Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia alternatywna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2014

sobota, 19 października 2013

Obłęd 1863?



„Gambit Wielopolskiego” to może najbardziej prowokacyjna, ze względu na skrajną prorosyjskość, alternatywa z bardzo ciekawej serii „Zwrotnice czasu”. Niby mamy wiek XXII, ale łatwo o tym zapomnieć – to raczej XIX wiek ozdobiony (trochę bez ładu i składu) mnóstwem cyberpunkowych gadżetów, głównie militarnych – drony, raptory, transformowane karabiny, sprzężone lasery, bioniczne siatki maskujące, biokomputery i Infranet. Pomimo tej supertechniki wciąż mamy przed oczami naszych dziewiętnastowiecznych przodków, podróżujących przez Rosję i toczących długie Polaków rozmowy o historii i polityce, a nie dukajowych postludzi.

Powieść jest prowokacją naprawdę mocną; gdyby Powstanie Styczniowe było mniej odległe w czasie, książka nie należała do fantastyki, a autor miał większy talent literacki, powieść wywołałaby burzę podobną do tej sprowokowanej niedawno przez Zychowicza. W świecie „Gambitu” superkomputery z petersburskiego Centrum Symulacji Rzeczywistości przewidują różne wersje historii, dzięki czemu można nią kierować, wybierając najlepszy wariant (kłania się Asimov i „Fundacja”). Imperium Romanowów trwa w najlepsze, w wersji co prawda dość przyjaznej dla obywateli, ale Polakom i tak marzą się powstania i zamachy. Były spiskowiec, twórca „Niepodległej”, kapitan Andrzej Czachowski przekonuje obecnego terrorystę/powstańca (niepotrzebne skreślić) porucznika Różyckiego o bezsensie walki zbrojnej. Argumentem jest potencjalnie możliwy świat z Powstaniem Styczniowym (czyli nasz) – koszmar nad koszmarami, nasilone represje, a potem XX wiek i bolszewicy (gdyby nie było Powstania, nie byłoby bolszewików… teza dość dyskusyjna). Za to w świecie powieści Polacy co prawda niepodległości nie mają, ale z dumą trzęsą rosyjską Dumą i gospodarką, a nawet mają szansę na wejście w rodowe mariaże z dynastią Romanowów. Istnieje co prawda Euroland, ale Anglicy, Niemcy i Francuzi generalnie mają nas w de i najlepszym wyjściem jest unia polsko-rosyjska, satysfakcjonująca obie strony…

W jaki sposób nie dopuszczono w powieści do zaistnienia naszej wersji historii? Otóż w XIX wieku margrabia Wielopolski (postać historyczna), by nie dopuścić do powstania, wymordował jego rzeczywistych i potencjalnych (!) przywódców. To mi niepokojąco przypomina „Raport mniejszości” Dicka, ale zamiast penalizacji przestępców przed zbrodnią, co ośmieszył Dick, mamy opatrzone znakiem pozytywnym unicestwianie zawczasu Hitlerów, Piłsudskich i wszystkich popełniających „zbrodnię na historii”. W powieści determinizm historyczny nie jest zresztą stuprocentowy – przestawiać historyczne zwrotnice mogą jokerzy (najwięcej wśród nich Polaków), którym jest też wspomniany Różycki. Cóż, historyczna niestabilność zawdzięczana Polakom to akurat pomysł dość ciekawy…

Przyznać jednak trzeba, że autor, będąc historykiem, bezlitośnie przypomina zapomniane fakty z dziewiętnastowiecznej historii. Nikt Powstania Styczniowego nie popierał, ani chłopi, ani mieszczanie, ani nawet… jego przywódcy (Chłopicki, Skrzynecki, Sowiński). Sześć tysięcy fatalnie uzbrojonych powstańców raczej nie zagrażało stutysięcznej armii rosyjskiej. Finansowo Polacy hojniej wsparli cara – milion rubli z okazji przyjazdu do Warszawy Mikołaja II w 1897 roku – niż niepodległościowy Skarb Narodowy uzbierał przez dekadę. 

Nie znaczy to, że książka potępia każdą walkę o niepodległość – według autora szansę na udane powstanie mieliśmy chociażby w roku 1829, ale nie wykorzystaliśmy przychylnej koniunktury. Poza tym w opowiadaniu „Archiwum” tegoż autora („Nowa Fantastyka” 8 / 2013) Przechrzta mierzy się z Powstaniem Warszawskim i polemizuje z Zychowiczem, przychylając się do opinii Normana Daviesa o winie po stronie koalicjantów. Styczniowe było nieracjonalne, a Warszawskie – przeciwnie. 

