Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wildstein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wildstein. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

Listopad 2015 - czerwiec 2016

"Czas Fantastyki" na razie w zawieszeniu, w ostatnich numerach można znaleźć mój tekst o "Dopóki nie zgasną gwiazdy" Piotra Patykiewicza (3/2015) i "Darwinowskich paradygmatach" Dominiki Oramus (4/2015). A w internecie - 

- "Cienie moich czasów", Bronisław Wildstein;

- "Bez wyroku", Aleksander Majewski;

- "Pióra", Zbigniew Wojnarowski;

- "Królowie Dary", Ken Liu;

-"Cromwell Stone" Andreas (komiks)

Poza tym, w tym czasie przeczytałem m. in.

Benedykt XVI - Jezus z Nazaretu cz. 2
Philip K. Dick - Wbrew wskazówkom zegara
Michael Flynn - Eifelheim
Neil Gaiman - Drażliwe tematy
Joe Haldeman - Wieczna wojna
Stephen King - Dallas '63
Rafał Kosik - Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi
Kroki w nieznane 2009, 2010, 2011, 2012, 2014 (antologie)
Jak Kracik - Chrześcijaństwo kontra magia
Legendy polskie (antologia)
C. S. Lewis - O modlitwie. Listy do Malkolma
C. S. Lewis - Przebudzony umysł
Paweł Lisicki - Dżihad i samozagłada Zachodu
Jakub Małecki - Dygot
Paweł Matuszek - Kamienna ćma
Marek Miller - Papież i generał
Motywy religijne we współczesnej fantastyce (antologia)
Anthony Peake - Philip K. Dick
Christopher Priest - Rozłąka
Antonio Spadaro - Cyberteologia. Chrześcijaństwo w dobie internetu
Marcin Wolski - Eurodżihad
Rafał A. Ziemkiewicz - Życie seksualne lemingów

Incal; Final Incal, Castaka (komiks)

Najbardziej "moją" książką fantastyczną był "Eiffelheim" Flynna - choć w tym przypadku nie byłem zaskoczony. Większą niespodzianką była radocha z lektury pierwszego tomu "Felixa, Neta i Niki" Rafała Kosika - ani chybi dziecinnieję z wiekiem ;). Kolejne tomy czekają. 
Większość tytułów jest co najmniej przyzwoita - staram się nie wybierać chłamu. "Dygot" Małeckiego, "Rozłąka" Priesta, "Papież i generał" Millera - tu satysfakcja czytelnicza sięgała chyba najwyżej, o dziwo bardziej niż przy "Kamiennej ćmie" Matuszka czy "Drażliwych tematach' Gaimana. Przy antologiach "Kroki w nieznane" i "Legendy polskie" też byłem mocno kontent. Aha, Paweł Lisicki wygrywa w kategorii "non fiction". Potem C. S. Lewis i, mimo wszystko, ks. Kracik.
















poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na pohybel DOOP



Czytając publicystykę Wildsteina odnosi się wrażenie, że dziś najradykalniejszymi buntownikami są konserwatyści. To, co naturalne, tradycyjne, jest obciachem w przestrzeni kulturowej i symbolicznej, o czym przekonują cię nieustannie wszechmocne DOOP-y (Dominujące Ośrodki Opinii Publicznej). Rządzi urzędniczo-prawno-finansowo-medialna oligarchia, w imię swoich interesów „poszerzająca demokrację” – ale nie daj Boże ktoś coś powie o „układzie”. Źle ci, człowieku i obywatelu? Winien jest Kościół, patrioci (zrównani z faszystami) i homofobi.

