Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2014

Październik 2014

Miesiąc minął jak z bicza strzelił, wydawało mi się, że niewiele przeczytałem i zrecenzowałem, ale jednak nie było tak źle.

Książki:
Dick - Świat Jonesa
Belofsky - Jak dawniej leczono
Bechta - Pogrom czy odwet?
Ellis - Wzorzec zbrodni

Filmy, seriale:

Na skraju jutra
Gotham (pisane po trzech odcinkach ;) )

Recenzja książkowo-serialowa:
Hogan, Del Toro - Wirus (The Strain)

Komiks:
Funky Koval (tom 1-4)


poniedziałek, 1 września 2014

Sierpień 2014

Kolejny miesiąc z głowy. O niektórych pozycjach czytanych/widzianych udało mi się jak zwykle co nieco napisać ;)

Filmy - Niezgodna i Złodziejka książek ;

Książki:
Ralph Sarchie - Zbaw nas ode złego
Marcin Karas - Zbawienie przez technikę? (Teilhard de Chardin krytycznie)
Waldemar Łysiak - Polaków dzieje bajeczne
Maciej Parowski - Czas Fantastyki
Andrzej Borowiec - Chłopak z Warszawy








piątek, 1 sierpnia 2014

czwartek, 13 grudnia 2012

Bez mitu, bez interesu



Kilka lat temu Rymkiewicz w Wieszaniu chciał redefiniować polskość. Stawiał tam tezę, że bylibyśmy lepsi, gdybyśmy byli gorsi (moralnie); nasza narodowa przyzwoitość była tam piętą achillesową. A może właśnie szkoda, prowokował Rymkiewicz, że nie byliśmy narodem bardziej okrutnym, który zdolny byłby do królobójstwa i powywieszania na latarniach pewnych antypolskich indywiduów. Królów-zdrajców co prawda nie mordowaliśmy, za to okazuje się ostatnio, że Żydom urządzaliśmy regularne pogromy, a ratowali ich przed prawicowymi, konserwatywnymi Polakami-faszystami dobrzy, liberalni Niemcy, tacy jak Oskar Schindler – ot, taka nowa wersja historii.

Zychowicz w Pakcie Ribbentrop-Beck też prowokuje, uważając, że problemem było właśnie to, że byliśmy za mało „źli” i „faszystowscy” (wiem, że nazizm to co innego niż faszyzm, ale wytłumaczcie to komuś z Antify) i że Hitler za bardzo nam śmierdział. Autor też chce przemodelować Polaków i dodać im rysów bardziej makiawelicznych. Czemu nie sprzymierzyliśmy się z Hitlerem PRZED wojną, gdy jeszcze nie był ludobójcą? Bo byśmy stracili polityczne dziewictwo? Ktoś dziś wytyka palcem Włochów, Rumunów, Japończyków za to, że stali po niewłaściwej stronie? Ktoś dziś wytyka to samym Niemcom? Albo kto wytyka aliantom układ ze Stalinem? Jakoś nie widzę, natomiast nieskalanym i honorowym Polakom i tak wypomina się antysemityzm i faszystowskie ciągoty. Przekonuje Zychowicz, że we własnym interesie należało – było zresztą jedynym wyjściem i wcale nie niemożliwym – sprzymierzenie się tymczasowe z Hitlerem, po wspólnym pokonaniu Sowietów zmiana sojuszy, skutkiem czego Polska powojenna byłaby większa terytorialnie niż przedwojenna. Świat też by na tym skorzystał, bo trochę byśmy Niemców ucywilizowali, zginęłoby mniej Żydów, a stalinizm zdechłby w latach czterdziestych.

Czy to całkowita fantastyka alternatywna? Kiedyś sądziłbym, że tak; że ani to nie było możliwe, ani sensowne. Zychowicz udowadnia, że wręcz przeciwnie. Pokazuje polsko-niemieckie odprężenie, które rozpoczęło się po dojściu Hitlera (Austriaka, nie Prusaka) do władzy – dziwnie się ogląda zamieszczone w książce plakaty z lat trzydziestych, głoszące przyjaźń polsko-niemiecką, jak z jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Hitler szukał w nas sprzymierzeńca, wręcz umizgiwał się do nas, a my mieliśmy go bronić przed Sowietami. Żądania Gdańska i autostrady wcale nie były takie wygórowane, w Gdańsku mieszkało 80 % Niemców. Nasza decyzja o wojowaniu z Niemcami, pójście na pierwszy ogień to jedna z najgłupszych i najbardziej szalonych, samobójczych decyzji; nawet bez Stalina obok. A sojusz z Anglią i Francją z założenia nie gwarantował niczego, miał tylko tymczasowo odsunąć groźbę wojny od Zachodu. Wszyscy wiedzieli, jak wkurzy się Hitler na „zdradę” Polski – Niemcy, Sowieci, Anglicy – tylko nie Polacy. Cóż, tak nas ukształtowała historia i literatura, że nie potrafimy odróżnić odwagi, niosącej choć cień szansy na sukces, od pewnego samobójstwa.

