Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka religijna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka religijna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2014

Kwiecień 2014 - podsumowanie

Co w kwietniu - dwa wpisy okolicznościowe:

- "smoleński" (krótko o pięciu powieściach) tutaj
- wielkanocno-tolkienowski tutaj

Film "Snowpiercer. Arka przyszłości" tutaj

Serial "Person of Interest", pierwszy sezon - tutaj

Dokończony komiks o Noem (3. i 4. tom) tutaj

Książki:
Rafał Dębski "Światło cieni" tutaj
Tad Williams "Brudne ulice nieba" tutaj
Robert Ziębiński "Stephen King. Sprzedawca strachu" tutaj

 






sobota, 2 listopada 2013

Quo vadis, Orbitowski

Dwie nowe książki - "Szczęśliwa ziemia" Łukasza Orbitowskiego (tutaj)  i wznowione "Quo vadis. Trzecie tysiąclecie" Martina Abrama (tutaj)



środa, 30 maja 2012

Igraszki z diabłem

Cenię twórczość Szydy, najbardziej może ostentacyjnego katolika spośród polskich regularnych fantastów (jakiś czas temu myślałem, że to raczej Twardoch czy Huberath, ale jednak nie, patrząc na całokształt). Tytułowa Fausteria, której historię autor Miasta dusz opowiada w swej ostatniej powieści, to taka anty-Faustyna, która jednak nie doznaje boskich epifanii, ale otwiera się na ciemną stronę, pozwala się kusić i transmituje w Polskę i świat różne złe memy. Jako że owych sposobów ingerencji demonicznych w (pop)kulturową rzeczywistość jest całkiem sporo, aby ukazać ich jak najwięcej, autor każe jej pełnić kilka ról. I tak, powieściowa Fausteria to między innymi:

- twórczyni popularnej grafiki użytkowej, opartej na „piekielnych” motywach (w tym kart tarota), która trafia pod strzechy i odnosi olbrzymi sukces, „diabelskie” motywy trafiają nawet na karty kredytowe (ani one, ani wolny rynek nie są tak zupełnie niewinne);

- młoda zdolna skandalistka, która awansowała na salony – jej poza buntowniczki jest zresztą środowiskową konwencją, oczekuje się od niej skandalu, dzikości i nieokiełznania;

- autorka przedstawienia teatralnego, które „przemienia duszę Polski” na ekologiczną, nowoczesną, postępową. W sztuce tej „martyrologiczna”, stara Polonia symbolicznie umiera, a młoda, wysportowana Polska o ciele gimnastyczki brata się na scenie z podobną sobie Germanią i uprawia z nią nie tylko symboliczny seks;

- wieszczka narodowa (w transie mówi na przykład o tym, że „96 zginie 5 lat po śmierci Rybaka” i o „złym kwietniu, który przesącza się przez tkankę rzeczywistości”), która polską współczesną historię łączy z T. S. Eliotem („Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień”) i umieszcza na planie metafizycznym;

- twórczyni nowej teologii, według której zostanie docenione nie „lenistwo duchowe”, ale „odwaga zerwania z Chrystusem”; mówi o „miłosierdziu diabła” i miesza Blake’a z apokatastazą; 

Wszystkie te „role”, „moce” są, najzupełniej dosłownie, efektem zaprzedania duszy diabłu, podpisywania kolejnych symbolicznych cyrografów – Fausteria jest kanałem transmitującym zło metodami właściwymi sztuce i popkulturze.

Skutkiem takiego rozwiązania, rysunek psychologiczny bohaterki, choć wiarygodny w częściach składowych, jako całość wygląda zupełnie fantastycznie – Fausteria to zarazem Masłowska i Mickiewicz, Warhol i Beksiński (może też Nergal, ale to za duży cienias), femme fatale i nieortodoksyjny teolog – żadna osoba raczej nie udźwignie tylu ról. Chyba że jest to umotywowane fantastycznie – to nieustanne poddawanie się księciu ciemności i uleganie kuszeniu umożliwia Fausterii granie tak wielu ról, a diabłu przecież zależy, by działać na wielu frontach kultury. Ważne jest więc ukazanie ciemnej strony romantyzmu (epoki, która uczyniła z szatana postać tragiczną) czy popkultury z diabłem niebezpiecznie igrającej.

            W demonizowaniu różnych zjawisk Szyda trochę przesadza. Podobnie zresztą jak Konrad T. Lewandowski, który lubi równoważyć uniesienia zbiorowe z opętaniem, a głównie w dążeniu do indywidualności („heretyckości”) dostrzega jakiś „boski aspekt” człowieczeństwa. U Szydy odwrotnie – to zbiorowa, oazowa religijność, z którą zetknie się na chwilę bohaterka (gardząc nią jednak okropnie) zasieje w duszy bohaterki jakieś ziarno, które w chwili Sądu Ostatecznego może zadecydować o zbawieniu, a nadmierny indywidualizm to synonim pychy lucyferycznej wręcz. To według złej, „diabelskiej teologii” Fausterii zostaniemy docenieni za przekorę, odwagę i sprzeciw wobec tego, co oczywiste, czyli za trwanie przy „oczywistej” ludowej religijności. Wygląda to na dwie kompletnie przeciwstawne religie, a przecież obaj deklarują się jako chrześcijanie… Demonizowanie tłumu u Lewandowskiego i demonizowanie indywidualizmu u Szydy mam za równie przesadne, choć raczej, w obecnej sytuacji Polski i całego Zachodu wydaje się, że mamy do czynienia raczej z nadmiarem indywidualizmu niż z jego brakiem, więc trochę przywrócenia poczucia wspólnoty nikomu nie zaszkodzi. A sam Szyda staje się dzisiaj właśnie zbuntowanym kontestatorem, skoro przypomina, zupełnie niemodne obecnie podejście, że pokora jest w oczach Boga ważniejsza od samorealizacji za wszelką cenę i od wywyższania się ponad „ciemny lud”. Wygląda na to, że to ortodoksja katolicka jest od dość dawna największą herezją, o czym pisał Chesterton.
            Poza owym przesadnym demonizowaniem za odrobinę nieudane uważam nadmierne przeładowanie symboliką – lustra, kołyski i trumny w ilościach hurtowych (opowiadanie Szydy Drabina i łańcuch miało ten sam problem z drabinami i łańcuchami). Samych scen symbolicznego „podpisywania cyrografu” jest kilka albo kilkanaście. Może to zresztą celowe, zaprzedanie się diabłu następuje w każdej chwili, nie jest jednorazowym aktem. Wadą (albo zaletą) Fausterii jest nieustanne popisywanie się erudycją, literacką, malarską, muzyczną. Erudycyjni Huberath czy Dukaj zazwyczaj ukrywają, skąd czerpią inspiracje, Szyda natomiast bombarduje nas nieustannie nazwiskami i dziełami, popisując się znajomością Manna, Goethego, Blake’a, Rilkego, Nietzschego, Malczewskiego, Petera Gabriela… nazbierałoby się tu kilkadziesiąt albo i kilkaset nazwisk. Erudyta składa hołd prostocie. Trudno nie zauważyć w takiej metodzie Szydy pewnego konfliktu z przesłaniem powieści, chwalącej przecież prostą, ludową, polską religijność, której symbolem jest obraz Jezu ufam Tobie, skontrastowanej zresztą z niemiecką, wyrozumowaną i wyrafinowaną teologią. Niemniej sam autor raczej nie jest „prosty i miłosierny”, ale nieprzeciętnie oczytany i walczący z tym, co mu się nie podoba. Chociaż może nie tyle walczący, co dyskutujący z tradycją, ale przeciętnego czytelnika może zaszokować, w twórczości ilu uznanych artystów, literatów, filozofów według autora czają się demony.

            Historia Fausterii przeplatana jest fantastyką „zaświatową”, inspirowaną m. in. Wyspą umarłych Böcklina (ściągnięcie z Huberatha?) i „właściwą” historią alternatywną w dystopijnym klimacie. W owym alternatywnym świecie nie było Faustyny, nie było wstawiennictwa świętych – w efekcie Polsce zaaplikowano taki hardcorowy totalitaryzm, przy którym PRL to bardzo małe piwo. Owa historia wydaje mi się dodana trochę na siłę, by powieść pasowała do cyklu Zwrotnice czasu (główna historia – Fausterii nie dzieje się w Polsce alternatywnej, ale współczesnej znanej; alternatywna – wobec świętej Faustyny, która jak najbardziej istnieje w tym świecie – jest tylko bohaterka). Niemniej Jęczmyk w notce okładkowej słusznie podkreśla ważność tego wątku, bo to on dobitnie ukazuje, że święci „przestawiają dziejowe zwrotnice”. Bez Faustyny, polskiego papieża i wstawiennictwa świętych w tym świecie jesteśmy Polską Republiką Rad.