Jeśli posiadasz jeszcze jakąś tożsamość, natychmiast się jej pozbądź, bo przecież ona ogranicza cię skandalicznie. Rodzina, naród, religia, płeć – wszystkie te determinanty są przeszkodą na drodze do emancypacji i przekroczenia granic. Przy czym według Wildsteina poprzedni „postępowcy” mieli jeszcze trochę racji, z tą różnicą że wczoraj chcieli oni, by homoseksualizm nie był karany i był prywatną sprawą człowieka, dzisiaj – żądają, by był publiczną, prywatna to ma być, wyobraźcie sobie, religia, a nie seks. Dawny postępowiec chciał zniesienia niewolnictwa czy praw wyborczych dla kobiet – dziś chce parytetów dla kolejnych mniejszości. Większość nie ma racji, jeśli akurat głosuje niepostępowo i tacy geje tudzież konstytucja europejska jej się nie podobają.

Wildstein pisze spokojniej od Ziemkiewicza (mniej tu wściekłej retoryki), a już na pewno od Łysiaka (w „Karawanie literatury” ego autora wykipiało z książki). Argumentuje ciekawie i rzeczowo, książka jest niezłą bronią do pojedynków z lewicą. Dowiemy się, dlaczego, wbrew pokutującemu poglądowi, konserwatyzm nie oznacza przywiązania do jakiejś konkretnej minionej epoki. Dlaczego prawa naturalne są lepsze od praw stanowionych. Dlaczego lewicowa interpretacja przyczyn II wojny jako „erupcji nacjonalizmów” to duże uproszczenie. Dlaczego lepiej być moherem, niż wykształconym kołtunem (filistrem), zwanym wykształciuchem.

Wreszcie, Wildstein rozprawia się z farbowanymi „wolnorynkowcami” i „demokratami” udowadniając skutecznie, że te pojęcia dziś nic nie znaczą – korporacje, które nie mogą zbankrutować, chronieni interwencjonizmem państwa, nie są żadnym „wolnym rynkiem”. Podobnie „demokracja”… Jeśli tubylczy lud ma zapędy do wybierania polityków nie skoligaconych z oligarchią, znaczy to, to do demokracji nie dorósł. A polityk taki zostanie przez Salon zakrzyczany jako „populista”… Światli fachowcy z Unii wiedzą przecież lepiej, jak zarządzać Polską. Tu Wildstein polemizuje z kolegami z redakcji (czyżby z Ziemkiewiczem?), według których rażąca nieudolność naszej władzy usprawiedliwia rzekomo możliwość przejęcia jej przez innych. Podobnie jak polemizuje, jeszcze dobitniej, z dekonstruktorami sensu tragicznych powstań narodowych (Zychowicz) i ostrzega przed łatwością wyroków wydawanych historii z dzisiejszej perspektywy. Znalazła się w książce nawet… historia alternatywna, która jest raczej satyrą na takowe spekulacje.

Ważny jest tekst „Przemyśleć Solidarność” o micie tejże, który się nam jakoś ulotnił, zamiast przyczyniać się do dumy (to naprawdę była realizacja republikańskich ideałów). Nie wiedziałem, że i dzisiaj w Polsce stosuje się negatywną eugenikę – zszokował mnie przypadek kobiety, którą bez jej wiedzy wysterylizowano ze względów socjalnych – niestety, dobiliśmy do postępowej Szwecji.

