Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2018

Bajka o pastorze i wiedźminie

Pierwszy września nastrajał mnie zawsze bardziej depresyjnie niż Walentynki, Wigilia i Sylwester razem wzięte, i tak zostało, choć edukację instytucjonalną mam dawno za sobą. "Summer almost gone", jak śpiewał Jim Morrison, tyle że bez "almost". Może naczytałem się w gówniarskim wieku lamentów podstarzałych hippisów w "Tylko Rocku", jojczących nad własną minioną młodością, to potem odbiło mi się to czkawką i przejściem do podobno wiecznie młodej duchem fantastyki? Nawet by pasowało, skoro inicjacja w rock przypadła na bardziej szczeniackie lata niż inicjacja w fantastykę. Namiętne kupowanie "Nowej Fantastyki" to rok 1995+ (przedtem - okazjonalne), ale "Tylko Rock" miałem komplet od początku (rok 1991?), czemu towarzyszyło kupowanie hurtem kaset Taktu zgodnie z wytycznymi redaktorów, którzy przecież wiedzieli, co dobre i dlaczego Guns'n Roses jest cool, trendy i jazzy, ale Bon Jovi to obciach, kiła i żenada. Zahaczyłem nawet o tak dziś obce mentalnie rzeczy jak Joy Division i The Cure, łykało się wszystko, co panowie redaktorzy polecali. Dziś został się z tego ino Queen i King Crimson, Nirvany nie dam rady słuchać, Gunsów - czasem owszem. Ale to licealne czasy, fantastykę odkryłem ciut potem, pierwsza lektura Tolkiena to gdzieś 3-4 klasa, podobnie Diuna i, haha, Xanth (czytało się to najlepiej, choć z pełną świadomością, że dziecinada). Potem Dick, Sapkowski i poleciało. Oczywiście skrajnie upraszczam tezę, że rock to dół i depresja, a fantastyka to radocha i fun, tym bardziej, że i w fantastyce ciągnie mnie do mroku, byle w umiarkowanych dawkach (King czy Gaiman - tak, Masterton i Ketchum - nie, Lovecrafta też nie udało mi się polubić).

Dziś o kolejne złapanie doła tym łatwiej, że zaczyna w moim przypadku mijać już nie tylko lato kalendarzowe, ale te metaforyczno-życiowe. Testując możliwości własne i czytelników postaram się wrócić do blogowania i wrzucać tu swoje refleksje - może regularnie, co tydzień, zobaczymy jak wyjdzie. Odkąd parę lat temu umożliwiono mi gościnne występy na łamach wnas.pl, zarzuciłem wrzucanie na bloga czegokolwiek, zresztą, fejsbuk skutecznie dobił blogowanie, a na razie nie widać kandydatów na dobicie fejsbuka. Chyba że setki małych, alternatywnych fejsbuczków...

Od paru lat przestałem też być specjalnie oczytany w fantastyce i czasy, kiedy byłem na bieżąco z tym, co się dzieje i jednocześnie łykałem klasykę to już odległa przeszłość. Przyczyn tego jest masa, bo i są inne rzeczy do czytania, bo i konkurencja filmowo-serialowo-komiksowo-growa jest silna, bo może i mózgownica nie ta. Najbardziej boję się, że po prostu umysł jest już tak nasycony setkami światów o różnych zasadach, że po prostu trudno to ogarnąć. Plączą się, wirują i kiełbaszą w głowie meta-multi-wszechświaty Dukaja, Kołodziejczaka, Grzędowicza, Piskorskiego, Maszczyszyna, Guzka, Jakuba Nowaka i setek innych autorów - a ilu wciąż nie znam, ostatnio widzę, że wydawnictwa Genius Creations czy Novae Res wydają sporo nowych autorów, streszczenia i blurby brzmią zachęcająco. Trzeba być Maćkiem Parowskim, by to ogarnąć. Reguł nie ma żadnych, fantastyka stała się "krainą wszechmożliwości", musi podkręcać bębenek atrakcyjnością scenograficzną, bo rzeczywistość w pewnych aspektach przegoniła dawno fantastykę. Z drugiej strony, ma się wrażenie, że w tej krainie obfitości właściwie nie ma co czytać - nie widać na horyzoncie autora tak przebojowego i wybitnego jak Dukaj, Sapkowski, Grzędowicz. Remigiusz Mróz? Raczej nie zostanę jego czytelnikiem. Albo udziwnienia, bo hard SF doszła już do ściany i trudno jej będzie przeskoczyć samą siebie, więc zżyna z sąsiednich konwencji. Albo masówka, a ludzie i tak wolą literaturę faktu. Jeśli już wybiorą opowieść, których jest przesyt, to raczej kolejny kryminał. Albo serial. Ta niewielka grupa, która wybierze fantastykę, bo będzie jej się chciało wejść w inny świat, też wybierze to, co zna - Westeros, Śródziemie, postapo, Hogwart, World od Warcraft czy co tam.