Podsumowując – pomimo pewnych cech, które sprawiają wrażenie grzechów debiutanta (którym Szyda przecież nie jest), chcącego włożyć w powieść najwięcej jak się da, Fausteria to dobra i ważna powieść. Może pierwsza jego książka, która ma szansę spodobać się szerszej publiczności, choć nie wiem, czy nie w zamierzony przez autora sposób – jeśli ktoś jest zafascynowany demonicznością sztuki, pominie przesłanie i będzie czytał książkę z wypiekami na twarzy, dowiadując się sporo o tarocie, alchemii, mrocznym romantyzmie i zapomnianych pisarzach piszących o mroku i innych diabłach. Oczywiście, wymowa powieści jest maksymalnie konserwatywna – lepsza jest tradycyjna ludowa religijność, tradycyjna Polska i tradycyjna sztuka, nie ta flirtująca z mrokiem (bo wówczas to mrok flirtuje z nami). Tylko że ideom uznanym za niesłuszne poświęcone jest więcej miejsca niż tym „właściwym”. Może po prostu łatwiej jest pisać historię o złu niż o dobru, o grzesznikach niż o świętych i przyjemniej jest takowe czytać? Anioły przecież też są nudne, ale jeśli są żądnymi władzy zakapiorami jak u Kossakowskiej – nudne nie są (choć, oczywiście, zależy dla kogo).

Nie popisała się korekta, poza typowymi literówkami i brakiem interpunkcji całe partie tekstu zgubiły kursywę.

Fausteria to znów tak lubiane przeze mnie rozdroże i kolejna powieść, która ma problem z wirtualnym odbiorcą – erudytę może odrzucić przesłanie, prostego katolika „mroczna” erudycja i fantastyka (choć powieść oczywiście liczy na obie grupy docelowe). Dodatkowo znajdziemy też tu, choć trochę zakamuflowaną, pochwałę racjonalnej mentalności typowej dla science fiction – nieprzypadkowo bohaterka jest wrogiem szkiełka i oka, a romantyczne „wieszczenie” artysty to otwarcie się na mrok. Prosty, żarliwy katolik, ceniący sobie oczytanie w tradycji kulturalnej i jednocześnie będący racjonalistą nie stroniącym od popkultury i fantastyki – czy to możliwe? Chyba że jedno nie powinno wykluczać drugiego, i taki jest ideał pełnego człowieczeństwa według autora – rozum i wiara, wiedza i miłość. To właśnie dla niekontrolowanej wyobraźni, czyli… fantastyki (tej romantycznej i popkulturowej, która często „nie jest tylko fantastyką”) jest tu najmniej miejsca. Ale… czy można napisać o tym, o czym napisał Szyda, powieść niefantastyczną?

Wojciech Szyda, Fausteria, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2012.






niedziela, 11 marca 2012

Metafizycznie, postmodernistycznie, fantastycznie

Twórczość Szydy na tle polskiej fantastyki wyróżnia się może najpoważniejszym potraktowaniem motywów i dogmatów religijnych. Choć moim zdaniem Huberath jest lepszy konceptualnie, a Dukaj literacko (choć on już flirt z fantastyką religijną ma raczej za sobą), to książki autora Stroiciela ciszy i tak kupuję w ciemno.

Na dziesięć utworów pozbawiony wątków kojarzonych z religią wydaje się być właściwie tylko jeden – Wieczne oblężenie, gdzie mamy często stosowany przez autora zabieg dwóch równoległych narracji, jednej prowadzonej z perspektywy obrońcy oblężonego miasta, drugiej z punktu widzenia oblegającego; przy czym tą drugą tworzy pierwszy narrator jako fikcję, zresztą zabronioną pod karą śmierci. Stanowi to punkt wyjścia do zabaw metatekstowych w stylu Borgesa, gdzie istotą jest sama natura fikcji i aktu twórczego kreującego (jakąś) rzeczywistość. Lustra (to motyw częsty w opowiadaniach, podobnie jak księgi) występują tu zarazem dosłownie (pomagają w obronie miasta), ale też „lustrzaność” jest cechą narracji. Wieczne oblężenie jest zresztą bardziej w stylu Borgesa czy Szostaka (ze zbiorku Ględźby ropucha) niż Szydy i mniej pasuje do zbioru; chyba że za „pierwiastek metafizyczny” uznać pytanie o „boskość” aktu twórczego.

W pozostałych opowiadaniach motyw religijny jest już bardziej widoczny. Plany na przeszłość opowiadają o alternatywności jako zasadzie egzystencji. Przyszły „człowiek kwantowy” może tam pędzić jednocześnie kilka żywotów – realnie, nie wirtualnie – ale za które życie odpowiemy na Sądzie Ostatecznym, który przecież jest jeden? Musi być zatem jakieś „nadrzędne ja”, główny „administrator systemu”, pada odpowiedź. Tylko czasem, okazuje się, trudno go znaleźć.

W Osobodante mamy postawioną kwestię, jakim zmianom ulegną sfery sacrum i profanum w momencie całkowitego zaniku prywatności. Dane osobowe staną się czymś najcenniejszym, powstanie Kościół Ochrony Danych Osobowych, a „wymiana danych” między bliskimi stanie się niemal sakramentem. Brzmi to dosyć komicznie – i takie jest; zresztą, szczypta humoru i ironii cechuje właściwie każde z opowiadań, których – sygnalizuje autor – nie musimy brać tak do końca poważnie, pomimo sensownych pytań.

Ciało i krew wykorzystuje motyw świętego Graala. Szukający go na Ziemiach Jałowych rycerz Kelch herbu Calix poddawany jest kolejnym próbom o niejasnych zasadach. Konkluzją jest, że Graala nie można znaleźć; szukając, można popaść w obłęd – ale rycerz doznaje (dzięki Łasce?) epifanii i rozumie, że miał go cały czas przed oczami. Klasyczne motywy SF są w opowiadaniu przerobione „religijnie” – na swej drodze rycerz spotyka między innymi mnicha Ulricha von Frankensteina, zbierającego relikwie – części ciała świętych – by wreszcie, po skompletowaniu całości, poskładać z nich jakiegoś „nad-świętego”. Inny napotkany zakonnik ma wizję przyszłych… światów wirtualnych, gdzie nawet hostie będą wirtualne (czytaj: fałszywe).

Raport łotrów to klasyczna wariacja na temat „cofnijmy się w czasie i poznajmy prawdziwe losy Chrystusa bądź namieszajmy w nich”. Temponauci wyruszają z jakiejś mrocznej, lucyferycznej przyszłości, chcąc niejako zabić Zbawiciela w powijakach i w te pędy biegną do Heroda, co oczywiście, skutku nie odniesie (ale jakiś efekt będzie).

Jeden dzień usatysfakcjonował mnie najmniej – nałożenie schematu „głównej fabuły” Biblii (od wygnania z raju do zmartwychwstania) na jeden dzień z życia jakiejś pary w wielkomiejskiej dżungli – w tym opowiadaniu grzech dosłowności w traktowaniu Biblii jest najcięższy (radio Lebab nadaje różnymi językami; pewnego nieznajomego zabito, „choć nie trzymał z żadną z subkultur” etc.).

W utworze Po’sen. Plaga cudów autor buduje nam udziwniony, surrealistyczny świat, by spuentować to... pochwałą spowiedzi. Okazuje się, że świat ów jest wytworem umysłu mordercy, do którego udaje się pewien detektyw w celu zdobycia kluczowej dla śledztwa informacji. Tamże podszywa się on pod spowiednika, przed którym spowiada się morderca. Taka praktyka okazuje się być jak najbardziej legalnym policyjnym narzędziem, mającym na celu zdobycie informacji, której sprawca nie chciał zdradzić „w realu”. Spowiedź jest więc potraktowana dziwnie instrumentalnie, choć zapewne z dobrymi intencjami.

Fałszerze opowiadają o wszechświatowym spisku; walce dobra ze złem odpowiada tu spisek fałszerzy podmieniających całe cywilizacje na idealne kopie, „oryginały” zabierając do jakiegoś pankosmicznego muzeum. Powód – nie dopuścić do rozpowszechniania się Słowa Bożego w Kosmosie (!). Na szczęście to się nie udaje – ich przeciwnicy mają w zanadrzu jeszcze lepszą sztuczkę. To opowiadanie to jeden z jaśniejszych punktów zbioru.