Tytuł jest trochę mylący i sugeruje skoncentrowanie się na politycznych bieżączkach; Wildsteina interesuje też cywilizacyjna i kulturowa wojna światów, odkłamywanie języka czy historii, głównie XX wieku. Nie do końca się zgadzam, parę rzeczy budzi mój sprzeciw. Wildstein nie lubi „igrzysk” i sportu (współczesnej namiastki religii), obśmiewa kult zdrowego trybu życia i odżywiania, kpi ze straszaka globalnego ocieplenia. Z tym zgoda. Zdaje się jednak, że Wildstein zdaje się (jak większość konserwatystów) nie zauważać, że zarówno potrzeba „funu”, jak i „przekraczania granic” jest stale wpisana w naturę człowieka. Właściwie chrześcijaństwo tym się różni od pogaństwa i różnych fatalizmów wiarą, że człowiek przekroczył granicę biologii czy nieuchronnego losu. Samo powstanie mowy, pisma, druku czy wreszcie internetu też można postrzegać jako wielkie kroki na drodze „transgresji”, a „funu” to żądali już słuchacze Homera i widzowie Szekspira. Pewnie, że źle jest, gdy chodzi tylko o zabawę i o rozwalenie tradycji w drebiezgi. Lewica zdaje się dąży jednak do jakiejś nihilistycznej rewolucji, do będącej jej wynikiem destrukcji i uwstecznienia – koniec z republikańskimi ideałami, kategorią dobra wspólnego, koniec z Grecją, Rzymem i Jerozolimą. Najważniejszym prawem nowego człowieka ma być „prawo do orgazmu”. Na gruzach poddanych dekonstrukcji wartości zaproponuje nam równość absolutną, konsumpcjonizm (a że niespełniony, to obwini się kapitalizm i wolny rynek), nihilizm i urbanowy panświnizm. Jeśli taki jest projekt nowej Polski i nowej Europy, to zawczasu należy się z niej wyemancypować i dokonać transgresji. Tylko dokąd?


Bronisław Wildstein, Demokracja limitowana, czyli dlaczego nie lubię III RP. Zysk i S-ka, Poznań 2013.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wojna światów na Krakowskim Przedmieściu



Po epickim Czasie niedokonanym Bronisław Wildstein proponuje nam kryminał z posmoleńskim sporem o krzyż na Krakowskim Przedmieściu w tle. Worldbuilding ten sam, znany już z Doliny nicości (znów pojawia się m.in. „Słowo” Bogatyrowicza) – czyli niby-Polska, ale z kluczem. Ukryty nic nie mówi na temat sensowności bądź nie „zamachowych” teorii – bo też nie o zamach tu chodzi, a o rozliczenie z III RP. Sama historia kryminalna, choć zgrabna, wydaje się być raczej wabikiem na czytelników np. Miłoszewskiego niż najważniejszym i najciekawszym elementem Ukrytego.

Ostrze krytyki wymierzone jest w polski salon pełen układów i układzików, niemoralne autorytety moralne i przymusowe „doganianie” Europy, ideowe, a nie cywilizacyjne. Prokurator ucina śledztwo w sprawie trzech morderstw tylko dlatego, że może ono uderzyć w „wybitnego polskiego artystę”, a przecież wszyscy wiedzą, co wolno wojewodzie. Środowisko artystów czy polityków cechuje gigantyczny cynizm i pogarda dla podludzi – czyli między innymi tych, którzy modlą się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Możliwe jest co prawda przewartościowanie etyki dokonane przez pochodzącego z tego środowiska piarowca, Juliana Rosę, zaangażowanego w śledztwo właściwie przypadkiem i z osobistych powodów, ale taki coming-out spotyka się od razu z ostracyzmem otoczenia, podobnie jak najmniejsza oznaka empatii wobec „oszołomów” spod krzyża. Policjant Jerzy Tatar, także zaangażowany w śledztwo, za elementarną i „pozaukładową” uczciwość płaci niemożliwością awansu. Obaj natrafiają na mur niechęci, chcąc dojść do prawdy o morderstwie. W finale odkryją sprawcę, ale ani ci nie zostaną ukarani, ani detektywi nagrodzeni – owo rozwiązanie bardziej jest ukłonem w stronę konwencji i oczekiwań czytelnika, bo satysfakcji bohaterom bynajmniej nie przyniesie. Wychodzi na to, że postpeerelowski system (System?) generuje zło, nieuczciwość i niemoralność w nieporównanie większym stopniu niż Kościół czy korporacje, ale mało kto to dostrzega, bo przecież „jest super, jest super, więc o co ci chodzi”, mamy super prezydenta itd.