Wstyd się przyznać, ale nawet tak klasyczny cykl jak "Pan Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza znałem dotychczas tylko z lektury dwóch pierwszych tomów. Czytałem je dawno, jakby w innej epoce (przed Smoleńskiem). Kiedyś trochę marudziłem, zdaje się, że w 2005 roku PLO ukradł Huberathowi Zajdla, którego kiedyś uwielbiałem bezkrytycznie niemal, choć szczerze mówiąc, "Miasta pod Skałą" to absolutnie przegięte dłużyzny. Czyta się Grzędowicza znakomicie, choć to bezczelna zżynka z całego worka konwencji, ale to, jak udało się połączyć - mega szacun, powieść jest jednocześnie heroic fantasy o queście władcy, który musi odbić tron, po drodze wtarabaniając się w masę kłopotów, i powieścią SF o eksploracji innej planety, gdzie eksperymentatorzy społeczni z Ziemi budujący tu paskudne totalitaryzmy (SF) to zarazem "źli bogowie" do pokonania (fantasy).

Nie udało się bez uproszczeń (czemu, do diaska, pierwsza odkryta planeta zamieszkana jest nie tylko przez humanoidów niemal ludzkich, różniących się tylko jakimiś trzeciorzędnymi pierdołami typu tętnice w innym miejscu, ale jako żywo przypomina ziemskie wikingowskie średniowiecze. No musi być taka, skoro rozgrywamy questy fantasy. Ale dramaturgia, bujna wyobraźnia (czasem rodem z Boscha czy innego horroru), budowanie napięcia, cliffhangery, postacie zapadające w pamięć - wszystko to piękne, nawet masa wypełniaczy średnio popychających fabułę jakoś nie przeszkadza. No i te libertariańskie akcenty przekazywane tu i ówdzie, ach, ta strrraszna prrrawicowa polska fantastyka. W tym świecie nie mieć broni to jak nie mieć ręki, Unia Europejska to "sto nadopiekuńczych rodziców", nikt nie ma prawa dyktować nam, co mamy jeść, pić i palić. I dobry król z bajki o bystretkach z pierwszego tomu, który okazał się złym królem, bo... zapewnił poddanym obfitość pożywienia - poddani kompletnie olali rolnictwo czy polowanie, nauczyli się nic nie robić, wszystko się posypało, nastąpił chaos, bardak i ogólna roszczeniowość. To jeden z tych morałów, który rozumiem, a wciąż nie mogę przełożyć na praktykę.

Zatem Grzędowicz bardzo ok. Podczas lektury musiałem sprawdzić, co to za piosenka "Porque ta vas" z "Nakarmić kruki" Carlosa Saury, tak wszechobecna w trzecim tomie. Sprawdziłem - jasne, że znam tą piosenkę i zna ją pewnie każdy, ale filmu nie widziałem, jest to pewnie jeden z tych, które jakimś cudem przegapiłem, odhaczony do jak najszybszego nadrobienia. Sądząc po fragmencie, w którym leci ta piosenka, podoba mi się już przed obejrzeniem...