Zychowicz ma rację, wystarczy pograć w coś w rodzaju Medieval: Total War, by nasunęły się takie same wnioski, innych rozwiązań nie było. Problem jednak w tym, że żądanie od Polaków, by byli tacy politycznie makiaweliczni, a nie romantyczno-honorowi, to trochę żądanie innego narodu. Rymkiewicz żądający „ciemnej strony” wychodzi z przeciwnych założeń, żąda intensyfikacji tego „narodowego ducha” właśnie, co to się buntować przeciw tyranii musi, nawet jeśli tyran przejedzie go walcem. Pobrzmiewają u niego jakieś tony nietzscheańsko-pogańskie; niech się duch narodowy wyszaleje w rzeziach i mordach, a trupy przecież nie idą na marne, im więcej, tym lepiej (brzmią w tym echa nie tyle chrześcijaństwa, co pogaństwa i Nietzschego). Czy taka śmierciolubność to tylko stereotyp, narzucona forma, czy „charakter narodowy”? Według Zychowicza taka perspektywa jest całkowicie antypolska, jest przejawem bezrozumnego, szalonego hurrapatriotyzmu i mentalności typu „kawalerią na czołgi”. Kawalerię mieliśmy zresztą znakomitą, tylko przez całe dwudziestolecie szykowaliśmy się na wojnę z wrogiem z drugiej strony.

Zychowicza kompletnie nie interesuje ani „duch narodu”, żadna zresztą wyższa, metafizyczna perspektywa. Ale przecież tylko według niej żadna przegrana wojna, żadna ofiara i śmierć nie idzie na marne i trudno dziwić się takim próbom usensowniania historycznych klęsk; że z nich musimy czerpać siłę, pisał nawet Jęczmyk. Tylko zastanawiam się, czy politycy powinni myśleć w takiej perspektywie, tu liczy się jednak Realpolitik i interes narodowy. Literaci niech sobie myślą Mickiewiczem i Rymkiewiczem, politycy Piłsudskim i Zychowiczem. O ile taki podział w Polsce jest możliwy.

A jak czyni dzisiejsza władza? Jej wydaje się nie obchodzić ani polityka historyczna, ani interes narodowy. Ani przeszłość, ani przyszłość. Polska mitologia jest obciachowa i w ogóle pisowska, a o przyszłość i inwestycje nie trzeba się martwić, bo jesteśmy przecież zieloną wyspą i jest super, o czym świadczy kolejna Biedronka, tym razem na terenie Stoczni Szczecińskiej. Ciemność widzę, ciemność.

Piotr Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck. REBIS, Poznań 2012.

wtorek, 23 października 2012

Niemiejska legenda



Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że Orbitowskiemu coraz mniej chodzi o straszenie, ale… o co właściwie? Dick robił z rekwizytorni SF metafizyczne dramaty, Sapkowski ze sztafażu fantasy „prawdziwą literaturę”, a Orbitowski koncepty przynależne literaturze grozy, mniej lub bardziej oryginalne, winduje na wyższy poziom i przetwarza na literackie mięcho, pełne skrzywionych i skrzywdzonych przez los postaci. Coraz więcej u niego polskiej historii, która okazuje się idealnym materiałem na budzące grozę opowieści – bo i pełna trupów, i pogmatwana, i niejednoznaczna, i romantyczna. Melanż popkulturowego horroru, historii Polski i „prawd życiowych” nie każdemu przypadnie do gustu, ma jednak swoich zwolenników, a moim zdaniem jest ciekawszy od sztampowego i wodę lejącego Stephena Kinga. U Orbitowskiego upiory przeszłości, zarówno tej osobistej, jak i wspólnej, historycznej, dopadają bohaterów. Tyle że, jak to w horrorze bywa, nie jest to wyłącznie metafora.

Fabuła Ognia rozpoczyna się dość klasycznie. Troje osób, Piotrek z żoną Basią i bratem Arturem przybywa do opuszczonej leśnej chaty. Rzecz dzieje się na Podhalu, w czasach bardzo współczesnych (2010 +). W trakcie pobytu ożyją rodzinne animozje między braćmi, związane głównie z ich relacjami wobec matki i – zwłaszcza – ojca, odezwą się tajone pretensje i żale, a stąd do tragedii niedaleko. Na historię braci nałoży się (dosłownie!) historia Józefa Kurasia („Ognia”), powojennego partyzanckiego „króla Podhala” i Stanisława Wałacha, prześladującego go ubeka. Tu przydaje się horror – duchy czy cienie owych postaci z przeszłości, których jawnej obecności w chacie bohaterowie nie są świadomi, w końcu przejmą nad nimi kontrolę i historia się powtórzy, może zresztą nie pierwszy raz. A sam las, gdzie to wszystko się dzieje, to miejsce dość wieloznaczne, kryjówka i pułapka zarazem, idealna sceneria dla mrocznej opowieści i fantastyczno-demoniczny motywator wydarzeń. A sądząc po biografii prawdziwego Kurasia, przedstawionej pokrótce w posłowiu, ten też mógł być „opętany lasem”. Mamy więc kolejny utwór, gdzie historia Polski jest efektem zabawy mrocznych sił, co poniekąd wyjaśnia, skąd u Polaków z obu stron barykady takie zamiłowanie do śmierci – cudzej i własnej... 