Stroiciel ciszy ładnie przypomina o mistyce pustki (której „niekosmicznym” wariantem jest pustynia), już chyba nieodczuwalnej dla bombardowanego nieustannie audiowizualnymi bodźcami człowieka; może to właśnie tam, w kosmosie, jest Bóg? Bohater mknący przez kosmiczną próżnię staje się czulszy na taką potencjalną boską emanację. Okazuje się, że celem wyprawy jest opuszczona stacja orbitalna, gdzie sklonowano… Chrystusa, ponieważ znaleziono autentyczną relikwię z „DNA Boga” (!). Morał z tego taki, że metafizyki, boskości nie da się sklonować, ale przerażony konsekwencjami upublicznienia eksperymentu bohater zachowuje się tak samo jak ojciec Ruiz-Sanchez z Kwestii sumienia Blisha. Z Dziewięciu miliardów imion Boga  Clarke’a pochodzi, zmienione nieco, finałowe zdanie (Gwiazdy gasną nadchodzi Cisza). W opowiadaniu tym podobać się może pomysł „konfesjolotu”, zbierającego z planet pojemniki z grzechami i odpalającego je w specjalnie do tego celu konsekrowane gwiazdy… ale to, co podoba się fantaście, razi teologa z powodu swojej dosłowności – naprawdę o takie unicestwienie grzechów chodzi? Dla mnie w tym opowiadaniu sam pomysł kosmicznej próżni jako miejsca przebywania Boga bardziej działa na wyobraźnię niż sklonowany Chrystus i poświęcone słońca.

I wreszcie opus magnum zbiorku, Drabina i łańcuch. Czego tu nie ma! Zdecydowanie najbogatsze, najambitniejsze opowiadanie, bazujące na pomyśle skontrastowania „drabiny bytów” (niżej – zwierzęta, wyżej – anioły), o której mówił św. Augustyn, z przeciwną jej nowożytną ideą „łańcucha pokarmowego” – ot, jedni jedzą drugich, koniec filozofii. „Owa „drabinowość”, „piętrowość” „łańcuchowość” przekłada się w tekście na elementy świata przedstawionego – od drabin i łańcuchów w opowiadaniu aż się roi (znów dosłowność), społeczeństwo też jest okrutnie hierarchiczne itd. Sama narracja też sprawia wrażenie „łańcuchowej”, a przynajmniej przeplatającej się – mamy dwa podobne światy, ale o różnej podbudowie filozoficznej, gdzie w jednej czas jest złudzeniem, w drugim – przeciwnie, istnieje tylko zmiana. Techmetycy, symbolodzy, Policja Emanacyjna, Wielki Hipostator, Trwalnia, ontometry, wreszcie eklektyczne byty o różnym stopniu przemieszania „pierwiastka anhelicznego” i „animalnego” – to wręcz „fantastyka ontologiczna” czy „filozoficzna”, a nie „religijna”. Chociaż wnioski z fantastycznych hipotez już o religię zahaczają – skoro my żywimy się zwierzętami, to może dla istot duchowo wyższych (aniołów? świętych?) sami jesteśmy pokarmem? Wówczas jednak chodziłoby o „pokarm duchowy” (modlitwę). Wymagający fantaści z zacięciem filozoficznym będą opowiadaniem naprawdę usatysfakcjonowani, w polskiej fantastyce teoria „drabiny bytów” może śmiało konkurować z „teorią Nadistot” Snerga czy „zagnieżdżenia światów” Huberatha. Szkoda tylko, że opowiadanie sprawia wrażenie czasem nadmiernego chaosu, jakby się te łańcuchy z drabinami nadmiernie poplątały...

Ale i tak jest dobrze, Szyda na wyeksploatowanych, wydawałoby się, terenach znajduje nowe, rozwidlające się ścieżki. Można zarzucić to, że większość opowiadań będzie się nawet średnio oczytanemu znawcy fantastyki z kimś lub czymś kojarzyć. Mamy w książce eksperymenty i z klasyczną space operą, i z rozbuchaną „mieville’owską” surrealistyczną fantastyką, i z borgesowską fantastyką metaliteracką… śladów, nawiązań, cytatów jest tu zresztą więcej i długo by wyliczać (Sobota, Snerg, Blish…) Fabuła często wykorzystuje schemat pielgrzymki (podróży, questu) i śledztwa (czyli kryminału), poprzedzonego jakąś zbrodnią. Dodajmy do tego postmodernistyczne, metatekstowe zamiłowanie autora do równorzędnych narracji, do motywów „zwierciadeł” czy „ksiąg” – stąd może owo „książkowe” nagromadzenie konwencji jest zabiegiem celowym; jest to literatura zdecydowanie „intelektualna”, nie „życiowa” (o ile taki podział ma jakikolwiek sens). Takaż jest tu metafizyka – „literacka”, „filozoficzna”, wymagająca znajomości terminów typu kenoza czy paruzja. Świadoma ograniczoności doświadczenia; chcąc poznać Boga, lepiej oddajmy głos Ciszy… Zresztą kto wie, może gdy Ziemia stanie się jednym wielkim hałaśliwym Geopolis, jak w opowiadaniu Stroiciel ciszy, w Jego poszukiwaniu będziemy latali w kosmos…

Główny zarzut to zbyt dosłowne traktowanie metafizyki (choć tu zasadne jest pytanie, jak ją w ogóle traktować w utworze fantastycznym). Plusem natomiast jest, że każde opowiadanie bazuje na innym pomyśle; może i autor naśladuje innych, ale nie kopiuje samego siebie. Pomimo wyraźnej „opcji ideologicznej” (katolickiej) nie przesadza też z ewangelizowaniem na siłę. Patos ładunku teologiczno-filozoficznego łagodzony jest szczyptą humoru tu i ówdzie i puszczaniem oka do czytelnika. Zbiorek ten dobrze obrazuje problem z dogmatami religijnymi w fantastyce, większy nawet niż z teoriami naukowymi – otóż przekuć je na literaturę jest piekielnie trudno. Czy w ogóle istnieje „fantastyka religijna” jako oddzielna konwencja – jeśli tak, to jej wyróżnikiem będzie nie sposób kreowania świata przedstawionego, tylko… co właściwie? Głębia stawianych pytań, pozytywna odpowiedź na obecność metafizyki czy jeszcze coś innego? I jeszcze jedno – poprzedni zbiór opowiadań (Szlak cudów) „zgubił” porozrzucane po czasopismach Psychonautkę i Sutsirch, obecny – Hexenhammer. Z powodów znów dla mnie niezrozumiałych – mam te opowiadania za dobre i/lub ważne dla polskiej fantastyki, nie tylko religijnej.

 
Wojciech Szyda, Stroiciel ciszy, Zysk i S-ka, Poznań 2011.

środa, 1 lutego 2012

Religijna wojna światów

Kolejną namierzoną przeze mnie pozycją theological fiction (określenie z okładki) jest Operacja „Chusta”, Tomasza P. Terlikowskiego; okładkowe opinie sugerują powiązania z Orwellem, Huxleyem i Chestertonem. Bez przesady; powieść nie ma orwellowskiej głębi ani chestertonowskiej lekkości, oferuje nam za to sensacyjną, pościgową fabułę umieszczoną w dystopijnym, koszmarnym świecie ultraliberalnego totalitaryzmu z załączoną wykładnią katolickiej filozofii. Niby blisko do Ziemkiewicza czy Wolskiego, ale z drugiej strony Terlikowski nie proponuje nam swego światopoglądu – on chce mieć rację.

W niedalekiej przyszłości, w Prowincji Wschodniej (tak tak, to nasza część Unii Europejskiej) pewien zakonnik porywa relikwię, Chustę z wizerunkiem Chrystusa, skutecznie przyczyniającą się do nawróceń. Nie jest to w smak władzom państwowym i kościelnym z Biurem do Walki z Fundamentalizmem na czele. Do uciekiniera dołącza mąż poddanej przymusowej eutanazji kobiety, potem jej ojciec, wreszcie nastolatka, która, ku zgrozie matki i opinii publicznej, chce urodzić dziecko; nota bene ta dziewczyna, czternastoletnia Gretka 2.0, jest klonem własnej matki, znanej pisarki. Ważną rolę pełni w powieści ateistyczny muzułmanin o wdzięcznym nazwisku Hassan Obama, ultrapostępowy arcybiskup czy matka upośledzonego syna, będąca kimś w rodzaju proklerykalnej ateistki. Stopniowo porwanie Chusty schodzi na dalszy plan; uciekinierzy po drodze zdążą spalić w katolickim czynie społecznym Klinikę Praw Reprodukcyjnych (czytaj: aborcji), porwać wspomnianą zmuszaną do aborcji nastolatkę i spowodować masowy ruch modlitewny pod budynkami owego Biura w Warszawie.