Już od jakiegoś czasu tematem, z którym polska literatura powoli się oswaja, jest Smoleńsk; wygląda na to, że temat nie podzieli losu stanu wojennego i trochę o nim powieści i filmów powstanie (a może też komiksów i gier komputerowych). Sama katastrofa jest w Ukrytym obecna tylko w tle, bo rozchodzi się o obudzoną Smoleńskiem „duszę polską” i ducha wspólnoty. „Góra”, „ci źli” tak się owej odrodzonej podmiotowości boją, że rusza akcja propagandowa – należy wszelkimi sposobami zohydzić pamięć o katastrofie. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu staje się przestrzenią oblężonego sacrum, które trzeba za wszelką cenę zdyskredytować, sprofanować, ukazać modlących jako najtęższe mohery opętane przez demony patriotyzmu. Pomogą w tym „nasi” biskupi, autorytety moralne i wojewódzkopodobni skandaliści, którzy raz na zawsze wybiją Polakom jakikolwiek patriotyzm z głowy. Spór o krzyż w powieści ukazuje Wildstein jako przełomowy moment w polskiej „wojnie światów”. Mógł też dopowiedzieć, że niestety, druga strona dała się podpuścić i grała w grę, której reguł nie ustalała i zasad nie znała.

Zbrodnia bez kary staje się w powieści modelowym przykładem patologii III RP, a owe patologie to w dużym stopniu efekt cynizmu, nihilizmu, nierozliczonego postkomunizmu i miazmatów różnych nieciekawych ideologii. Można sarkać, pytając, po co powstają takie umoralniające, obrażone na rzeczywistość i przesiąknięte fatalizmem powieści, ale na oficjalną propagandę sukcesu dobra jest każda odtrutka. Choć też trzeba przyznać, że przybierana przez Wildsteina i innych poza obrażonego na świat moralisty i skupianie się na negatywach nie jest czymś, co ma dużą siłę przyciągania niewtajemniczonych w mroczne sprawy III RP.

Po przejściu od „salonowego” kryminału w powieść rozliczeniową, rozprawiającą się z patologiami III RP i ze sterowanym kursem antypatriotycznym, Ukryty przechodzi dalej w pełną żaru obronę ginących europejskich, republikańskich i chrześcijańskich wartości. Albowiem rozchodzi się też tutaj o spór poważniejszy, cywilizacyjny, będący bolączką każdego konserwatysty o sprzeciw wobec "cywilizacji śmierci", polemikę z lewicowym dyskursem, według którego pozbycie się owego moherowego patriotyzmu spod krzyża jest warunkiem doszlusowania Polski do światłej, europejskiej cywilizacji, a patriotycznie nastawieni tubylcy są naszym głównym hamulcowym. Bo przecież od dawna wiadomo, że nie możemy nadrobić cywilizacyjnego opóźnienia przez staruszki z Radia Maryja i faszyzujących patriotów z prowincji.

Być może przez pryzmat własnych lektur zauważam w powieści echa Volkoffa (ukryte montażyki propagandowe), może i Dicka (nierzeczywistość medialnego świata będącego labiryntem zwierciadeł) czy Raspaila (larum nad walącą się Europą, tony prawie katastroficzne i apokaliptyczne). W powieści dyskurs liberalny i lewicowy tak naprawdę wpajany jest wyrafinowanymi i niewidocznymi socjotechnicznymi metodami, natomiast przyjęcie dyskursu konserwatywnego, religijnego, pełnego wymagań to wynik dojrzałości, przemiany wewnętrznej i „postawienia się” otoczeniu; w Ukrytym przechodzą ją co najmniej dwie osoby. Dawne idee tłumaczące rzeczywistość (nazwane w powieści „mitami”) przynajmniej coś ze sobą niosły, w przeciwieństwie do współczesnego kultu „nicości i chaosu” i nieustannego imprezowania, konsumowania itd. Tu przyznam, że trochę polemiki z tak dość jednostronnym dyskursem by nie zaszkodziło, a i w Czasie niedokonanym sylwetki bohaterów nie były tak czarno-białe.