Przeciwny inny punkt widzenia prezentuje Konrad T. Lewandowski. Ten w powieści „Anioły muszą odejść” dla odmiany brutalnie rozprawił się z (bez)sensem Powstania Warszawskiego, ale w „Orle bielszym niż gołębica” (kolejny tom „Zwrotnic czasu”) jest wobec Powstania Styczniowego zaskakująco przychylny. Ale o tym w innym miejscu.

Adam Przechrzta, Gambit Wielopolskiego. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013.

środa, 20 lutego 2013

Bóg, rozum, ojczyzna


Niektóre pozycje z serii Zwrotnice czasu, choć interesujące, wydawały się słabo pasować do koncepcji historii alternatywnych, ale najnowsza powieść Lewandowskiego do nich nie należy. W Orle bielszym niż gołębica mamy powtórzenie pomysłu z lubianej przez czytelników Noteki 2015 (słaba Polska kontra silniejsze mocarstwo), ale tym razem wygrywamy z carskim, dziewiętnastowiecznym Imperium Rosyjskim i zwycięskie Powstanie Styczniowe należy do nas. Powstaje niezależne Królestwo Polskie, na czele z Romualdem Trauguttem jako Naczelnikiem Państwa i… generał Emilią Plater. Zwycięstwo zawdzięczamy pancernikom lądowym, zwanym w powieści twardochodami, będącymi połączeniem czołgu i lokomotywy. Na koncept tego i innych wynalazków wpadają polscy naukowcy (m. in. Ignacy Łukasiewicz) z niebagatelną pomocą Szkota, Jamesa Clarka Maxwella. Dzięki osiągniętej w ten sposób przewadze militarnej odbijamy polskie twierdze i miasta z rosyjskich rąk i wybijamy się na niepodległość.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to także powieść w duchu Verne’a, którego utwory były określane jako „powieści cudownego wynalazku”. W powieści Lewandowskiego owym cudownym wynalazkiem są wspomniane twardochody. Ale nie tylko – też pociski kumulatywne o olbrzymiej mocy, pędnia (silnik parowy z naftą zamiast wody) czy telegraf bez drutu. U Verne’a wystarczył jeden wynalazek, dzisiaj niezbędny jest worldbuilding – i może szkoda, że ten świat został wykreowany z myślą o tej jednej powieści, o czym świadczą finałowe rozwiązania fabularne. Choć mogę się mylić.

Protagonistą utworu uczynił autor Edwarda Starosławskiego, świeżo upieczonego absolwenta francuskiej szkoły wojskowej, powracającego do Polski w momencie patriotycznych uniesień. Dzięki temu można było ukazać konflikt między przywiezionym z Francji kartezjańskim racjonalizmem a polską porywczością (a może próbę ich scalenia). Jako kierownik Departamentu Inżynierii Nowej Starosławski może z bliska obserwować politykę państwa i zakulisowe intrygi. Bardziej służąc krajowi głową niż orężem, lansuje projekt pocisków kumulatywnych, wyśmiewanych przez nie rozumiejących ich innowacyjności „specjalistów”. Znalazło się też w fabule miejsce dla wątku miłosnego z piękną panią chorąży, afery szpiegowskiej, wreszcie dla tytanicznych scen batalistycznych z udziałem polskich i rosyjskich nad-twardochodów.

Co charakterystyczne, cały główny wątek romansowy jest opisany w raczej idealistyczno-rycerskich barwach, charakterystycznych raczej dla pruderyjnej epoki wiktoriańskiej. Ale już w powieści Verne’a nie byłoby mowy o homoerotycznych skłonnościach Emilii Plater czy Elizy Łupińskiej (powieściowy odpowiednik jednej z naszych najważniejszych pisarek). Lewandowski jak zwykle lubi trochę poskandalizować.

Niestety, zgodnie z jakimś historycznym fatalizmem (podobnie jak w Bursztynowym królestwie), w powieści parowóz dziejów po kilku latach dobrej historycznej passy wraca na właściwe tory. Pomimo doraźnych, spektakularnych zwycięstw, w dłuższej perspektywie historycznej wygrana z rosyjskimi nad-twardochodami i kilka lat niepodległości dają nam niewiele, a na niekorzystną sytuację geopolityczną Polski nie ma cudów i żadne wygrane powstania nie pomogą.