Co jeszcze robi wrażenie? Gwara podhalańska, którą posługuje się napotkany stary góral, łącznik pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. Zaadoptowanie do straszącej gadżeciarni nie tylko odbiornika radiowego, ale i smartfona, z którego dobywają się upiorne partyzanckie pieśni, będące parafrazami tekstów np. Ich Troje. Nietypowa, na tle konwencji wręcz „awangardowa” forma utworu (dramat czy też „widowisko historyczno-fantastyczne”) dobrze uwypuklająca konflikt postaci, a Orbitowski na tyle sprawnie operuje polszczyzną „z życia wziętą”, że dialogi są pozbawione sztuczności i teatralności. Autor zahacza też o ważniejsze kwestie, pytając np. o to, co jest nie halo z naszym narodem, skoro żywimy taki strach przed prawdą o tych i nie tylko o tych czasach. O tę prawdę dopominał się ks. Józef Tischner (jego opinia na temat jest cytowana w posłowiu), dziś dopomina się IPN. Czarna legenda Józefa Kurasia („Ognia”) jako okrutnego bandyty i antysemity to dobry przykład gigantycznej ściemy, nie pierwszej i na pewno nie ostatniej.

Dziwi mnie tylko cena – poprzednie tomy serii Zwrotnice czasu były relatywnie tanie, biorąc pod uwagę hardcover, ilustracje i inne bajery. Ogień, liczący 140 stroniczek pisanych „dramatem”, czyli dość ubogich i do przeczytania w godzinę, kosztuje cztery dychy, czego pojąć doprawdy nie jestem w stanie.

Łukasz Orbitowski, Ogień. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2012.

środa, 1 lutego 2012

O faszystach-pacyfistach

Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha to, o ile mi wiadomo, jednorazowy wyskok tego głównonurtowego pisarza w stronę fantastyki. Historia alternatywna jak się patrzy, czym więc właściwie różni od np. alternatyw Wolskiego? Głównie metodą pisarską; powieść wygląda wypisz wymaluj jak autobiograficzna powieść głównonurtowa o dzieciństwie bohatera w ciężkich czasach. W podobnym utworze fantastycznym mielibyśmy raczej sygnały o fikcyjności świata przedstawionego, w Spisku… mamy raczej sygnały prawdziwości, jakby autor sądził, że taką powieść należy dodatkowo „uwiarygodniać”. Bohater powieści nazywa się Philip Roth, dzieciństwo przypada na apogeum amerykańskiego faszyzmu (rok 1942); „rzeczywisty” Philip Roth urodził się w 1933, w tym samym mieście zresztą (Newark w stanie New Jersey). Historyczne tło służy opowiedzeniu trochę sagi rodzinnej, trochę powieści o dojrzewaniu. Różni powieść od dowolnej fantastyki (i dodaje „realizmu”) także to, że dalekosiężne historyczne gdybania zupełnie autora nie interesują – po krótkim flircie Ameryki z faszyzmem historia wraca na właściwe tory; wynik wojny jest już taki sam, jak w „naszej” historii, a w chwilowej futurospekcji dochodzi do zabójstwa Kennedy’ego. Postacie z wielkiej polityki są obecne raczej w tle, choć historia oczywiście puka do drzwi mieszkania Rothów; mamy zamieszki antysemickie, mamy ogólne utrudnianie życia przez nienawistnych gojów, ale w porównaniu z tym, co się działo w Europie, to i tak powieściowi Żydzi mają chyba lepiej niż Polacy w stanie wojennym. Niektóre prześladowania (niewpuszczenie do hotelu) wyglądają wręcz śmiesznie. Niemniej kurs państwa zaostrza się, mamy przesiedlenia, mamy zamieszki i trupy, mamy problemy z pracą i awansem społecznym i ogólne dążenie do marginalizacji (choć obozów koncentracyjnych nie ma).