Czy Polacy kupili salonową socjotechnikę, czy doprowadzą do jakiejś republikańskiej kontrrewolucji, czas pokaże (osobiście wątpię, a niektóre starania naszej prawicy mam za przeciwskuteczne). Na szczęście nie grozi nam raczej konserwatyzm rozumiany jako przywiązanie do jakiejś idealnej, konkretnej epoki historycznej, bo historia nas zazwyczaj zbytnio nie pieściła. A prawicowy mit złotego wieku jest równie fikcyjny (i szkodliwy) jak lewicowy mit świetlanej przyszłości, ale o tym, wbrew obawom Krytyki Politycznej, my już dawno wiemy.

Bronisław Wildstein, Ukryty. Zysk i S-ka, Poznań 2012.

czwartek, 10 listopada 2011

Dualizm moherowo-salonowy

Czas niedokonany Wildsteina ma ambitny zamiar dokonania wiwisekcji polskiej duszy. Powieściowe wydarzenia obejmują „sto lat nieprawości”, lata 1908-2008, z akcentem na okresy słabiej obecne literacko – stan wojenny, III RP czy budowanie komunizmu w latach dwudziestych u naszych sąsiadów. Historia i polityka wydają się być esencją tej książki i jej głównym tematem. Przy czym wydarzenia historyczne nie biorą się znikąd, stanowią raczej pochodną „walki idei”. A że idee były w XX wieku takie, jakie były (bolszewizm, psychoanaliza i wszelkiego rodzaju „antypodmiotowości”), stąd efekty znane wszystkim. Chesterton pisał zresztą, że wiek osiemnasty był wiekiem rozumu, dziewiętnasty – zdrowego rozsądku, a dwudziesty – niezwykłego nonsensu. A pisał to jeszcze przed drugą wojną światową… W każdym razie powieść Wildsteina chce ten ideowy nonsens dobitnie pokazać.

Losy powieściowych postaci cechuje raczej typowość, reprezentatywność dla doświadczeń dwudziestowiecznego Polaka, zwłaszcza inteligenta, uwikłanego w historię. Rozmach powieści, podkreślanie doniosłości historycznych przełomów, które kształtują bohaterów, sugeruje, że Czasowi niedokonanemu blisko do jakiejś narodowej epopei, tyle że umieszczonej w państwie dystopijnym (niestety, realnie istniejącym) i „niedokonanej” właśnie, niespełnionej. Wszyscy czują się wygrani, ale i przegrani zarazem – niby totalitaryzm się posypał i odszedł na śmietnik historii, tylko czemu wszyscy są tacy rozgoryczeni? Głównie przez brak poczucia sprawiedliwości dziejowej i wszechogarniające kłamstwo, na którym zbudowano III RP. Nawet porządnych mitów nie udało się zbudować, a te, co mieliśmy, poupadały z hukiem (Wałęsa, Okrągły Stół).

Wildstein daje w powieści głos dwóm podstawowym stronom polskiego sporu o prawdziwy patriotyzm, czyli „kolaborantom” i „patriotom” (określenie Rymkiewicza) tudzież „salonowi” i „konfederatom” (Ziemkiewicz, Łysiak). (rasowych komuchów spór nie dotyczy). Małżeństwo Zuzanny i Benedykta Broków nie dość, że jest polsko-żydowskie, to na dodatek „pisowsko-platformerskie”, choć para pobiera się, gdy Kaczyńscy całkiem niedawno ukradli księżyc, a Tusk bawił się żołnierzykami (zapewne niemieckimi). Ale przecież wiemy, że konflikt PO-PiSowy to kolejna odsłona nieustannej wojny polsko-polskiej trwającej od setek lat, wojny kulturowej czy światopoglądowej. Dla jednych Polska będzie zawsze za mało europejska i oświecona, dla drugich taka Polska to papuga narodów, a ostatnio nawet aksolotl (odsyłam do Twardocha), całkowicie niezdolna do myślenia w kategoriach interesu narodowego. Jedni straszą epoką saską, a drudzy Powstaniem Warszawskim. Jedni chcą zniszczyć Polskę, a drudzy Polaków.