W zagadnieniach bioetycznych autor czuje się jak katolicka ryba w liberalnej wodzie, wtręty światopoglądowe są częste i jednostronne, czemu trudno się dziwić. Ale, o dziwo, fabuła, choć często pretekstowa, nie ginie przygnieciona moralną wykładnią. Lektura jest lekka, łatwa, choć niekoniecznie przyjemna – czytelnik antyklerykalny będzie wkurzony autorską optyką, czytelnik „klerykalny” natomiast swoją małością i słabością – powieść ma dać kopa jak brutalne kazanie, których tak mało dzisiaj. To jest główną zaletą (bądź wadą) powieści – jest ona apologią katolickiej bioetyki, katolickich relikwii, katolickiej modlitwy, zwłaszcza zbiorowej, która – uwaga – ma taką moc, że nawet Bóg może dzięki niej zmienić zdanie. Fabuła jest raczej przewidywalna – można z dużym prawdopodobieństwem obstawiać, która z postaci się nawróci, a która upadnie; kto będzie Szawłem, a kto Judaszem. Postacie często wchodzą w buty bohaterów biblijnych, ale niektóre to zarazem postacie z kluczem, odpowiedniki dzisiejszych sław medialnych czy autorytetów – Tobiasz Silson to Tomasz Lis, a arcybiskup Kiliańczuk zachowuje się jak biskup Pieronek.

Niektóre, szydercze ekstrapolacje owego liberalnego totalitaryzmu są naprawdę mocne, dzięki nim czytamy powieść jako celną satyrę na polityczną poprawność – powstają Komitety Zapobiegania Pedofobii i Transfobii, ustawowo zakazuje się pokazywania zdjęć płodów, „bo naruszają wolność sumienia”, wreszcie przymusowe eutanazje, które trudno odkręcić, jeśli się kiedyś wyraziło zgodę, będąc akurat w chwilowym dołku i pod presją. Gdy wzięło się kredyt, należy podpisać specjalne zobowiązanie do nieposiadania dzieci, dopóki się go nie spłaci. Papież zarządza Kościołem z Afryki, to stamtąd misjonarze przybywają ewangelizować Europę. Publiczna modlitwa to jaskrawy przykład przemocy mentalnej, podobnie jak krzyże w miejscach publicznych czy nawet na niektórych wieżach kościelnych. Nauka Kościoła zostaje brutalnie okrojona, nauczanie o grzechu i piekle jest wysoce niestosowne, a o homoseksualizmie zabronione; nawet Jan Paweł II istnieje poza obiegiem, a w seminariach naucza się Richarda Dawkinsa.

Operacja "Chusta" korzysta obficie z konwencji dystopii i theological fiction, dodać można też oczywiście tzw. SF bliskiego zasięgu, chociaż w mniejszym stopniu; potencjalne nowinki techniczne czające się za rogiem i społeczne konsekwencje tychże zupełnie autora nie interesują, zastąpienie komórek wideofonami to wręcz zabieg retro SF. Ważny jest za to narastający konflikt pomiędzy poważnie traktowaną religią a poważnie traktowaną „wolnością”, który jest taki sam jak dzisiaj, tylko bardziej – więcej Urbanów i Palikotów, więcej nienawiści do „katofundamentalizmu”, więcej ultraliberalnych kapłanów. W tym sensie jest to prosta ekstrapolacja tego, co dziś (spór o krzyż, czternastolatka nakłaniana do aborcji), tyle że wyolbrzymiona i uwypuklona. „Metodę salami” zastosowano wielokrotnie i dzisiejsze centrum stało się jutrzejszą skrajnością (Wojtyła stał się Rydzykiem jutra).

Powieść więcej mówi o Polsce A. D. 2010 (plus minus) niż o jakichś nowych google’ach czyhających na kolejne przeformatowanie naszych mózgów. A wydaje się, że taka wersja przyszłości, jakiej (nie) chce Terlikowski, nie byłaby dla Kościoła najgorsza, bo wciąż byłby to Kościół istniejący w kulturze i tradycji, choćby i radykalnie zwalczanej i wyśmiewanej. Nie strzela się z armaty do muchy. Gorsza byłaby ewentualność całkowitej wobec niego obojętności, a skoro ruszają wobec niego tak potężne siły propagandy, skoro pojawiają się nowi męczennicy, Kościół trwa; więcej – z prześladowań czerpie on swoją siłę. Dlatego wizja wydaje mi się niewiarygodna i jest tak samo wyrazem alarmującego tonu autora, jak i pewnego chciejstwa – podobnie jak u autorów powieści katastroficznych marzących o „pięknej katastrofie”, marzy się w powieści o „pięknym Kościele”, dlatego pięknym, bo prześladowanym i ujawniającym moralną wyższość nad światem. Wściekłe ataki (specjalne Biuro do Walki z Fundamentalizmem) świadczą paradoksalnie, że religia będzie miała się całkiem dobrze, skoro będzie wymagała tak olbrzymiej biurokracji i siły propagandowej. Bardziej prawdopodobne wydaje się wygaśnięcie znaczenia religii w Europie, ale przecież Niemcy i Francja to w końcu nie cały świat.

Starcie światopoglądów – wierzącego w prawdę i negującego ją – jest zatem nieuniknione i właściwie potrzebne. Każda porządna religia głosi prawdę objawioną, co jest nie w smak różnego rodzaju podejściom synkretycznym. Nie da się pogodzić przekonania o istnieniu prawdy objawionej z przekonaniem o jakiejś „równości” religii czy światopoglądów. Co ciekawe, w powieści islam jest waloryzowany zdecydowanie bardziej pozytywnie niż buddyzm i różne kulty synkretyczne (islam zakłada istnienie obiektywnej owej prawdy, buddyzmu kategoria ta raczej nie interesuje); lepszy od buddyzmu jest nawet uczciwy ateizm. Atak na Kościół właściwie autor postrzega bardziej jako sprzysiężenie sił demonicznych niż ateistycznych, którym synkretyzm i mieszanie prawd jest na rękę; zwykłemu ateiście symboliczna obecność religii nie powinna przeszkadzać, a tym bardziej ochrona życia.

Czy ma rację? Jako przeciwnik aborcji i eutanazji – zdecydowanie tak. Jako futurolog – niekoniecznie; niewykluczone jest nadejście (już następuje?) jakiegoś światowego renesansu religii, nie tylko katolickiej zresztą. Możliwe jest też, choć mniej prawdopodobne (i mniej groźne) istnienie jakiegoś „totalitaryzmu” religijnego; wystarczy trochę inaczej zaakcentować pewne kwestie i krucha równowaga pomiędzy wolnością a koniecznością, pomiędzy „konserwą” a „liberałami” może ulec zachwianiu (Jan Paweł II umiejętnie dbał o równowagę, skutkiem czego był często atakowany przez konserwatystów za swój „liberalizm” czy „ekumenizm” i przez liberałów za konserwatyzm). A lepszą od budowlanej, statycznej metafory Kościoła jako „fundamentu” jest metafora „ogrodnicza”, Kościoła jako organizmu-drzewa, które jest czymś innym w każdej fazie rozwoju, pozostając wciąż tym samym.

Największe prześladowanie Kościoła nie pochodzi od zewnętrznych wrogów, ale wyrasta z grzechów w samym Kościele – zdanie takie pada w książce Światłość świata, będącej wywiadem z Benedyktem XVI. O tym też warto pamiętać, czytając o obecnych i przyszłych atakach na Kościół.

Tomasz P. Terlikowski, Operacja „Chusta”, Fronda, Warszawa 2010

środa, 13 lipca 2011

Albo w raju, albo w sieci

Zaskakująco dobry zbiór fantastycznych opowiadań – w zdecydowanej większości utrzymanych w konwencji klasycznej, przyszłościowej SF – pełen niebanalnych pomysłów i specyficznego, momentami absurdalnego poczucia humoru. Jak na dzisiejsze czasy przystało, dominuje tematyka postludzi i światów wirtualnych, a autora fascynują dwa tematy, które zapewne zostaną radykalnie przedefiniowane w niedalekiej przyszłości – pierwszy to ludzka tożsamość, drugi - sprawy ostateczne (śmierć, nieśmiertelność, nasze wirtualne bytowanie pozagrobowe). Każdego fana SF książka powinna usatysfakcjonować – a Legendy cyberkatakumb, niestety, przemknęły bez większego echa.