Za ten amerykański flirt z faszyzmem (konkretnie nazizmem, choć autor tego nie rozróżnia) odpowiada alternatywny prezydent, Charles Lindbergh, pionierski lotnik z rekordami (postać autentyczna), tu i ówdzie sympatyzujący z Hitlerem i spółką, a przynajmniej nie potępiający ich w czambuł, jak reszta demokratycznego świata. Swoje podejście uzasadnia, wydawałoby się, całkiem sensownie – mianowicie niechęcią do uczestnictwa Ameryki w europejskiej wojnie. Wiadomo, wojna to trupy, ranni, kalecy i ogólnie stracone pokolenie. Takim podejściem kupuje amerykański elektorat i zostaje faszyzującym prezydentem Ameryki, pokonując dotychczas rządzącego Roosevelta. Od alternatywnych gdybań w powieści ważniejsze jest ostrzeżenie przed uśpionym, amerykańskim (i nie tylko) antysemityzmem – motyw znany i z naszego podwórka, wyolbrzymiany przez jednych, bagatelizowany przez drugich. Straszenie nim ma jeden wydźwięk – niewiele brakowało, a demony antysemityzmu, co prawda uśpione, ale żywe, wydostałyby się na światło dzienne; i w Stanach nie brakowało tamtejszych żydożerców (Henry Ford na przykład). 

Cóż, powieść konsekwentnie stawia znak równości – faszyści to głównie republikanie. a republikanie to głównie biali chrześcijanie, tworząc w ten sposób w umyśle prosty ciąg skojarzeń – chrześcijaństwo-prawica-antysemityzm-faszym. O tym, że ideologia nazistowska równie mało wspólnego, co z judaizmem, miała z chrześcijaństwem, już się nie wspomina. Zagrożenie komunizmem według autora właściwie wówczas nie istniało, a Sowietom należało tylko kibicować w zaprowadzaniu raju na ziemi. Przeciętny czytelnik utwierdzi się tylko w przekonaniu: prawa strona – źle, lewa strona – dobrze. Gratulować tak prostego postrzegania świata. I kto tu jest pełen uprzedzeń? Powieściowy dziennikarz, Walter Winchell (też postać autentyczna, taki Wojewódzki połączony z Lisem), gorliwy antyfaszysta, ale też trochę populistyczny błazen, po wojnie staje się prawicowcem, co opisane jest w postscriptum jako niesłychana wolta światopoglądowa – tak jakby antyfaszystowski prawicowiec był takim samym zjawiskiem jak dwugłowe cielę. Ile jeszcze wody musi w Wiśle upłynąć, żeby dotarło, że wojnie zderzyły się dwie wersje socjalizmu, narodowy i „internacjonalistyczny”, naprawdę nie wiem.

Godne odnotowania jest oczywiście też, że protesty antywojenne i doktryna nieingerencji zostały w przypadku drugiej wojny światowej potępione – czyli nie zawsze pacyfizm jest trendy? Wojna bywa moralnie słuszna, gdy złu trzeba się przeciwstawić? Zgodnie z tą logiką, włączenie się do wojny w Wietnamie wynikające z lęku o światowe rozprzestrzenianie się komunizmu również powinno być postrzegane jako zaszczytne i niezbędne… nie było? Wręcz przeciwnie? Czyżby radziecka propaganda była lepsza od nazistowskiej?

Zaskoczyła mnie alternatywna motywacja polityki Lindbergha, ukazana nam w finale powieści, wywracająca wszystko do góry nogami i odsłaniająca drugie dno postępowania prezydenta, choć podana zostaje jako spiskowa teoria dziejów i niespecjalnie wiarygodna. Ciekawy jest stosunek Żydów do przemocy – wychowywanie w niechęci do niej całych pokoleń postrzegane jest jako błąd, bo czasem człowiek ma prawo bronić się przed, no tak, antysemitami z bejsbolem. Ciekawe są relacje rodzinne – kuzyn bohatera, Alvin, rusza do Kanady i mimo wszystko przyłącza się do europejskiej wojny, pełen szczytnych ideałów, co skutkuje, niestety, kalectwem i życiowym fatalizmem. Jego starszy brat, Sandy, kupuje rządową propagandę i dołącza do programu Osadnictwo 42, spędzając wakacje na gojowskiej farmie, harując jak rolnik i zajadając się wieprzowiną – w oczach rodziny wygląda to oczywiście nienajlepiej; w oczach pełnego demokratycznych ideałów ojca bohatera wszyscy są w jakiś sposób przegrani. Polityka jednak ma olbrzymi wpływ na życie rodzinne, prywatne – skoro tak, to czy gdybyśmy w dzisiejszej Polsce mieli innego prezydenta, też podejmowalibyśmy inne decyzje? Hmmm…

Niewątpliwie, pewne tabu powieść łamie; przypomina mianowicie, że i w USA brano rasistowski bełkot na poważnie i że dzięki opatrzności (i Rooseveltowi) nie trafił on na podatny grunt. Niemniej okrutna jednostronność (lepiej być sowieckim komunistą niż republikaninem, chrześcijaninem, prawicowcem) sprawia, że przechył ideologiczny jest miejscami irytujący.