Ponownie można mieć problem z nieuleczalnym antyklerykalizmem autora i trudno oprzeć się wrażeniu, że niezależnie od kościelnej polityki, każda byłaby według autora niewłaściwa. Jeśli Kościół popiera zbrojne aspiracje niepodległościowe – czyni źle, bo miesza się do polityki, budzi demony patriotyzmu itd. Jeśli tego nie czyni, nie chcąc popierać żadnej ze stron konfliktu – też niedobrze, bo wówczas jest zachowawczy, a przecież doktryna wojny obronnej jest generalnie słuszna. Natomiast prawdziwy chrześcijanin powinien być jednocześnie zbuntowanym, nieortodoksyjnym i nieposłusznym hierarchii „heretykiem”, ale też broń Boże nie popadać w szalone, niebezpieczne i irracjonalne sekciarstwo – rozumiem szlachetne intencje autora, ale wciąż trudno mi jest określić jasną granicę między szlachetnym buntem a „warcholstwem”. Powieściowy zbuntowany ksiądz Brzóska, tworzący narodowy Kościół polskokatolicki, jest postacią pozytywną, ale czy np. rzeczywisty ks. Jerzy Popiełuszko też? Od czego zależy szlachetność bądź nieszlachetność buntu – od przyszłej skuteczności historycznej? Według autora powieści klęska Powstania Styczniowego (w naszym świecie) ma sens, gdyż ostatecznie dzięki niej odzyskujemy niepodległość – ale gdybyśmy odzyskali ją za 500 lat albo w ogóle, sensu by nie miała?

Skoro jednak udało się połączyć autorowi w powieści szlachetną staroświeckość z nowoczesnością, patriotyzm z racjonalizmem a młodzieńczy entuzjazm z dojrzałością i nutką goryczy czy fatalizmu, może też połączenie ortodoksji z nutą „heretyckości” jest możliwe. Gimnastyka umysłowa przy lekturze gwarantowana, zwłaszcza (choć nie tylko) dla rzymskich katolików. Czyta się świetnie, zmusza do refleksji, a zgadzać się z autorem nie trzeba. A jeśli te nazwiska wzbudzą czyjąś ciekawość, dodam, że Tesla i Chesterton również mają w książce znaczące miejsce.



Konrad T. Lewandowski, Orzeł bielszy niż gołębica. Powieść fantastyczna w konwencji steampunk. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013. Książka stanowi 11 tom serii Zwrotnice czasu.

czwartek, 13 grudnia 2012

Bez mitu, bez interesu



Kilka lat temu Rymkiewicz w Wieszaniu chciał redefiniować polskość. Stawiał tam tezę, że bylibyśmy lepsi, gdybyśmy byli gorsi (moralnie); nasza narodowa przyzwoitość była tam piętą achillesową. A może właśnie szkoda, prowokował Rymkiewicz, że nie byliśmy narodem bardziej okrutnym, który zdolny byłby do królobójstwa i powywieszania na latarniach pewnych antypolskich indywiduów. Królów-zdrajców co prawda nie mordowaliśmy, za to okazuje się ostatnio, że Żydom urządzaliśmy regularne pogromy, a ratowali ich przed prawicowymi, konserwatywnymi Polakami-faszystami dobrzy, liberalni Niemcy, tacy jak Oskar Schindler – ot, taka nowa wersja historii.

Zychowicz w Pakcie Ribbentrop-Beck też prowokuje, uważając, że problemem było właśnie to, że byliśmy za mało „źli” i „faszystowscy” (wiem, że nazizm to co innego niż faszyzm, ale wytłumaczcie to komuś z Antify) i że Hitler za bardzo nam śmierdział. Autor też chce przemodelować Polaków i dodać im rysów bardziej makiawelicznych. Czemu nie sprzymierzyliśmy się z Hitlerem PRZED wojną, gdy jeszcze nie był ludobójcą? Bo byśmy stracili polityczne dziewictwo? Ktoś dziś wytyka palcem Włochów, Rumunów, Japończyków za to, że stali po niewłaściwej stronie? Ktoś dziś wytyka to samym Niemcom? Albo kto wytyka aliantom układ ze Stalinem? Jakoś nie widzę, natomiast nieskalanym i honorowym Polakom i tak wypomina się antysemityzm i faszystowskie ciągoty. Przekonuje Zychowicz, że we własnym interesie należało – było zresztą jedynym wyjściem i wcale nie niemożliwym – sprzymierzenie się tymczasowe z Hitlerem, po wspólnym pokonaniu Sowietów zmiana sojuszy, skutkiem czego Polska powojenna byłaby większa terytorialnie niż przedwojenna. Świat też by na tym skorzystał, bo trochę byśmy Niemców ucywilizowali, zginęłoby mniej Żydów, a stalinizm zdechłby w latach czterdziestych.