Przyznaję, że z tych dwóch tematów eschatologia wszelka jest mi zdecydowanie bliższa. Weźmy takie opowiadanko jak Zgon ekstremalny. Fajnie jest dzisiaj, przy coraz większym poczuciu bezpieczeństwa, np. skoczyć na bungee, ale gdyby tak można było pójść dalej i naprawdę przeżyć własną śmierć, po czym się obudzić i przekonać się, że to była tylko wirtualka, na nasze własne życzenie zresztą? Oczywiście im większy realizm umierania i skala bólu, tym większa euforia po przebudzeniu. Pojawiają się zatem kluby takich masochistów – multiagonalistów, kolekcjonujących ekstremalne przeżycia – rekordziści mają kilkaset takich „śmierci” na swoim koncie. Przy czym starzy wyjadacze lubują się mp. w różnego rodzaju wyrafinowanych i przewlekłych odmianach raka, a młodzi gniewni – w garotach i gilotynach. Warunkiem większej przyjemności jest niepamiętanie o tym, że umieramy w wirtualnym świecie, ale podświadomości nie da się tak łatwo oszukać.. a może da? Może lepsza technologia albo lepszy kat-programista załatwi sprawę i zhackuje nasze id?

Id, podświadomości, jednak nie da się tak łatwo oszukać, o czym przekonuje się Bias, bohater Małego Nieba. Podświadomości, a może sumienia (w takim razie raczej nie id, a superego)? Wsparte programowo, zapewnia mu ono prawdziwy czyściec, ponieważ podświadomie czuje on, że na zbawienie zwyczajnie nie zasługuje i jakaś kara się należy, choćby za zbyt komfortowe życie i oszukiwanie śmierci poprzez skorzystanie z usług korporacji, która to gwarantuje mu wirtualną nieśmiertelność (prawie nieśmiertelność, raptem miliard lat po zgaśnięciu Słońca). Owa korporacja Heaven Enterprise Trust Ecumenical Corporation (HEUTEC), oferuje pośmiertne „niebo” i zapewnia luksusowe, w porównaniu z „publicznymi cyberkatakumbami”, warunki oczywiście nie za darmo. Spacer korytarzami korporacji to okazja do niezłej satyry na na komercjalizację religii i płytki ekumenizm. A człowiek okazuje się być surowszy dla siebie niż Bóg – On potrafi nam wybaczyć, w końcu jest nieskończenie miłosierny, ale czy my potrafimy?
 
Powołanie Besta to nowe spojrzenie w temacie „zniewolenie człowieka przez sztuczne inteligencje”. W tym przypadku nie niewolą nas one wprost, nie żerują też na prymitywnych instynktach, ale przeciwnie, na uczuciach wyższych – miłości i… religijności. Tu też mamy wykład filozofii autora, który wszelkie systemy uważa za złe i nieludzkie z natury – pozwolę się z tym nie zgodzić. Co prawda autor daje nadzieję na przyszłe „uczłowieczenie” systemów, ale myślę, że w historii cywilizacji już trochę tych prób było, czasem nawet skutecznych. A demonizowanie systemów i hierarchii mam za tak samo fałszywe jak demonizowanie wolności – choć wiemy, że systemy mogą się przerodzić w tyranie, a wolność w dowolność i chaos.

W opowiadaniu Animista mamy przytomną konstatację (o czym zdaje się zapominać Dukaj, zakładający nieśmiertelność postludzką raczej bezproblemową), że przeniesienie osobowości do cyberprzestrzeni – tytułowych „cyberkatakumb” wcale automatycznie nie gwarantuje nieśmiertelności. Chodzi tu nie tylko o dość oczywistą utratę fizycznego nośnika, ale i zniszczenie czy ukradzenie software’u (w tym przypadku naszej osobowości). Tytułowy animista kradnie z sieci takowe „dusze” i przenosi w … różne przedmioty, często kierując się złośliwością (umieszczając np. osobowość misjonarza w krucyfiksie). Z drugiej strony – taki zabieg, po uprzedniej umowie z „kolekcjonerem” gwarantuje dużo większe bezpieczeństwo niż sieć publiczna (owe cyberkatakumby), ale – jako że zdany jesteś na łaskę i niełaskę kolekcjonera – mniejsze niż „wieczność” w zaświatach korporacji.

Bohaterka Ultimathulium ma wybór – umrzeć realnie, czy żyć wiecznie – przy czym to drugie oferuje jej technologia, a to życie to życie w Nanoceanie. Jako osoba wierząca ma prawdziwy dylemat i okazuje się, że na „skok wiary”, czyli prawdziwą śmierć, trudno jej się decydować. Co wybierzemy nadzieję na wieczność oferowaną przez religię czy pewność tejże ofiarowaną przez technologię?

Pozostałe opowiadania (cykl o Łucji i Luśce, Egzorcystka, Rodzinna kolekcja, Tabularezka) to wariacje na temat ludzkiej osobowości, z którą można będzie wyczyniać rozmaite cuda (np. przywoływać swoje dawne „ja” z różnych lat, będąc samemu też w wieku dowolnym), bądź przeciwnie, paść ofiarą programu do „dekonstrukcji mempleksu jaźni”. Dwa opowiadania, Żywa woda i Prawo serii, są ciałem obcym w zbiorze – pierwsze uważam za najsłabsze w książce, prosta historia o grupce młodzieży urządzającej spływ kajakowy, atakowaną przez demoniczne „coś”. Prawo serii zaś to właściwie nie SF, tylko dziwna fantastyka religijna, czy lepiej - metafizyczna. W opowiadaniu tym przewodnikiem racjonalnego doktora Adama Kurkiewicza po świecie (czy też zaświecie) jest Alef, żul-narkoman ze srebrnym młoteczkiem. Opowiadanie zagadkowe, pełne symboli i po trosze będące wykładem autora na temat np. opętania i wpływu demonów na rzeczywistość.

Patrząc na te sztuczne zaświaty, fałszywe śmierci i wciąż niepewną nieśmiertelność trudno nie zauważyć, że w technologiczno-korporacyjnych rajach i piekłach tak naprawdę będziemy tak samo daleko/blisko Boga jak na tym padole. A Zasada Zachowania Wolnej Woli skutecznie uniemożliwi wszystkim postludziom i megacyberosobowościom zajrzenie za zasłonę Tajemnicy – i tak trzeba będzie naprawdę umrzeć, tudzież naprawdę zostać skasowanym (o ile w ogóle cyfrowa kopia nas to będziemy w ogóle „my”, w co wciąż wątpię). Choć, niewykluczone, że z wyższej perspektywy to wszystko, razem z cybersiecią, to kolejny krok na drodze do noosfery… 

Konrad T. Lewandowski, Legendy cyberkatakumb, Fantasmagoricon, Warszawa 2009

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Demoniczny chichot nad Warszawą

(Jest to recenzja książki, która pojawi się w księgarniach 20 kwietnia. Miałem przyjemność ją przeczytać dzięki uprzejmości jej Autora.)


Najnowsza książka Konrada T. Lewandowskiego jest powieścią ważną, zarówno jako przykład świeżego spojrzenia na konwencję fantastyki religijnej, ale też jako nie przebierająca w słowach polemika z polskim katolicyzmem i patriotyzmem, które każą widzieć metafizyczny „sens dodatni” w naszych kolejnych narodowych katastrofach. 

Fabuła przedstawia się następująco: przez dzieje Polski wędruje korowód demonów, walnie wpływając na naszą historię, jak też wysłanych z woli Boga (nazywanego tu pieszczotliwie Naczelnym) aniołów, starających się owe diabelskie zapędy powstrzymać. To z owej anielskiej perspektywy prowadzona jest większość narracji. Ciekawa jest tutaj waloryzacja tego, co w historii Polski było demonicznej proweniencji, a co – angelicznej. Przykładem tej pierwszej są nieudane i niepotrzebne powstania, zbiorowe histerie, stosy, insurekcja kościuszkowska – wszędzie tam, gdzie rozum spał, budziły się demony, nakazując Polakom walczyć przy dysproporcji sił, środków i braku planu. Natomiast wszelkie okresy spokoju i złote wieki zawdzięczamy dyskretnej ingerencji anielskiej i własnemu opamiętaniu.

Taka przewrotna interpretacja naszych dziejów stoi w całkowitej opozycji wobec np. mitologizujących narracji Rymkiewicza (dla którego Powstanie Warszawskie jest najważniejszym wydarzeniem w naszej historii) czy polityki historycznej Kaczyńskich – a jest o tyle ciekawsza, że czyniona z ewangelią w ręku. Szkoda tylko, że to perspektywa ostentacyjnie antykatolicka, prześcigająca momentami Dana Browna – dla Kościoła katolickiego nie ma miejsca nie tylko na tym świecie; nawet w zaświatach Bóg już postawił na nim krzyżyk. Właściwie wszystkie instytucje, jako związane z ziemią byty telluryczne, są złe z natury.