Jako że cenię w literaturze inne, nowe spojrzenie na „oczywiste oczywistości”, za największy plus powieści uważam inne spojrzenie na faszyzm – otóż możliwa jest, uwarunkowana historycznie, jego wersja „pacyfistyczna”, możliwa przy innych przywódcach politycznych, innej propagandzie i innych historycznych uwarunkowaniach (oczywiście przeciwko takiemu „pacyfistycznemu” faszyzmowi, obecnemu w sferach władzy, trzeba twardo protestować… pójdźmy o krok dalej i wyobraźmy sobie faszyzm pozbawiony nie tylko zaborczego militaryzmu, ale i antysemityzmu, kultu wodza czy czego tam jeszcze – i mamy… hmm, o tym, kto jest faszystą, my decydujemy, no nie? Taki Cejrowski na przykład…). Wymowa powieści oczywiście jest jednoznaczna – lepiej było rozpętać w latach czterdziestych w amerykańskim narodzie „histerię antyhitlerowską”, obudzić „demony antyfaszyzmu” i iść na wojenkę, choćby kosztem ofiar i straconego pokolenia. Powieść Rotha pokazuje, że „demony świętego spokoju” również są niebezpieczne. Nawet silna Ameryka miała prawo bać się wojny, co dopiero nieporównywalnie słabsza Polska – a jednak trochę tyłków skopaliśmy.

W przeciwieństwie do powieści Rotha, w Wallenrodzie Wolskiego sojusz z nazizmem wychodzi w ogólnym rozrachunku (Polsce, nie Ameryce) na dobre. A gdyby Roth pobawił się w konsekwencje poważniejszego przymierza Ameryki z Hitlerem i ruszenia razem na Sowietów, radykalnie zmieniając światowy układ sił w XX wieku? Na tym tle Wolski wypada lepiej (i ciekawiej), bawi się z historią, nie poprzestając na banalnej konstatacji „byłoby lepiej/byłoby gorzej”. Za to z pewnością Spisek… jest lepiej napisany, wchodzi głębiej w psychikę bohaterów i relacje międzyludzkie, tło społeczne Ameryki lat czterdziestych zarysowane jest z rozmachem i pietyzmem; w porównaniu z powieścią Rotha Wallenrod wygląda jak powieść sensacyjna. Warto przeczytać, by się przekonać, co robią głównonurtowcy z ukradzionymi fantastom zabawkami. Naprawdę, zaczynając lekturę, sądziłem, że będę się bardziej nudził…

Philip Roth, Spisek przeciwko Ameryce, Czytelnik, Warszawa 2007.

czwartek, 27 stycznia 2011

Jarosław Marek Rymkiewicz - Samuel Zborowski

W swojej najnowszej książce Rymkiewicz zbudował piękny, ale i okrutny mit – mit polskiej wolności „za wszelką cenę”, nawet – zwłaszcza – za cenę życia.

O co chodzi z tą wolnością? Otóż, Polska, jako jedyny kraj europejski, zagwarantowała sobie w tzw. artykułach henrykowskich (powstałych w 1573 roku, podczas wyboru księcia Henryka d’Anjou na króla Polski) „legalne prawo do buntu”. To znaczy – jeśli król źle rządzi, szlachta ma święte prawo wypowiedzieć mu posłuszeństwo. W innych krajach to wiadomo, król jest bogiem w ludzkiej postaci, albo monarchą absolutnym – w Polsce królowie mogli mieć przechlapane niejako z urzędu. Czy mieli, to już inna sprawa, bo, mówiąc słowami Ziemkiewicza, jesteśmy trochę polactwem, niestety.

Świadom tego był już kanclerz Jan Zamojski , mówiąc w mało pochlebnym tonie o XVI-wiecznych, współczesnych sobie Polakach:

 „Polacy są piwo, które kisa z przodku, a potem za wodę stoi” (tak to brzmi, nie ma tu błędu – zdanie kapitalne zresztą).

Tłumacząc z polskiego na nasze: jeśli my, rządzący, przeczekamy początkowy ferment i wzburzenie, to ogarnie Polaków kompletny tumiwisizm i można z nimi zrobić cokolwiek. Jak owo piwo, co najpierw się pieni i buzuje, a potem wręcz przeciwnie. Zamojskiego pogardę władców wobec Polaków Rymkiewicz uogólnia na całą późniejszą historię Polski:

