Filmy - Transcendencja, Obrońcy skarbów
Książki - Bracia Hioba Rebeki Gable, Pan Mercedes Stephena Kinga, Kabalista z Pragi Marka Haltera, Lśniące dziewczyny Lauren Beukes, Warszawa 1944 Szymona Nowaka i Wyspa na prerii Wojciecha Cejrowskiego.

Książki - Bracia Hioba Rebeki Gable, Pan Mercedes Stephena Kinga, Kabalista z Pragi Marka Haltera, Lśniące dziewczyny Lauren Beukes, Warszawa 1944 Szymona Nowaka i Wyspa na prerii Wojciecha Cejrowskiego.

„Gambit
Wielopolskiego” to może najbardziej prowokacyjna, ze względu na skrajną
prorosyjskość, alternatywa z bardzo ciekawej serii „Zwrotnice czasu”. Niby mamy
wiek XXII, ale łatwo o tym zapomnieć – to raczej XIX wiek ozdobiony (trochę bez
ładu i składu) mnóstwem cyberpunkowych gadżetów, głównie militarnych – drony, raptory,
transformowane karabiny, sprzężone lasery, bioniczne siatki maskujące,
biokomputery i Infranet. Pomimo tej supertechniki wciąż mamy przed oczami
naszych dziewiętnastowiecznych przodków, podróżujących przez Rosję i toczących
długie Polaków rozmowy o historii i polityce, a nie dukajowych postludzi.
Niektóre pozycje
z serii Zwrotnice czasu, choć
interesujące, wydawały się słabo pasować do koncepcji historii alternatywnych,
ale najnowsza powieść Lewandowskiego do nich nie należy. W Orle bielszym niż gołębica mamy powtórzenie pomysłu z lubianej
przez czytelników Noteki 2015 (słaba
Polska kontra silniejsze mocarstwo), ale tym razem wygrywamy z carskim,
dziewiętnastowiecznym Imperium Rosyjskim i zwycięskie Powstanie Styczniowe należy
do nas. Powstaje niezależne Królestwo Polskie, na czele z Romualdem Trauguttem
jako Naczelnikiem Państwa i… generał Emilią Plater. Zwycięstwo zawdzięczamy
pancernikom lądowym, zwanym w powieści twardochodami, będącymi połączeniem
czołgu i lokomotywy. Na koncept tego i innych wynalazków wpadają polscy
naukowcy (m. in. Ignacy Łukasiewicz) z niebagatelną pomocą Szkota, Jamesa
Clarka Maxwella. Dzięki osiągniętej w ten sposób przewadze militarnej odbijamy
polskie twierdze i miasta z rosyjskich rąk i wybijamy się na niepodległość.
Zychowicz w Pakcie
Ribbentrop-Beck też prowokuje, uważając, że problemem było właśnie to, że
byliśmy za mało „źli” i „faszystowscy” (wiem, że nazizm to co innego niż
faszyzm, ale wytłumaczcie to komuś z Antify) i że Hitler za bardzo nam
śmierdział. Autor też chce przemodelować Polaków i dodać im rysów bardziej
makiawelicznych. Czemu nie sprzymierzyliśmy się z Hitlerem PRZED wojną, gdy
jeszcze nie był ludobójcą? Bo byśmy stracili polityczne dziewictwo? Ktoś dziś
wytyka palcem Włochów, Rumunów, Japończyków za to, że stali po niewłaściwej
stronie? Ktoś dziś wytyka to samym Niemcom? Albo kto wytyka aliantom układ ze
Stalinem? Jakoś nie widzę, natomiast nieskalanym i honorowym Polakom i tak
wypomina się antysemityzm i faszystowskie ciągoty. Przekonuje Zychowicz, że we
własnym interesie należało – było zresztą jedynym wyjściem i wcale nie
niemożliwym – sprzymierzenie się tymczasowe z Hitlerem, po wspólnym pokonaniu
Sowietów zmiana sojuszy, skutkiem czego Polska powojenna byłaby większa
terytorialnie niż przedwojenna. Świat też by na tym skorzystał, bo trochę byśmy
Niemców ucywilizowali, zginęłoby mniej Żydów, a stalinizm zdechłby w latach
czterdziestych.
Brunatna
rapsodia to kolejna pozycja z
cyklu alternatywnej historii pt. „Hitler wins”. Co prawda nie tak dobra jak Człowiek z wysokiego zamku Dicka, ale na
pewno lepsza od zbyt prostego Dźwięku
rogu Sarbana i nawet od Vaterlandu
Harrisa. Ciekawe w Rapsodii jest bardzo
silne podkreślenie okultystycznego aspektu nazizmu, ciekawe połączenie światowego
nazizmu z rasową fantastyką postapokaliptyczną (tak, atomówki sypią się gęsto),
gdzie pobrzmiewają jeszcze echa zimnej wojny (książka powstała w latach
siedemdziesiątych ), a już finał to rozpad wszystkiego i beznadziejny fatalizm
po zagładzie a’la Ostatni brzeg czy Droga.