Czy to całkowita fantastyka alternatywna? Kiedyś sądziłbym, że tak; że ani to nie było możliwe, ani sensowne. Zychowicz udowadnia, że wręcz przeciwnie. Pokazuje polsko-niemieckie odprężenie, które rozpoczęło się po dojściu Hitlera (Austriaka, nie Prusaka) do władzy – dziwnie się ogląda zamieszczone w książce plakaty z lat trzydziestych, głoszące przyjaźń polsko-niemiecką, jak z jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Hitler szukał w nas sprzymierzeńca, wręcz umizgiwał się do nas, a my mieliśmy go bronić przed Sowietami. Żądania Gdańska i autostrady wcale nie były takie wygórowane, w Gdańsku mieszkało 80 % Niemców. Nasza decyzja o wojowaniu z Niemcami, pójście na pierwszy ogień to jedna z najgłupszych i najbardziej szalonych, samobójczych decyzji; nawet bez Stalina obok. A sojusz z Anglią i Francją z założenia nie gwarantował niczego, miał tylko tymczasowo odsunąć groźbę wojny od Zachodu. Wszyscy wiedzieli, jak wkurzy się Hitler na „zdradę” Polski – Niemcy, Sowieci, Anglicy – tylko nie Polacy. Cóż, tak nas ukształtowała historia i literatura, że nie potrafimy odróżnić odwagi, niosącej choć cień szansy na sukces, od pewnego samobójstwa.

Zychowicz ma rację, wystarczy pograć w coś w rodzaju Medieval: Total War, by nasunęły się takie same wnioski, innych rozwiązań nie było. Problem jednak w tym, że żądanie od Polaków, by byli tacy politycznie makiaweliczni, a nie romantyczno-honorowi, to trochę żądanie innego narodu. Rymkiewicz żądający „ciemnej strony” wychodzi z przeciwnych założeń, żąda intensyfikacji tego „narodowego ducha” właśnie, co to się buntować przeciw tyranii musi, nawet jeśli tyran przejedzie go walcem. Pobrzmiewają u niego jakieś tony nietzscheańsko-pogańskie; niech się duch narodowy wyszaleje w rzeziach i mordach, a trupy przecież nie idą na marne, im więcej, tym lepiej (brzmią w tym echa nie tyle chrześcijaństwa, co pogaństwa i Nietzschego). Czy taka śmierciolubność to tylko stereotyp, narzucona forma, czy „charakter narodowy”? Według Zychowicza taka perspektywa jest całkowicie antypolska, jest przejawem bezrozumnego, szalonego hurrapatriotyzmu i mentalności typu „kawalerią na czołgi”. Kawalerię mieliśmy zresztą znakomitą, tylko przez całe dwudziestolecie szykowaliśmy się na wojnę z wrogiem z drugiej strony.

Zychowicza kompletnie nie interesuje ani „duch narodu”, żadna zresztą wyższa, metafizyczna perspektywa. Ale przecież tylko według niej żadna przegrana wojna, żadna ofiara i śmierć nie idzie na marne i trudno dziwić się takim próbom usensowniania historycznych klęsk; że z nich musimy czerpać siłę, pisał nawet Jęczmyk. Tylko zastanawiam się, czy politycy powinni myśleć w takiej perspektywie, tu liczy się jednak Realpolitik i interes narodowy. Literaci niech sobie myślą Mickiewiczem i Rymkiewiczem, politycy Piłsudskim i Zychowiczem. O ile taki podział w Polsce jest możliwy.

A jak czyni dzisiejsza władza? Jej wydaje się nie obchodzić ani polityka historyczna, ani interes narodowy. Ani przeszłość, ani przyszłość. Polska mitologia jest obciachowa i w ogóle pisowska, a o przyszłość i inwestycje nie trzeba się martwić, bo jesteśmy przecież zieloną wyspą i jest super, o czym świadczy kolejna Biedronka, tym razem na terenie Stoczni Szczecińskiej. Ciemność widzę, ciemność.