Ciekawe są w powieści próby łączenia języka fizyki i metafizyki – opętana dziewczynka przebywa w inkluzji czasoprzestrzennej, egzorcyzm powoduje robaczą czarną dziurę w czasoprzestrzeni, a anioły potrafią dokonywać kreacji ex nihilo, manipulując rzeczywistością na poziomie fluktuacji kwantowych. Metafizyka w powieści jest odpowiednikiem nauki w klasycznej SF i magii w fantasy – stanowi motywację zachodzących zjawisk. Dlatego też powieść nie przynależy do wyżej wymienionych konwencji, jest natomiast fantastyką religijną. I nie chodzi tu tylko o obecność aniołów (jak u Kossakowskiej czy w paranormal romance), ale o perspektywę religijną całości. Autor zastosował tu teologię chrześcijańską (protestancką) konsekwentnie, choć czasem czerpie też z legend czy z popkulturowego okultyzmu i pozwala sobie na pewne spekulacje, zwłaszcza co do natury zaświatów, to jednak stara się mieścić w chrześcijańskiej wykładni. Cuda, w rodzaju objawień maryjnych, nie są tu racjonalizowane i odzierane z sacrum, przeciwnie, mają jak najbardziej metafizyczne źródło, tyle że często są efektem działań demonicznych, nie boskich. Bóg i aniołowie mają zresztą często spętane ręce – kłania się Zasada Zachowania Wolnej Woli, filozoficzny koncept autora, uzasadniający np. postępowanie wobec aniołów wobec ludzi. Czasem ma to zabarwienie humorystyczne – aniołowie, po ukazaniu się ludziom, zachowują się jak faceci w czerni, zacierając pamięć o własnym objawieniu się…

Właśnie – humor. Pomimo swojego ciężaru gatunkowego, powieść Lewandowskiego jest napisana lekkim stylem i często potrafi naprawdę rozśmieszyć. Źródłem humoru są główne postacie – Sławomir Zaleszczuk, anioł-ateista, posługujący się językiem gomułkowskiego komunisty i racjonalizujący swoje rzekome halucynacje; Leokadia-Ośka – wyszczekana warszawianka, awansowana po śmierci na serafina; wreszcie wplatający makaronizmy siedemnastowieczny husarz Jan Seweryn Mierzejewski. To oni towarzyszą głównemu narratorowi, niewymienionemu z imienia Aniołowi Dobrej Rady, w polowaniu na demony, ale sami często potrzebują pomocy żyjących. Tu autorowi udaje się czasem odejść od popkulturowych schematów walki ze złem za pomocą ognia, miecza i wody święconej i pokazać, że walka ta ma charakter przede wszystkim duchowy – polega ona na przełamaniu zwątpienia, wyzbyciu się egoizmu czy szlachetnym buncie w słusznej sprawie.

         Mimo czasem przesadnego demonizowania zjawisk zasługujących na krytykę i potępienie, kiedy to polemiczna natura autora bierze górę nad obiektywizmem, powieść Lewandowskiego zasługuje na uwagę – choć pewnie Rymkiewicz do niej nie sięgnie, stanowi ona jak do tej pory najcelniejszą polemikę z jego historiozofią – kolektywizmowi, irracjonalnemu romantyzmowi i pogańskiemu zamiłowaniu do destrukcji i autodestrukcji Lewandowski przeciwstawia chrześcijański racjonalizm i indywidualizm. Nie tyle burzy pewne mity, co nadaje im przeciwny wektor sensu moralnego, licząc tym na rzetelną dyskusję o religii i historii. Tylko kto się jej podejmie?

Konrad T. Lewandowski, Anioły muszą odejść, G + J, Warszawa 2011 


Filmik na temat powieści




Link do księgarni (selkar)

Chrześcijaństwo, którego nie było

Dobrze, że w ważnej serii „Zwrotnice czasu” otrzymaliśmy wznowienie „Quietusa” Jacka Inglota, w wersji poszerzonej, dłuższej o kilkadziesiąt stron i wzbogaconej o posłowie – Maciej Parowski pokazał Quietusa na tle polskiej fantastyki religijnej lat dziewięćdziesiątych i podsunął różne tropy interpretacyjne z wycieczkami filozoficznymi w tle, zaś ks. Jan Tomasz Słomka opisał niealternatywną wersję powieściowych wydarzeń, pisząc o chrześcijaństwie, schyłku Rzymu i schizmie donatejskiej.

W świecie powieści Cesarstwo Rzymskie trwa dłużej niż u nas (akcja toczy się w VII wieku), ale nie ma tam chrześcijaństwa. Cesarz Julian Apostata zdołał je kilkaset lat temu skutecznie wytępić i nie tylko nie zostało ono religią oficjalną, ale jest bezwzględnie prześladowane. Nastąpił prawdziwy holokaust chrześcijan, palenie ksiąg i fałszowanie historii, żeby ludziom do cna tą religię obrzydzić. Więcej, nawet Ewangelia zaginęła i pełni rolę legendarnego artefaktu, który jedni chcą zdobyć, inni – zniszczyć.

Rzym właściwie niewiele różni się od tego znanego z historii, poza tym, że jest bardziej zaawansowany technologicznie – mamy statki napędzane parą (na lądzie machin parowych nie ma, z ciekawego powodu – co wówczas począć z niewolnikami?). Imperium sięga aż do Mezopotamii i do Wenedii (Polski). Raczej przyczynia się do ucywilizowania podbijanych krain, a samo trwa dzięki takim np. zlatynizowanym Wenedom, bo w centrum już mamy niepokojące oznaki rozkładu i dekadencji - zniewieściałych, wyperfumowanych mężczyzn, sprzedajne kobiety, przerośniętą biurokrację i armię urzędników. Wypisz wymaluj Unia Europejska.

Autor robi fascynujące wycieczki po innych filozofiach i religiach – w konfrontacji z chrześcijaństwem bledną uroki epikureizmu, stoicyzmu, racjonalizmu, i najgorszego z nich – cynizmu (Urbanowi książka raczej się nie spodoba). Dostaje się też Bogu ducha winnemu buddyzmowi – w dobie politycznej poprawności i przekonania o równości wszystkich idei taką wyrazistość mam za spory plus i dowód odwagi. Idee mają konsekwencje i bynajmniej nie są sobie równe. Gdyby były sobie równe, to jakiekolwiek poszukiwanie prawdy i sensu nie miałoby sensu, nie tylko moim zdaniem.

Jednak w owej sferze idei prawdziwym diabłem wcielonym jest … też chrześcijaństwo, a przynajmniej to, w co się ono przekształciło w Japonii (nazywanej w powieści wyspami Nipu), w połączeniu z shintoizmem, zbudowane na poczuciu krzywdy (ciekawe, że i w naszym świecie donatyści też mieli swoich męczenników) i na dziwnie pojmowanym idealizmie. Otóż według sogodonatystów (chodzi o japoński ród Sogo), chrześcijaństwo miał cechować absolutny perfekcjonizm moralny. Kościół miał składać się nie z grzeszników, a z świętych; sakramenty udzielane przez grzesznego kapłana miały być nieważne, a każdy grzesznik miał zakaz powrotu. Głosili także kult męczeństwa. W końcu potępił ich św. Augustyn i schizmatycy owi zaginęli w mrokach historii; może kiedyś Andrzej Sapkowski pokusi się o książkę o jeszcze jednych biednych heretykach, prześladowanych przez złych chrześcijan…

Powieściowi, alternatywni donatyści wydają się być jeszcze bardziej zradykalizowani niż ci istniejący rzeczywiście. Tworzą własne, wyspiarskie imperium i ruszają na podbój zdegenerowanego Cesarstwa Rzymskiego, zostawiając za sobą spaloną ziemię. Bezwzględnie traktują też prawdziwych chrześcijan, nie chcąc, by wyszła na jaw prawda o tym, czym jest naprawdę ta religia. Widzę w powieści trochę elementów antyutopii – tak może wyglądać próba budowania na ziemi idealnego Królestwa Bożego. Efektem jest oczywiście koszmarne państwo totalitarne.

Trochę mi w tej wizji chrześcijaństwa „właściwego” przeszkadzał jego ostentacyjny antyracjonalizm – natomiast czysty fideizm jest jak najbardziej na miejscu, uzasadniany też powieściowymi woltami fabularnymi. Być może trudno w tak skrajnie nieprzychylnych warunkach wymagać od chrześcijaństwa filozoficznych subtelności, niemniej pewien dyskomfort czułem. Chociaż jeszcze ważniejsza od wiary jest miłość, której zresztą – w rozumieniu chrześcijańskim – starożytność nie znała.