(….) od tego zdania zaczyna się długa historia pogardy Polaków, którzy rządzą, dla Polaków, którzy są rządzeni, (…) historia polskiej pogardy dla polskości. Lepsi Polacy (lepiej usytuowani, lepiej urządzeni, należący do elity) gardząc gorszymi (od nich) Polakami, gardzą też polskością.(…) Nawet ci Polacy, którzy teraz należą teraz do tak zwanej (krakowskiej i warszawskiej) elity, w swej pogardzie dla Polaków nie są w stanie pójść dalej niż zrobił to kanclerz Zamojski (…). Ale zróbcie coś takiego – mając w głowie to zdanie, które mówi o piwie, które kisa i już wykisało, włączcie wasze telewizory i posłuchajcie tych ludzi, którzy wami teraz rządzą. Posłuchajcie, co oni do was mówią. Posłuchajcie, jak wami gardzą. Nie muszą się z wami liczyć, bo mają – jak tamten kanclerz – władzę i urzędy, więc wolą się na nie, jak on, oglądać. A na was nie muszą. Wiedzą, że nic im nie zrobicie, bo siła jest tam, gdzie władza i urzędy (s. 262-263).

Prawda, że pojechał po bandzie?

Mitem założycielskim tej polskiej wolności (z pewną domieszką anarchizmu) jest według Rymkiewicza śmierć hetmana Samuela Zborowskiego, pierwszego męczennika tej szlachetnej idei. Otóż, trochę przypadkiem zresztą, podpadł on ówczesnym możnym tego świata i został ścięty z rozkazu Stefana Batorego. Ciekawych całego kontekstu tej śmierci odsyłam do książki. Jest to fascynująca relacja, choć momentami delikatnie nużąca – w szczegółowych genealogiach ówczesnych rządzących Rzecząpospolitą rodów nazwiska i imiona sypią się garściami, prawie jak u Tolkiena.

W historii Samuela Zborowskiego role bohaterów, antybohaterów i zdrajców obsadzone są jak w tragedii greckiej, w powieści sensacyjnej albo jak w porządnym micie. Najważniejszy czarny charakter to Jan Zamojski, główny zdrajca to król Stefan Batory – wcześniejszy przyjaciel Zborowskiego. Mamy też „pożytecznego idiotę” – poczciwego księdza Piotra Skargę, który gardłował ostro w swoich „Kazaniach sejmowych” przeciwko owej szlacheckiej, republikańskiej wolności, będącej dla niego czymś diabelskim, bo niszczącym porządek boski i ludzki.

Dla tych, którzy nie zgadzają się z takimi historiozoficznymi, mitologizującymi konceptami, pozostaje sama obiektywna (a przynajmniej poparta źródłami), barwna gawęda historyczna - dowiedzą się oni, że Kochanowski lubił sobie nieźle wypić (i ile go to rocznie kosztowało), albo o tym, jaką część ciała nazywano po staropolsku „korzeń dębowy”, „ogon koci”, „pazur smrodliwy” czy „nogieć wąchawy”. Poznamy też wiele metod ówczesnych tortur i innych przejawów okrucieństwa – Rymkiewicz, mam wrażenie, trochę się w tych opisach lubuje, a trochę je usprawiedliwia, bo takie to były okrutne czasy (swoją drogą, ciekawe, czy ta epoka, jakby nie było, renesansu, nie była przypadkiem okrutniejsza niż mroczne średniowiecze). Szesnastowieczna Polska okazuje się wcale nie być tak kolorowa, jak z podręcznika – palono i u nas czarownice (przynajmniej jedną, na krakowskim rynku), w osobliwy sposób zadawano karę śmierci (poprzez kilkudniowe topienie w nieczystościach), a szlachta wesoło się bawiła na jarmarku, strzelając z rusznic do obciętych za karę pewnemu kupcowi i jego drużynie „korzeni dębowych” . Kupiec zresztą, jak się okazało, niczemu nie zawinił. W wersji przygodowo-fantastycznej taką Polskę opisuje Jacek Komuda – powinna się spodobać fanom jego twórczości.

W postawie Rymkiewicza jest trochę z Nietzschego i Bergsona, trochę z pogaństwa, trochę z romantyzmu. Nie do końca zgadzam się z ową fascynacją trupami „w imię wolności”. Konsekwencją takiej postawy jest uznanie przez Rymkiewicza za najważniejsze wydarzenie w historii Polski Powstania Warszawskiego (odsyłam do recenzji „Kinderszenen”), bo tam trupów było najwięcej.

W świetle wspomnianego na początku recenzji konfliktu Polski elitarnej z „całą resztą” jasny staje się bezkrytyczny zachwyt Rymkiewicza wobec Jarosława Kaczyńskiego, a dokonana przez niego mitologizacja śmierci i ofiary znakomicie wpisuje się w katastrofę smoleńską. Rymkiewicz buduje dla PiS-u mit, wpisując konflikt Kaczyńskiego z elitą, ową „wojnę polsko-polską” w kilkusetletnią tradycję „my kontra oni”, prawdziwa Polska kontra nieuczciwi władcy. Obrońcy wolności kontra tyrani.