Szanse na dogadanie się takich oponentów oczywiście są znikome, i podobnie powieściowe małżeństwo Broków, po początkowym zauroczeniu, nie może się dogadać. Wiadomo, że „oszołom” będzie w ciągłym konflikcie z „salonowcem”, w najlepszym razie przerywanym zawieszeniem broni. Zuzanna jest archetypem „walczącej” matki-Polki, wszelkie kryzysy Polski (stan wojenny czy „noc czerwcowa”) odbijają się na jej psychice depresją, a sukcesy (powstanie Solidarności, pielgrzymki papieskie czy wybory ’89) wprawiają w stan euforii. Zostając cenioną działaczką Solidarności, nabiera pewności siebie, charyzmy i odnajduje sens życia – czy to jeszcze typowość losów, czy już czarno-biały dydaktyzm, socrealizm z odwróconymi wektorami (realizm patriotyczny? konserwatywny?). Zuzanna w PRL-u widzi samo zło, a brak lustracji i radosne prowadzenie się Urbana i spółki ostatecznie przelewa czarę goryczy. Nic dziwnego, że w III RP też nie potrafi się odnaleźć.

Natomiast jej mąż, Benedykt Brok, z podejściem racjonalno-pragmatycznym, wierzy w ewolucję komunizmu (zamiast niszczycielskiej rewolucji), metodę małych kroczków, możliwość kręcenia z esbecją i ogólnie w mniejsze zło. Nie jest z przekonania ideowym komunistą, raczej racjonalistą, który nawet wstąpienie do PZPR potrafi uzasadnić, zresztą, ma gadane (i pisane; jest dziennikarzem). Skoro taka epoka historyczna nam przypadła w udziale, trudno, trzeba w miarę możliwości zmieniać ją na lepsze, a nie całkowicie negować, jak Zuzanna. Wygląda na to, że w jednak Polsce było i jest więcej Benedyktów niż Zuzann; dlatego też straszenie „demonami nacjonalizmu” mam za kompletną przesadę. A teraz i generacja Benedyktów zdaje się wymierać, żadna tam „praca u podstaw” czy dobro wspólne, era światłego liberalizmu nadeszła i każdy sobie rzepkę skrobie.

W prostej, czarno-białej optyce Zuzanny to, co robi mąż, ma jedno uzasadnienie – strach, lęk przed przegraną, niewiara w możliwość zmiany. Dla niego wszystko, co robi Zuzanna, może i moralnie słusznie, ma jedną podstawową wadę – brawurę i nieliczenie się z kosztami, z tym, że naprawdę może polać się krew, jeśli opozycja zacznie za mocno hasać. Tchórze kontra ryzykanci – kogo wybierasz, czytelniku? Tym bardziej, że gdy sytuacja się zaostrza, to ów tchórz musi wyciągać ryzykantów z tarapatów – nie jest zatem to wszystko jakoś wybitnie jednoznaczne, pomimo sympatii autora dość oczywistych. A ryzykant, trochę niechcący, topi paru „swoich”, co odbija się dożywotnim kacem moralnym. Niemniej, w powieści prostota postrzegania świata w kategoriach dobra i zła ma wydźwięk o wiele bardziej pozytywny niż inteligenckie zamiłowanie do dzielenia włosa na czworo.

Losy tej pary to rozrachunek z historią PRL, natomiast ich syn, Adam Brok, dzisiejszy trzydziestoparolatek, to już wycieczka po III RP. Adam jest rozdarty pomiędzy moralnością matki (i wuja Tadeusza, takiego powieściowego Pyjasa) a racjonalizmem ojca. Z wiarygodnością psychologiczną Adama zresztą mam jeszcze większe kłopoty – do pewnego momentu „oszołom”, z chwilą wejścia w dorosłość rzuca w diabły swoje pasje historyczne i poświęca się ekonomii, idąc z postępem i z przyszłością – przemiana jakby tytaniczna i mało wiarygodna (i potwierdzająca niechcący tezę o infantylizmie patriotyzmu „walczącego”, z którego się w końcu wyrasta). Adam w ekspresowym tempie dołącza do elity światowej finansjery (jak bohaterowie Dukaja czy Ayn Rand). Niemniej, ów ”patriotyzm”, ”moheryzm” nie daje się do końca wyrugować ze świadomości i w momentach próby daje o sobie znać. Brudny świat rosyjskiej polityki i polskich mediów jednak nie dla niego.