Fabuły nie ma sensu streszczać, jest poprowadzona zręcznie, choć czasem „przeskoki” pomiędzy kolejnymi etapami podróży bohaterów były podejrzanie wielkie. Główne postacie to oczywiście Wenedyjczycy (tacy starożytni Polacy) – Sewer Flawiusz, rzymski senator, którego przodkiem był wenedyjski władca Dagon, i Marcus Corejmus, miłujący pivo i kobiety lektor i filozof. Pod wpływem doświadczeń dość radykalnie zmienią swój światopogląd. Nie tylko oni zresztą – także rzymska nierządnica Klaudia, no i wreszcie tytułowy Quietus. Kontakt z chrześcijaństwem zmienia człowieka – być może nam, obeznanym z nim od dzieciństwa, jest ono czymś oczywistym i nudnym, ale w starożytności było rewolucją.

Najciekawszym pytaniem dla mnie było to niepostawione wprost – ile w rzeczywistej historii chrześcijaństwa było tej prawdziwej wiary, a ile donatyzmu? Powieściowi donatyści żądali zemsty za prześladowania Apostaty. Nawet nie chodzi o to, że mieli rację, bo faktycznie mieli prawo czuć się pokrzywdzeni – zemsta jest ideą tak całkowicie sprzeczną z chrześcijaństwem i nic jej nie usprawiedliwia. Przesłaniem chrześcijaństwa jest to, że nic nie jest ważniejsze od miłości Boga i bliźniego – nawet… zaprowadzanie chrześcijaństwa. Zwłaszcza siłą.

Powieść Inglota jest ciekawym przykładem prochrześcijańskiej fantastyki, w której wraz z apologetycznym stosunkiem do chrześcijaństwa mamy do czynienia z krytyką „błędów i wypaczeń” tegoż – sztandarowym przykładem jest tu Jawnogrzesznica Rafała Ziemkiewicza albo jeszcze nie wydana Anioły płakać będą Konrada Lewandowskiego. Inglot ostrzega przed zapędami totalitarnymi, Ziemkiewicz – przed stadną, bezrefleksyjną polską religijnością. Lewandowski zaś krytykuje Kościół Katolicki i polski sojusz tronu z ołtarzem z protestanckiej perspektywy. Ale o tym w następnej recenzji.

Jacek Inglot, Quietus (wydanie rozszerzone), Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2010.


sobota, 22 stycznia 2011

Tadeusz Solecki - Muzyka sfer niebieskich

Pierwsza dekada nowego tysiąclecia była złotym wiekiem polskiej fantastyki (przynajmniej w sensie ilościowym), a zachęceni komercyjnym sukcesem Fabryki Słów wydawcy ochoczo wydawali polskich fantastów. Zbiorek SF wydało nawet wydawnictwo dominikanów „W drodze” – cóż, dość pouczające jest zapoznanie się z tym, jak może wyglądać chrześcijańska SF, a książeczka jest dość krótka i wystarczy na godzinę czy dwie lektury.

Nieufna wobec nauki i techniki fantastyka naukowa to właściwie żadna nowość, już prekursorski „Frankenstein” grzmiał przeciw boskim uzurpacjom człowieka, o bogatej tradycji wszelakich antyutopii i fantastyki katastroficznej nie wspominając. SF więc była także technofobiczna, nie tylko technofilska. Twórczość Soleckiego (astronoma z wykształcenia) za niechętną nauce uznają tylko ortodoksyjni zwolennicy scjentyzmu, w rzeczywistości zaś jest ona próbą przywrócenia nauce należnego jej miejsca – ma być ona ważnym narzędziem poznania, a nie kolejnym bożkiem.

W opowiadaniach Soleckiego jak refren powtarza się zatem sceptycyzm wobec naukowego poglądu na świat jako jedynego i wystarczającego – w „Arce Noego” spekuluje on na temat kosmicznych cywilizacji nietechnologicznych – to my jesteśmy ślepi na rzeczywistość, bo na pewnym etapie „powierzyliśmy myślenie komputerom”. „Muzyka sfer niebieskich” to wariacja na temat pierwszego kontaktu – mamy więc muzyczny komunikat od obcej cywilizacji, którego „zrozumienie” polega na prawie mistycznym otwarciu się na tytułową muzykę i na „uwierzeniu”, gdzie czysty rozum nie ma szans.  „Czy niezapomniana chwila sam na sam z rozgwieżdżonym niebem nie mówi więcej o istocie kosmosu niż cała astrofizyka i kosmologia razem wzięte?” – oto jest pytanie. Przekaz okazuje się dziełem cywilizacji, która nie weszła w konflikt z naturą, ale i tak może wyczyniać cuda, o jakich nam się nie śniło. Dlaczego mamy tendencję do kreowania supertechnologicznych kosmitów? – pyta autor, a w „Zielonej misji” kreuje dla odmiany „floro sapiens”, gdzie rośliny stały się koroną stworzenia, a nie nieelegancka i drapieżna fauna. A taka rosiczka to co, pies?

„Fideina” traktuje o substancji wzmacniającej wiarę, która, jak wiadomo, góry przenosi – po zażyciu jej siłą umysłu tworzymy kwantowe „efekty tunelowe w skali makro”, czyli jesteśmy prawie wszechmocni. Do tego dochodzi pokusa wskrzeszenia pewnej kobiety – oczywiście nieudana, cudzy, martwy umysł nie poddaje się modelowaniu nawet siłą woli – większe cuda jednak zarezerwowane są dla Boga, inaczej będziemy mieli na sumieniu kolejne dzieci Frankensteina. 

Może najciekawszym opowiadaniem w zbiorze jest „Noosfera”. Tytułowe pojęcie to koncepcja ulubionego przez fantastów księdza-naukowca, Teillharda de Chardin (popularnego ze względu na swe niezbyt ortodoksyjne teorie, łączące ewolucję z chrześcijaństwem, z Chrystusem jako Punktem Omega). Noosfera – odkryta przez naukowców „etyczna sfera aksjologiczna”, z którą wszyscy jesteśmy połączeni, a która ma „krzywiznę ujemną” (bo łatwiej jest czynić zło niż dobro – efekt grzechu pierworodnego), zaś nasze dobre lub złe uczynki odbijają się w niej echem w przyszłości, a nawet w przeszłości...

Ciekawy zbiorek, choć jego lekturę miłośnikom fantastyki rozrywkowej raczej odradzam – głównym zajęciem bohaterów jest prowadzenie długich niby-naukowych dialogów, wyjaśniających, co, jak, i dlaczego, które jednak sam dyskurs naukowy stawiają pod znakiem zapytania lub podkreślają jego niewystarczalność w obliczu Tajemnicy. Pomimo pewnego fabularnego niedosytu książka udowadnia spore możliwości SF, która nie musi kurczowo trzymać się „światopoglądu naukowego” (którego zresztą nie ma, tak samo jak nie ma „światopoglądu biologicznego” czy „matematycznego”). Jako gra z naukowymi koncepcjami – bo tym w istocie jest klasycznie rozumiana SF – zbiorek ten jest pozycją wartą uwagi dla miłośników takich gdybań, a chrześcijaństwo, będąc tu trochę ciałem obcym, dodaje niewątpliwie pewnej pikanterii. Innym ważnym punktem odniesienia jest też oczywiście romantyzm – zdecydowanie „czucie i wiara” jako metoda poznawcza górują tu nad „formalizmem i przyczynowością”.

Szczepan Twardoch - Wieczny Grunwald

Opowieści określane mianem historii alternatywnych ze zjawiska dość niszowego awansowały do głównego nurtu fantastyki i nie tylko. Testowanie różnych wariantów innego przebiegu historii ma zresztą chlubną tradycję; to nie tylko dobrze znany Dick (Człowiek z Wysokiego Zamku), ale i D’Ormesson (Chwała Cesarstwa), i Parnicki (Muza dalekich podróży), a z nowszych pozycji Kim Stanley Robinson (Lata ryżu i soli) czy Philip Roth (Spisek przeciwko Ameryce).
 
 Wieczny Grunwald jest co prawda wydany w tej samej serii - Zwrotnice czasu - co powieści Parowskiego (Burza) i Wolskiego (Wallenrod), ale jest to trochę mylące. Poprzednie powieści pełniły mniej lub bardziej kompensacyjną funkcję i dotyczyły innego wariantu II wojny światowej (Polska wygrywa z Niemcami lub wchodzi z nimi w tymczasowy sojusz). Twardoch zaś zamierzył coś ambitniejszego – nawet nie wiem, jak to nazwać, meta-historią alternatywną? Jest to bowiem opowieść o nieskończonej ilości wariantów przebiegu historii – co prawda to zawężone do historii Polski i Niemiec, ale i tak wrażenie jest oszałamiające.