Wolno mu. Owa elita też ma swoje mity, „mit założycielski” Okrągłego Stołu, mit „szlachetnego Jaruzelskiego”, „nieskalanego Wałęsy” i tak dalej – wolę więc dla równowagi poczytać Rymkiewicza, choć też się z nim nie do końca zgadzam. Po prostu owe filozofie, na gruncie których stoi Rymkiewicz, są mi prawie zupełnie obce. Ale jako opowieść o historii i o tym, jak można ją postrzegać, przesiewając przez pryzmat osobistego światopoglądu – „Samuel Zborowski” jest książką fascynującą.

  • Ilość stron: 360
  • Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
  • Wydawnictwo: Sic!

sobota, 22 stycznia 2011

Jarosław Marek Rymkiewicz - Wieszanie

Z książki Rymkiewicza dowiemy się fascynujących szczegółów z życia Polaków schyłku XVIII wieku, głównie warszawiaków, ale nie tylko. Na przykład o zdobiących Warszawę kilkupiętrowych wieżach z gnoju, o tym, co należało do obowiązków kata (wywożenie padłych zwierząt oraz… palenie książek), albo o tym, że pierwsze loty machiną aerostatyczną (czyli balonem) poważnie zakłócały naturalny porządek świata. Ale to tylko garść smakowitych anegdot, siła książki leży w jej głównej tezie. Jakiej? O tym za chwilę.

Tytułowe wieszanie, będące motywem przewodnim całej książki, służy autorowi do różnych historiozoficznych i zgoła metafizycznych rozważań – o specyfice naszego „ducha narodowego”, o słusznym gniewie ludu, skierowanym ku zdrajcom i obcym agentom. Okazuje się, że w tym gorącym okresie mieliśmy swój własny, krótkotrwały co prawda, epizod prawdziwego terroru - powieszono kilkanaście osób, także tych należących do prawdziwej ówczesnej elity - i może niewiele brakowało, a stalibyśmy się drugą Francją, gdzie ścięto Ludwika XVI. Naprawdę mogło być tak, że u nas zawisnąłby król Stanisław August Poniatowski, zdrajca numer jeden, za swe działanie na rzecz obcego mocarstwa sowicie opłacany przez carycę Katarzynę. . . i, jak przekonuje nas autor, źle się stało, że nie wisiał. Polacy staliby się narodem królobójców – prawda, że fascynujące?

Oczywiście, trzy lata temu, gdy ukazało się „Wieszanie”, doszukiwano się w „Wieszaniu” zawoalowanej metafory historii najnowszej; przypominam, że były to rządy znienawidzonego PiS-u; osiemnastowieczny konflikt : pospólstwo (a może gorzej – motłoch czy ciemnogród) kontra elity można było łatwo przełożyć na (wciąż zresztą niewygasły) konflikt :PiS (bądź jego wyborcy) kontra elity dzisiejsze. A Szczepan Twardoch w świetnym eseju dotyczącym tej książki (dostępnym na jego blogu) przekonywał, że kolejną historyczną szansę na prawdziwe wieszanie przegapiliśmy w roku 1989, gdy Jaruzelski i Kiszczak mogli ozdobić warszawskie latarnie – poziom znienawidzenia komuny był wówczas w społeczeństwie naprawdę wysoki.
Tezą najważniejszą książki Rymkiewicza jest, że egzekucja „z woli ludu” ostatniego króla Polski zrewolucjonizowałaby polską historię, udowodniłaby, że nie jesteśmy tylko narodem, biernie jej podlegającym , dodałaby nam odwagi, unowocześniła i usamodzielniła. Ale że tak się nie stało – elity mamy (nie wszystkie oczywiście) wciąż antypolskie, a „masy” tchórzliwe. Owszem, teza taka brzmi karkołomnie, ale zapewniam, po lekturze wyda się dość przekonująca.

Rymkiewicz jest wśród dzisiejszych elit outsiderem i nonkonformistą, ośmiela się mówić innym niż one głosem, i naprawdę warto przeczytać, jakie jest jego rozumienie polskiej historii, wbrew naszym szkolnym skojarzeniom, niesamowicie fascynującej. Przypomina, że ówczesnych ludzi emocje polityczne nakręcały tak samo, jak dziś podczas kampanii wyborczych, albo i bardziej. A przecież historia to wczorajsza polityka, a polityka to dziejąca się na naszych oczach historia – o tym też warto pamiętać.