Może powieść jest też taką grą idei (polskich tradycji) – „romantyzm” (po matce) i „pozytywizm” (po ojcu), które spotykają się w Adamie. Należy połączyć przeciwieństwa, jesteśmy i jednym i drugim. Historię mieliśmy tak pokręconą, że każda strona bez trudu znajdzie argumenty na poparcie swojego stanowiska, tym bardziej, że nasza „strategia przetrwania” zależy głównie od sytuacji geopolitycznej, czyli od innych graczy. A dzisiaj, odnoszę wrażenie, pozbyliśmy się skutecznie obu tych tradycji. A przynajmniej tego, co było w nich dobre i szlachetne, zostawiając to, co gorszej próby.

Losy postaci drugo- i trzecioplanowych też służą ukazaniu jakichś typowych schematów peerelowskich biografii. Tadeusz to typowy PRL-owski „powstaniec”, udzielający się w manifestacjach, co kończy się tragicznie (Pyjas, Popiełuszko). Jedną z postaci dotyka „syndrom sztokholmski” czyli miłość do byłego ubeka, który ją za PRL wsadził za kratki, a na początku lat dziewięćdziesiątych pomógł odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Są gangsterzy korzystający z chaosu transformacyjnego, są dawni opozycjoniści, którzy dokonali zdumiewającej wolty światopoglądowej, są dzisiejsi ultraliberalni dziennikarze – Czas niedokonany ma ambicje ukazania przekroju społeczeństwa i ról, które na Polakach wymusiła i wymusza historia. Oczywiście nie mogło zabraknąć problemu lustracji i „bycia TW”, tu też Wildstein przedstawia kilka postaw, i choć generalnie wymowa jest oczywiście prolustracyjna, to Wildstein ukazuje różne metody kiwania esbecji i bycia kiwanym przez nią. Powieściowy TW okazuje się ściemniać jak bohater Życia na podsłuchu, a podsuniętą radykalnej opozycjonistce i nieopatrznie podpisaną przez nią lojalkę wykorzystują dziś perfidnie przeciwnicy lustracji. Owszem, współpraca współpracy nierówna, ale zamiecenie problemu pod dywan jest najgorszym rozwiązaniem i absolutną gwarancją niedotarcia do prawdy.

Poza historią Polski mamy w powieści też dwa wątki rosyjskie – budowa komunizmu rękami Jakuba Broka (stryja Benedykta) wyraźnie pokazuje, przez czym uchronił Polskę Piłsudski w 1920, a wątek interesów biznesowych z Rosją dzisiejszą (mafia plus postkomuniści) też jakoś i Polski dotyczy – na zasadzie podobieństwa mechanizmów i niepokojąco bliskiej nam mentalności (azjatyckiej?). Głos ma też ojciec Benedykta, również nazywający się Adam, który pokazuje nam międzywojenny świat (z naciskiem na Polskę). Jego to duchowy rozwój jest symptomatyczny dla inteligenta, który nie boi się myśleć – zafascynowany nowymi ideami potrafi jednak w pewnym momencie poddać je krytyce i przyznać, że mógł jednak się mylić. Jego opowieść to młot na freudowską psychoanalizę, która w powieści ukazana jest jako sekciarska religia, i okazuje się nie lekarstwem, a przyczyną nerwic. Jej to zawdzięczamy przeniesienie etyki w sferę „nauki” i ogólnie drogę donikąd. Też nie lubię psychoanalizy (jeśli już, to wolę jungowską) i mam ją za jakąś ćwierćprawdę o człowieku, ale podejście autora jest tu jednak nieobiektywne. Natomiast brat Adama, Jakub, uczestniczy w narodzinach bolszewizmu, początkowo nim zafascynowany, potem próbujący jakoś racjonalizować i tłumaczyć niesamowite okrucieństwo bolszewików (czym? oczywiście budową nowego, lepszego świata), nareszcie spisujący swoje przeżycia w pamiętniku, dla potomnych, ku przestrodze.