Piotr Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck. REBIS, Poznań 2012.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Czerwiec 2012

W porównaniu z ilością książek, czytanych kiedyś przeze mnie na polonistyce, teraz czytam okrutnie mało – średnio jakieś pięć do siedmiu książek miesięcznie w porównaniu do jakichś dwunastu wówczas, nie licząc fury kserówek… naprawdę się zastanawiam, kiedy miałem na to czas. Oto, jak wygląda mój czytelniczy czerwiec 2012:

Otto Basil – Brunatna rapsodia
Sergiusz Bułgakow – Cuda Ewangelii
Waldemar Łysiak – Satynowy magik
Drew Magary – Nieśmiertelność zabije nas wszystkich
Łukasz Orbitowski – Widma
Wit Szostak – Poszarpane granie
Wit Szostak – Dumanowski


Brunatna rapsodia to kolejna pozycja z cyklu alternatywnej historii pt. „Hitler wins”. Co prawda nie tak dobra jak Człowiek z wysokiego zamku Dicka, ale na pewno lepsza od zbyt prostego Dźwięku rogu Sarbana i nawet od Vaterlandu Harrisa. Ciekawe w Rapsodii jest bardzo silne podkreślenie okultystycznego aspektu nazizmu, ciekawe połączenie światowego nazizmu z rasową fantastyką postapokaliptyczną (tak, atomówki sypią się gęsto), gdzie pobrzmiewają jeszcze echa zimnej wojny (książka powstała w latach siedemdziesiątych ), a już finał to rozpad wszystkiego i beznadziejny fatalizm po zagładzie a’la Ostatni brzeg czy Droga. 

Cuda Ewangelii Bułgakowa to teologia prawosławna sprzed stu lat wydana przez katolicką Frondę – spojrzenie na tytułowe cuda jest rodem z SF (wiem, to moje skrzywienie czytelnicze). Wszystkie cuda ewangeliczne ukazane są jako wcale nie wykluczone dla człowieka, ponieważ odpowiada za nie „pierwiastek ludzki” Chrystusa, nie „pierwiastek boski”, w końcu apostołowie też je ochoczo czynili. A Jezus przecież powiedział, że „dzieła, jakie ja czynię, i wy czynić będziecie, a nawet większe”. Nieśmiertelności nie trzeba się bać, a granicą ludzkich mocy jest wskrzeszenie zmarłych (Łazarz się kłania). Magię definiuje Bułgakow jako właściwą człowiekowi władzę nad przyrodą (!), przy czym „biała” czyni rzeczywiste cuda i nie ogranicza ludzkiej wolności, a „czarna” daje fałszywe znaki i ową wolność ogranicza.

Nieśmiertelność zabije nas wszystkich Magary’ego – wychodzi, że autor piszący do Playboya i Penthouse’a bardziej boi się stojącej być może za zakrętem nieśmiertelności niż ortodoksyjny Bułgakow, ot, taki paradoks. Powieść ta to fantastyka bliskiego zasięgu, w której XXI wiek stoi pod znakiem odkrycia specyfiku powstrzymującego starzenie się. Wówczas to pojawiają się całkowicie nowe problemy etyczne (zatrzymanie dorastania kilkuletniej dziewczynki przez kochającą matkę czy wstrzykiwanie specyfiku zwierzakom domowym). Generalnie koncept przynosi dużo więcej szkody niż pożytku. Tylko dlaczego cała reszta postępu stoi w miejscu i w 2090 roku mamy wciąż rok 2010, te same internety, blogi i maile, trudno powiedzieć. Ale książka nie jest zła, choć dla miłośnika SF nie jest żadnym wyzwaniem i czyta się ją wręcz zbyt łatwo – co może być jednak zaletą dla nie-SFanów. No i jest znaczącym (i kolejnym) przykładem lęku przed nadchodzącym postczłowiekiem.