(recenzję pisałem we wrześniu 2010)

Jarosław Marek Rymkiewicz - Kinderszenen

Bardzo ważna książka wybitnego poety i historyka literatury – odważnego intelektualisty, o co nie tak łatwo. Odwagę swą Rymkiewicz przypłacił w 1983 roku wyrzuceniem z pracy (za znakomite Rozmowy polskie latem 1983 roku – polecam), gdzie naprawdę nie przebierał w słowach w opisie Jaruzelskiego i jego ekipy (jest to naprawdę piękna książka i nie tylko o polityce). Teraz płaci cenę za popieranie Kaczyńskiego, a ten przecież dla elity nie jest specjalnie ‘trendy’.
Kinderszenen opowiada o Powstaniu Warszawskim, o dzieciństwie autora spędzonym wówczas głównie w Warszawie. Książka składa się z cyklu impresji, łączących w sobie i poezję, i okrucieństwo, i talent do szczegółów i sytuowanie zdarzeń na płaszczyźnie metafizycznej. Nie jest to analiza przebiegu walk, raczej ciekawe połączenie dziecięcej fascynacji tajemnicą życia i perspektywy doświadczonej osoby u jego schyłku, gdy trzeba nadać temu jakiś sens.  Proza poetycka, historyczna (patriotyczna), metafizyczna – takie dość rzadkie połączenie proponuje nam Rymkiewicz. Dbałość o detale idzie u niego w parze z poszukiwaniem głębszego sensu wydarzeń – i historycznych, i jednostkowych.

Spoiwem fabularnym jest tu wybuch niemieckiego czołgu-pułapki w centrum Warszawy, gdy 13 sierpnia 1944 roku zginęło kilkaset osób, głównie cywili. 

Rymkiewicz umieszcza Powstanie w perspektywie historiozoficznej, mówiąc, że było to najważniejsze wydarzenie w historii Polski, że ów zryw, świadczący o naszym umiłowaniu wolności, jest naszą najchwalebniejszą kartą. Że jego efekty, owszem, są, choć widoczne dopiero w długiej perspektywie. Więcej, dzięki Powstaniu dziś możemy cieszyć się wolnością… Polaków można zniszczyć, ale nie pokonać - z powodu umiłowania wolności, jak czytamy w cytowanym dzienniku sowieckiego żołnierza. Jeszcze ciekawsze rzeczy czytamy w, też oczywiście autentycznym, dzienniku Hansa Franka, z kart których wyłania się nam gorliwy humanista… Pewnie elita niemiecka rzeczywiście uważała się za takich postępowców, co jest dosyć przerażające. 

Dramatem autora wydaje się to, że – jako człowiek doświadczony – widzi raczej przypadek, przypadkowe śmierci (sam ocalał przypadkiem), niewiedzę, dlaczego jesteśmy tym, kim jesteśmy i po co w ogóle żyjemy. Odpowiedzi Rymkiewicz szuka w micie – micie Polski, na poły romantycznym, na poły pogańskim. Konflikt Polska- Niemcy to według niego konflikt plemienny, mało tego, można mówić o cechach narodowych – Niemcy chcą dominacji, a Polacy wolności. Powstanie udowodniło nasze umiłowanie wolności  właśnie.
Czy to prawda? Czy naprawdę Powstanie miało tak wielkie znaczenie? Poecie wolno tak sądzić, zwłaszcza, jeśli ten poeta ukazuje nam piękno naszej historii, nawet – zwłaszcza - tragicznej. Jest to jednak bardzo specyficzna estetyka – o pięknie decydują też nasze przegrane walki, szlachetne zrywy narodowe – ważne są intencje, nie efekt końcowy – mówi Rymkiewicz. Klęska może być piękna, a „duch” narodowy może dać efekt po kilkudziesięciu latach – może lepsze takie myślenie niż doraźna etyka utylitarna, dominująca dzisiaj.
Czy Polska przetrwała, bo była gotowa do poświęceń, czy przegrała z dokładnie tego samego powodu, wikłając się w z góry przegrane powstania? W jakim kraju żyjemy – kraju, który odniósł sukces, czy który przegrał?

Przypadkiem Kinderszenen polemizuje z czytanym przeze mnie w tym samym czasie Wallenrodem Marcina Wolskiego. Choć Wallenrod jest o wiele bardziej popkulturą, to  obie książki odwołują się do patriotyzmu (i romantyzmu), obie traktują o II wojnie światowej i o relacjach Polski z Niemcami. Obaj autorzy zostali niedawno poddani ośmieszającej kampanii za pełne patosu wiersze o żałobie narodowej i pewnych braciach bliźniakach. Co ciekawe, z książek wynika  jednak, że w kwestii patriotyzmu stoją na antypodach – Wolski uznaje prymat przetrwania (skoro musimy, podpiszmy pakt z diabłem, potem i tak go oszukamy), Rymkiewicz zaś głosi prymat ofiary, poświęcenia, honoru –  efekt naszego poświęcenia może być widoczny dopiero lata (wieki?) później. Co ze zwycięstwa moralnego, jeśli zginiemy – pyta Wolski. Co z przeżycia, jeśli utracimy honor – pyta „nekrofil” Rymkiewicz.
Ja już zważyłem argumenty obu panów, do czego i innych zachęcam.

(recenzję pisałem w czerwcu 2010)