Cuda
Ewangelii Bułgakowa to teologia
prawosławna sprzed stu lat wydana przez katolicką Frondę – spojrzenie na
tytułowe cuda jest rodem z SF (wiem, to moje skrzywienie czytelnicze). Wszystkie
cuda ewangeliczne ukazane są jako wcale nie wykluczone dla człowieka, ponieważ
odpowiada za nie „pierwiastek ludzki” Chrystusa, nie „pierwiastek boski”, w końcu apostołowie też je ochoczo czynili. A Jezus przecież powiedział, że „dzieła,
jakie ja czynię, i wy czynić będziecie, a nawet większe”. Nieśmiertelności nie
trzeba się bać, a granicą ludzkich mocy jest wskrzeszenie zmarłych (Łazarz się kłania).
Magię definiuje Bułgakow jako właściwą człowiekowi władzę nad przyrodą (!),
przy czym „biała” czyni rzeczywiste cuda i nie ogranicza ludzkiej wolności, a
„czarna” daje fałszywe znaki i ową wolność ogranicza.
Nieśmiertelność
zabije nas wszystkich Magary’ego
– wychodzi, że autor piszący do Playboya
i Penthouse’a bardziej boi się
stojącej być może za zakrętem nieśmiertelności niż ortodoksyjny Bułgakow, ot,
taki paradoks. Powieść ta to fantastyka bliskiego zasięgu, w której XXI wiek stoi
pod znakiem odkrycia specyfiku powstrzymującego starzenie się. Wówczas to
pojawiają się całkowicie nowe problemy etyczne (zatrzymanie dorastania
kilkuletniej dziewczynki przez kochającą matkę czy wstrzykiwanie specyfiku
zwierzakom domowym). Generalnie koncept przynosi dużo więcej szkody niż
pożytku. Tylko dlaczego cała reszta postępu stoi w miejscu i w 2090 roku mamy
wciąż rok 2010, te same internety, blogi i maile, trudno powiedzieć. Ale
książka nie jest zła, choć dla miłośnika SF nie jest żadnym wyzwaniem i
czyta się ją wręcz zbyt łatwo – co może być jednak zaletą dla nie-SFanów. No i
jest znaczącym (i kolejnym) przykładem lęku przed nadchodzącym postczłowiekiem.
W Widmach
Orbitowskiego Powstania Warszawskiego nie ma, ponieważ ingerencji sił
nadprzyrodzonych zawdzięczamy przymusowy pacyfizm pierwszego sierpnia –
przestaje działać broń u każdej ze stron. Potem mamy lata pięćdziesiąte i
inwazję innej rzeczywistości wdzierającą się w losy alternatywnego Krzysztofa
Kamila Baczyńskiego, rozdartego pomiędzy żoną Basią i obecną kochanką Hanią. Tak, jakby
wytrącona z torów historia zaczyna upominać się o swoje, i nawet odbudowa
Warszawy skażona zostaje jakimś depresyjnym fatalizmem. Wysoka poprzeczka,
okrutnie dużo udziwnionej fantastyki i „twardej, męskiej rzeczywistości” w
stylu Orbitowskiego. Początek powieści i finał satysfakcjonuje najbardziej,
środek jest trochę zbyt rozwlekły, ale ważna książka, choć takiego zachwytu jak
kiedyś Tracę ciepło u mnie nie
wzbudziła.
No i dwie pozycje Szostaka, zaległe Poszarpane granie (ładna dwuznaczność
tytułu w książce góralsko-muzycznej) i nowy Dumanowski.
Szostaka biorę wszystko, choć najbardziej go cenię wciąż za Oberki do końca świata – zgranie języka,
oryginalności świata i „czytelniczej wciągalności” udało się tam najlepiej. Pomimo
pozornej prostoty jego proza jest wyrafinowana okrutnie. Weźmy Poszarpane granie – raz mamy to świat
„przedchrześcijański” (częste wzmianki o Jedynym), innym razem, po narodzinach
mitu, przechodzący płynnie w teraźniejszość – czyli i Tolkien (Silmarillion) i Marquez (Sto lat samotności). Aha, trochę to też
taka „historia filozofii po góralsku” – co opowieść, to inny morał i inne
spojrzenie na rzeczywistość. Dodajmy do tego baśniowość i metatekstowość – o tej
prozie powinny powstawać magisterki i doktoraty. Dumanowski natomiast mitologizuje dziewiętnastowieczną, rozbiorową
historię Polski – Rzeczpospolita Krakowska to u niego jakaś ostoja
mieszczańskiej (mitycznej?) polskości.