnić kompleks Edypa ukazany wprost? Innym kompleksem?
Wracając jednak do naszej powieści – otóż jej główny bohater ginie na samym początku, podczas bitwy pod Grunwaldem, i dalszą narrację prowadzi z perspektywy „zaświatowej” – opowie więc zarówno o swoim „światowaniu”, czyli o życiu w konkretnym czasie historycznym, ale też o nieskończonej ilości alternatywnych żyć, które rozpoczęły się potem… narracja przeplata więc narrację historyczną z fantastyczną, „zaświatową” – perspektywa nieskończonych wariantów kolejnych żyć, w różnych historycznych epokach. Uwaga autora skupia się głównie na konfliktach prowadzonych metodą coraz nowocześniejszych środków militarnych; nie byłby to w końcu Twardoch. Niektóre z tych alternatywnych historii to gotowy materiał na powieść – autor na pomysłach nie oszczędza. Jeśli uznamy, że te ciągłe przeżywanie kolejnych śmierci samego siebie w różnych bitewnych dekoracjach to taka oryginalna, autorska wizja czyśćca czy piekła – będziemy mieli fantastykę religijną. Wydaje się, że autor zarys tego pomysłu zaczerpnął z różnych filozofii Wschodu – nieprzypadkowo motto powieści to cytat z Bhagavadgity („Człowiek rozumny nad żywym boleje, ani nad umarłym”) – rzeczywiście, nieskończony ciąg reinkarnacji, ciągłe „wieczne powroty” są ukazane jako przykład wyrafinowanego okrucieństwa. Choć poniekąd zasłużonego, gdyż bohater świętym bynajmniej za życia nie był.
To nie wszystko, co ma do zaoferowania ta powieść – dodajmy do tego smakowite dywagacje na temat „ducha narodowego” Polski i Niemiec, ukonkretnione metafory Matki Polski pokrywającej cały kraj i germańskich lebensbornów i Blutfabrik, futurystyczno-gargantuiczno-rammsteinowa wyobraźnia autora jest tu naprawdę niesamowita. Polska i Niemcy jako dwa przeciwstawne sobie żywioły (chciałoby się powiedzieć: yin i yang) – ciało (zmysły) kontra idee, intelekt kontra uczucie, zamiłowanie do sztuki i szaleństwa kontra zamiłowanie do porządku i organizacji. Wieczny konflikt jako zasada dziejów (a może zasada piekła?). Preferujący konkret nad fantastyczne wizje dowiedzą się też o genezie państw narodowych (zjawiska, okaże się, historycznie dość świeżej daty) i być może przekonają się, że czasem za pomocą fantastycznych środków najlepiej jest zobrazować pewne idee (Król-duch Słowackiego się kłania).
Powieść historyczna, meta-historia alternatywna, bildungsroman, powieść idei, fantastyka religijna – to tylko niektóre z możliwych klasyfikacji tej powieści. I jeśli ktoś sądziłby, że książka ta to być może mistrzostwo treści, ale pod względem językowym fantaści są kiepscy, próbka stylu Twardocha (str.11):
„I takież ja jasnął jeśm, jakoć panosza, jakoć królowic. A w istnem światowaniu nawrócił jeśm był k Krakowowi, gdaż miał jeśm lat dwadzieścia i odziewa chudego telkom s to, co na chrzbiecie i miecze trzy, i stworność szyrmirską miał jeśm, i skapę, i czyn koński chudy.”
Przyznam, cytat dobrany trochę złośliwie, bo powieść i tak czyta się łatwiej niż niektóre eksperymenty Dukaja, ale jest dobrym przykładem staropolskiej stylizacji w wersji Twardocha (nota bene nie cała powieść jest tak stylizowana, w innych momentach mamy np. mnóstwo germanizmów).
Powieść-wyzwanie. Do wielokrotnej lektury i do delektowania się bogactwem treści i formy. Pierwsza liga polskiej fantastyki, poza fantastykę zresztą daleko wykraczająca.
(recenzję pisałem w sierpniu 2010)
(recenzję pisałem w sierpniu 2010)
Szczepan Twardoch - Zimne wybrzeża
Szósta już książka prozatorska trzydziestoletniego Ślązaka, udatnie zapełniająca lukę w polskiej „literaturze środka”, czyli – nie czysty pop a’la Pilipiuk, ale też żadna awangarda. Twardoch mnie ujął – największy konserwatysta wśród fantastów i fantasta wśród konserwatystów, dumny ze swojego śląskiego ethnosu, namiętnie rozpolitykowany, miłośnik broni rozmaitego kalibru i kształtu, pasjonat historii i polityki. Książki zaś są nieszufladkowalne – Zimne wybrzeża równie dobrze są sensacyjną, przygodową, polityczną, z ładnie wplecionym elementem fantastycznym, w klimatach nie dość, że arktycznych, to jeszcze zimnowojennych (1957 rok, Spitsbergen) – grupa polskich polarników kontra przybysz z zewnątrz, John Smith, którego oczami obserwujemy większość akcji, a o którym wiemy bardzo niewiele. Im dalej w las, tym więcej klasycznych Twardochowych dylematów – zdrady, bojów z polskością (i niemieckością) własną i cudzą, maleńka osada Polaków jawi się jako kolejna metafora Polski jako takiej.
Kto chce, może się czepiać – sądy nad historią i ludźmi są dość jednoznaczne, zdrajca to zdrajca, bohater to bohater, nie ma tu dzielenia włosa na czworo, a w pewnych przypadkach przemoc jest – niestety! – uzasadniona, choćby po to, by zapobiec większej przemocy (polecam roztrząsający podobne dylematy serial 24 godziny). Dla części naszych wykształciuchów będzie to podejście, ehem, „faszystowskie”, ale dla tej inteligentniejszej inteligencji może być przynętą (podobnie jak miażdżące recenzje Doliny Nicości Wildsteina i Noblisty Wolskiego w Gazecie Wyborczej spowodowały… wzrost sprzedaży tych książek).
Sama powieść urzeka surowym, arktycznym klimatem, takim „dla prawdziwych mężczyzn”, i faktycznie – wątków romansowych nie przypominam w żadnej książce Twardocha. Jest to powieść trochę zapomnianych wartości, klasyczna w narracji (ale nie monotonna!), pomimo, że autor pisze obsesjami, nie odnosi się wrażenia, że to jest taśmowe stukanie kolejnych tomów i nabijanie objętości. Polecam!
(recenzję pisałem w grudniu 2009)
(recenzję pisałem w grudniu 2009)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