Do Łysiaka mam słabość, okołomalarskie eseje w MW (Muzeum Wyobraźni) to rewelacja, choć, gdy Łysiak wścieka się na politykę, czasem irytuje mnie jego jednostronność i obsesyjność (choć często ma rację, niestety). W Satynowym magiku bawi się Doktorem Faustusem czy Faustem (podobnie jak Szyda w Fausterii), umieszcza historię w latach 30-tych XX wieku i chodzi mu raczej o diabelskość ogólnototalitarną, czyli hitlerowską i stalinowską (i postępową, dzisiejszą też), połączoną/wynikającą z ludzkiej skłonności do głupoty, zabawy, nieodpowiedzialności i relatywizmu etycznego. Smakowite anegdotki, wątki poboczne i popisy erudycyjne, ale Satin mówiący Łysiakiem (w wersji czasem co prawda bardziej cynicznej) to albo zapomnienie się autora albo celowy chwyt, sugerujący pewną „obosieczność” nadmiernego oczytania, bo, jak pisał Jęczmyk, do wszystkiego, co złe, dochodzi się własnym rozumem. Bardziej jeszcze niż u Szydy ciężar erudycji przygniótł postaci i fabułę, ale nawet tylko dla owych smaczków warto przeczytać.

W Widmach Orbitowskiego Powstania Warszawskiego nie ma, ponieważ ingerencji sił nadprzyrodzonych zawdzięczamy przymusowy pacyfizm pierwszego sierpnia – przestaje działać broń u każdej ze stron. Potem mamy lata pięćdziesiąte i inwazję innej rzeczywistości wdzierającą się w losy alternatywnego Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, rozdartego pomiędzy żoną Basią i obecną kochanką Hanią. Tak, jakby wytrącona z torów historia zaczyna upominać się o swoje, i nawet odbudowa Warszawy skażona zostaje jakimś depresyjnym fatalizmem. Wysoka poprzeczka, okrutnie dużo udziwnionej fantastyki i „twardej, męskiej rzeczywistości” w stylu Orbitowskiego. Początek powieści i finał satysfakcjonuje najbardziej, środek jest trochę zbyt rozwlekły, ale ważna książka, choć takiego zachwytu jak kiedyś Tracę ciepło u mnie nie wzbudziła.

No i dwie pozycje Szostaka, zaległe Poszarpane granie (ładna dwuznaczność tytułu w książce góralsko-muzycznej) i nowy Dumanowski. Szostaka biorę wszystko, choć najbardziej go cenię wciąż za Oberki do końca świata – zgranie języka, oryginalności świata i „czytelniczej wciągalności” udało się tam najlepiej. Pomimo pozornej prostoty jego proza jest wyrafinowana okrutnie. Weźmy Poszarpane granie – raz mamy to świat „przedchrześcijański” (częste wzmianki o Jedynym), innym razem, po narodzinach mitu, przechodzący płynnie w teraźniejszość – czyli i Tolkien (Silmarillion) i Marquez (Sto lat samotności). Aha, trochę to też taka „historia filozofii po góralsku” – co opowieść, to inny morał i inne spojrzenie na rzeczywistość. Dodajmy do tego baśniowość i metatekstowość – o tej prozie powinny powstawać magisterki i doktoraty. Dumanowski natomiast mitologizuje dziewiętnastowieczną, rozbiorową historię Polski – Rzeczpospolita Krakowska to u niego jakaś ostoja mieszczańskiej (mitycznej?) polskości.
 
Plany na lipiec – zacząłem Alkaloid Aleksandra Głowackiego i Atlas zbuntowany Ayn Rand, choć za skończenie tej drugiej pozycji w szybkim tempie nie ręczę. Trochę zaległości z Uczty wyobraźni (MAG) – Bacigalupi (Nakręcana dziewczyna; Pompa numer sześć) i MacLeod (Pieśń czasu; Podróże). Szaniawski (Ikar; Wyspa) i Gombrowicz (Kosmos) – tytuły, których nie zmiażdżył walec krytyki Lema w Listach (do Mrożka). Boża plantacja. Historia utopii amerykańskiej Tomasza Żyro – temat mnie zaciekawił po Imionach Boga Dominiki Oramus, a i też chyba z pozycją Rand będzie miał wiele wspólnego. No i coś dla relaksu wakacyjnego, bo wymienione tytuły mogą się do tego celu nie nadawać – może Słońce słońc Schroedera czy Szaleństwo aniołów Kate Griffin, dla orientacji w temacie dzisiejszej typowej SF (space opera?) i urban fantasy, bo do tego, co typowe, sięgam rzadko. Nie wiem, czy lekki jest Herrenvolk Uznańskiego – przeczytam na pewno, bo nominacja do Żuławskiego jest dla mnie ważniejszym kryterium niż zajdlowska.