Smutna to powieść, nikt właściwie nie odnosi sukcesu, więcej – w parze z dojrzewaniem duchowym idzie często świadome jego wyrzeknięcie się. Wiele retrospekcji to monologi, spowiedzi osób na łożu śmierci, zresztą, i tak w powieści często pogrzeb goni pogrzeb. Przegrywają ci wierzący w komunizm (bo upadł), w „Solidarność” (bo powrót do władzy postkomunistów był szokiem, patrz reakcja Rymkiewicza w 1995 roku), w sukces, (bo ten w świecie polityki, biznesu, mediów często oznacza „po trupach do celu”). Małżeństwa się rozpadają, dzieci nie rozumieją rodziców, przyjaciele nas opuszczają i dołączają do grona wrogów, sprawiedliwości nie staje się zadość, więcej, dążenie do prawdy może skończyć się więzieniem.

Powieść jest też na poziomie idei krytyką postpolityki, postmodernizmu i postczłowieka, który będzie „kreował sam siebie i uwolni się od determinantów. Tożsamości (narodowej, religijnej, płciowej) nie da się zmieniać tak jak ubrania” – przekonuje autor Czasu niedokonanego. Cóż, mądrzejszy o taką np. Linię oporu Dukaja twierdzę, że jednak się da, i to owa możliwość zabawy garderobą będzie postczłowieka definiowała. Doskonale zresztą rozumiem lęki konserwatysty przed takim człowiekiem przyszłości.

Właśnie jako powieść idei Czas niedokonany sprawdza się najsłabiej, albo wyważając otwarte drzwi, albo krytykując to, co jeszcze jest w powijakach (choć „przełożenie” idei na fabułę i bohaterów jest udane). Jeśli traktować postacie jako reprezentatywne dla pewnych idei, tradycji, dróg rozwoju – jest dobrze, ale czysto psychologiczna wiarygodność czasem na tym cierpi, ponieważ postacie i ich losy wyglądają na kreowane pod założone z góry tezy. Mi to specjalnie nie przeszkadzało, przypominało zresztą nawet polską fantastykę socjologiczną (czy dickowską) z bohaterami uwięzionymi w kłamstwie, w matriksie, gdzie świętym Graalem jest głęboko ukryta prawda o świecie. Natomiast jako powieść historyczna czy polityczna, pokazująca typowe postawy Polaków wobec władzy, ich dylematy, mentalność, niuanse polskiej duszy, która też jest, niestety, po części „kolaborancka” – powieść jest znakomita. Choć sympatie autora są powszechnie znane, daj Boże, żeby lewicowi autorzy tak pisali o polskiej niedawnej i obecnej historii. Jakoś nie piszą, wolą wylewać kubły pomyj na „moherów”, tudzież historię mają w nosie. Do refleksji skłania powieściowa wzmianka o hucznych obchodach 300-lecia dynastii Romanowów w 1913 roku – nieśmiertelny carat miał jeszcze trwać długie wieki. My też właśnie świętujemy coś podobnego, mianowicie 11 listopada; dzisiaj polska niepodległość wydaje się mniej trwała niż cesarstwo rosyjskie sto lat temu – oby jednak nasi nadworni kasandryści nie mieli racji. Cóż, nawet to święto jest dla lewicy pretekstem do idiotycznej wojny polsko-polskiej z urojonym faszyzmem. Niewykluczone, że dożyjemy czasów, gdy naprawdę nie będzie już czego świętować.

Bronisław Wildstein, Czas niedokonany, Poznań 2011.