Jak taką historię opowiedzieć? Punktem wyjścia są losy Paszki, bękarta króla Kazimierza Wielkiego i młodej Niemki. Miłośnicy historii w czystej postaci powinni być wątkiem tym solidnie ukontentowani – Twardoch rzeczywiście „czuje historię” (określenie Orbitowskiego), mentalność epoki jest oddana rzetelnie, to nie średniowieczni przebierańcy, jakich znamy z Sapkowskiego. Stosunek do walki, do przemocy, do dyscypliny – znać rękę mistrza.

Łatwo wyłowić też psychoanalizę – kolejne, inicjacyjne ojcobójstwa, ambiwalentny erotycznie stosunek do matki – ale mam wrażenie, że Twardoch trochę z psychoanalizy kpi, wiedząc, że na próbach freudowskich i jungowskich interpretacji jego powieści można się wyłożyć – dajmy na to, zdarzenie X można wyjaśnić kompleksem Edypa – ale czym wyjaśnić kompleks Edypa ukazany wprost? Innym kompleksem?

Wracając jednak do naszej powieści – otóż jej główny bohater ginie na samym początku, podczas bitwy pod Grunwaldem, i dalszą narrację prowadzi z perspektywy „zaświatowej” – opowie więc zarówno o swoim „światowaniu”, czyli o życiu w konkretnym czasie historycznym, ale też o nieskończonej ilości alternatywnych żyć, które rozpoczęły się potem… narracja przeplata więc narrację historyczną z fantastyczną, „zaświatową” – perspektywa nieskończonych wariantów kolejnych żyć, w różnych historycznych epokach. Uwaga autora skupia się głównie na konfliktach prowadzonych metodą coraz nowocześniejszych środków militarnych; nie byłby to w końcu Twardoch. Niektóre z tych alternatywnych historii to gotowy materiał na powieść – autor na pomysłach nie oszczędza. Jeśli uznamy, że te ciągłe przeżywanie kolejnych śmierci samego siebie w różnych bitewnych dekoracjach to taka oryginalna, autorska wizja czyśćca czy piekła – będziemy mieli fantastykę religijną. Wydaje się, że autor zarys tego pomysłu zaczerpnął z różnych filozofii Wschodu – nieprzypadkowo motto powieści to cytat z Bhagavadgity („Człowiek rozumny nad żywym boleje, ani nad umarłym”) – rzeczywiście, nieskończony ciąg reinkarnacji, ciągłe „wieczne powroty” są ukazane jako przykład wyrafinowanego okrucieństwa. Choć poniekąd zasłużonego, gdyż bohater świętym bynajmniej za życia nie był.

To nie wszystko, co ma do zaoferowania ta powieść – dodajmy do tego smakowite dywagacje na temat „ducha narodowego” Polski i Niemiec, ukonkretnione metafory Matki Polski pokrywającej cały kraj i germańskich lebensbornów i Blutfabrik, futurystyczno-gargantuiczno-rammsteinowa wyobraźnia autora jest tu naprawdę niesamowita. Polska i Niemcy jako dwa przeciwstawne sobie żywioły (chciałoby się powiedzieć: yin i yang) – ciało (zmysły) kontra idee, intelekt kontra uczucie, zamiłowanie do sztuki i szaleństwa kontra zamiłowanie do porządku i organizacji. Wieczny konflikt jako zasada dziejów (a może zasada piekła?). Preferujący konkret nad fantastyczne wizje dowiedzą się też o genezie państw narodowych (zjawiska, okaże się, historycznie dość świeżej daty) i być może przekonają się, że czasem za pomocą fantastycznych środków najlepiej jest zobrazować pewne idee (Król-duch Słowackiego się kłania).

Powieść historyczna, meta-historia alternatywna, bildungsroman, powieść idei, fantastyka religijna – to tylko niektóre z możliwych klasyfikacji tej powieści. I jeśli ktoś sądziłby, że książka ta to być może mistrzostwo treści, ale pod względem językowym fantaści są kiepscy, próbka stylu Twardocha (str.11):

„I takież ja jasnął jeśm, jakoć panosza, jakoć królowic. A w istnem światowaniu nawrócił jeśm był k Krakowowi, gdaż miał jeśm lat dwadzieścia i odziewa chudego telkom s to, co na chrzbiecie i miecze trzy, i stworność szyrmirską miał jeśm, i skapę, i czyn koński chudy.”

Przyznam, cytat dobrany trochę złośliwie, bo powieść i tak czyta się łatwiej niż niektóre eksperymenty Dukaja, ale jest dobrym przykładem staropolskiej stylizacji w wersji Twardocha (nota bene nie cała powieść jest tak stylizowana, w innych momentach mamy np. mnóstwo germanizmów).

Powieść-wyzwanie. Do wielokrotnej lektury i do delektowania się bogactwem treści i formy. Pierwsza liga polskiej fantastyki, poza fantastykę zresztą daleko wykraczająca.


(recenzję pisałem w sierpniu 2010)

Marek S. Huberath - Balsam długiego pożegnania

Książka ta jest zbiorem opowiadań pisarza z Krakowa, „w cywilu” będącego pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego (co najmniej doktorem). Obok Dukaja jest to z całą pewnością najwybitniejszy twórca polskiej tzw. „problemowej” fantastyki, czyli aspirującej do czegoś więcej niż łubu-dubu w kosmicznych albo pseudośredniowiecznych dekoracjach (nie mam nic przeciwko łubu-dubu od czasu do czasu, ale zachowajmy proporcje).

Zbiór jest trochę nierówny, opowiadania w nim zawarte powstawały na przestrzeni dwudziestu lat. Pierwsze z nich, „- wrócieeś Sneogg, wiedziaam…”, powstało w połowie lat osiemdziesiątych i wygrało Literacki Konkurs Fantastyki z… „Wiedźminem” Sapkowskiego, który w tym samym konkursie zdobył jedynie trzecie miejsce (utwór Huberatha był pierwszy). Było to wyraziste opowiadanie, z nurtu fantastyki katastroficznej, z dziećmi - upośledzonymi mutantami w roli głównej, naładowane olbrzymią dawką emocji i będące wyrazistym sprzeciwem przeciw nieetycznej inżynierii społecznej, wspomaganej przez biotechnologię. Brak happy endu, lakoniczność godna Hemingwaya czy Cormaca McCarthy’ego – taka SF musiała zwrócić na siebie uwagę.

W kolejnych latach okazało się, że utwory Huberatha wciąż są przepełnione śmiercią, światami skonstruowanymi wedle skrajnie totalitarnych reguł – ale, paradoksalnie, nawet w takich światach możliwe jest ocalenie człowieczeństwa. Im dalej, tym więcej u krakowskiego autora eschatologii i teologii, ale tu też widać pewien postęp – stopniowo, od fascynacji „piekielnych” (Kara większa), zaczął on kreślić fantastyczne wizje raju, a przynajmniej jego przedsionka (opowiadanie „Balsam długiego pożegnania”, napisane stosunkowo niedawno).

Najlepszym utworem zbioru jest wspomniana „Kara większa” – wizja piekła jako obozu koncentracyjnego i jednocześnie sowieckiego łagru zostaje w czytelniku na długo, i jest to niewątpliwie piekło na miarę XX wieku. Sprytnie autor też rozegrał dylemat związany z wiecznością kary (choć tu zostawił pewną furtkę) i stosunkiem do tegoż naszej psychiki – w końcu nie ma takiego cierpienia, do którego nie można się przyzwyczaić, i nie ma takiej nagrody, która by się nie znudziła. A czy można opuścić piekło? Jeśli piekło i czyściec nie są przestrzennie rozdzielone (tu Huberath pozwala sobie na teologiczne spekulacje – co mu wolno, jako fantaście) i jeśli my sami… ale tu zapraszam do lektury. Do tegoż czyśćca trafiają też - na chwilę - dzieci, na których dokonano aborcji – – pomysłem na to, co się z takimi, nieochrzczonymi przecież dziećmi dzieje, Huberath uprzedził późniejsze, oficjalne orzeczenie Kościoła na temat losu dzieci nieochrzczonych.

Oczywiście, nie jest to SF dla każdego – dla niektórych będzie tu zbyt dużo religii, zbyt dużo cierpienia, zbyt dużo różnych dołujących klimatów, czasem przypominających spotęgowany PRL. Taka fantastyka naukowa pisana z pozycji chrześcijańskich, piętnująca „demoniczność” pewnych ustrojów społecznych, nieufna wobec idei naukowego postępu i wyrażająca przekonanie, że największe cierpienie ma sens – takiej filozofii nasz nowy, wspaniały i kolorowy świat stara się do siebie nie dopuścić .

(recenzję pisałem w czerwcu 2010)