Spośród obejrzanych ostatnio filmów niezłe wrażenie zrobił "Siedem minut po północy", zrobiony jak film fantasy z potworem - drzewem (entem?) gadającym głosem Liama Neesona, który nie jest filmem fantasy. Czym jest to gigadrzewo - a czym sobie krytycy zechcą, metaforą choroby (matka chłopca choruje na raka), może jungowskim "cieniem", czyli "złą stroną" chłopca, którą ten musi  zaakceptować (podkręcony przez Neesona-drzewo chłopiec robi co i rusz demolkę albo inną rozwałkę i właściwie jest to bardzo ok, pani dyrektor nie wywala go ze szkoły, a babcia macha ręką na tornado, które przewaliło przez jej salon). Na pewno potwór nie istnieje w filmie na takiej samej zasadzie co BFG z filmu Spielberga, nawet finałowy suspens trochę podkręcający "realny status ontologiczny" potwora niewiele tu zmienia. Podobne granie potworem siedzącym w głowie postaci widziałem niedawno w "I Kill Giants", tyle że tam była dziewczyna zamiast chłopca. Wykorzystanie języka fantastyki do opowiedzenia historii, które nią nie są - lubię takie niejednoznaczności, pogranicza gatunkowe,  jak zwał tak zwał.

W "Siedmiu minutach..." jako szkatułkową opowieść w opowieści dostajemy też bajkę o pastorze i znachorze, która wygląda, jakby powstała tylko po to, by mnie zirytować i zdezorientować niczym kota z Monty Pythona. Pastor jest "człowiekiem nauki", uważa naturalne metody leczenia stosowane przez "czarownicę rodzaju męskiego" czyli aptekarza od ziół, za szarlatańskie, godne jakiegoś Zięby co najmniej. Po lawinie hejtu w kazaniach aptekarz idzie z torbami (w naszych czasach jest wręcz przeciwnie i altmed kosi niezły hajs, ale mniejsza). Ciekawe, że "aptekarz" (apothecary) to w filmie określenie, które w języku angielskim wyszło z obiegu, chłopiec rozumie tylko "farmaceutę" (pharmacist). Niestety, córki pastora ciężko chorują i są już jednymi nogami na tamtym świecie, medycyna oficjalna nie pomaga, więc - domyślacie się - pastor w desperacji leci w te pędy do aptekarza po pomoc. "Zatem jesteś gotów wyrzec się wszystkiego, w co wierzysz, by uratować córki?", "Yes, of course", odpowiada pastor. Niestety, wybrałeś złą bramkę, pada odpowiedź, nie pomogę ci, córki umierają, game over, unhappy end.

Jakimż to prawem z jakiej okrutnej bajki, zastanawiacie się pewnie. Otóż morał dostajemy taki, że pastor - uwaga - stracił wiarę, bo przychodząc do aptekarza, dał dowód, że jej nie posiada - skoro gotów był "wyrzec się wszystkiego, w co wierzy", co tu jest rozumiane zapewne jako konglomerat wierzeń religijnych i przekonań naukowych ("man of science" i "man of faith" w jednym, niemal tak ja ja). A wiara - pada dalej uzasadnienie z ekranu - to już połowa uzdrowienia. Pastor, udając się do aptekarza, w którego metody do tej pory nie wierzył i postrzegał jak jakąś wiedźmę (wiedźmina), pokazał, że właściwie pal sześć Pan Bóg i nauka. Czyli gdyby... został przy Panu Bogu i nauce, to uzyskałby pomoc od nienaukowego i "pogańskiego" aptekarza? Skoro tak, to "pogański aptekarz" przyznaje tym samym, że pastor właściwie miał rację, nawet kosząc go z interesu, bo działał w zgodzie z samym sobą - dopiero przyjście po pomoc było zwątpieniem, a to grzech największy. Cóż to za pokrętna próba wiary - i właściwie taka, której nie da się zaliczyć, widzę tu jakiś błąd logiczny - ulęgła się w głowach scenarzystów? Może tu jednak wcale nie ma błędu, tylko ja tego nie ogarniam? Oczekiwałem jakiejś, ja wiem, pochwały poświęcenia dla córek - a tu tegoż brak. Albo jednoznacznego uznania słuszności któregoś z dwóch paradygmatów. A tu zwolennik paradygmatu nr 2 uważa, że zwolennik paradygmatu nr 1 zrobił fatalny błąd, wyrzekając się własnego i uznając rację drugiej strony - czy zatem głębszy przekaz nie brzmi aby "nie zmieniaj swoich poglądów, nawet jeśli widzisz, że możesz nie mieć racji, że od ich zmiany zależy życie twoich bliskich, a twoje postępowania zahacza o fanatyzm"? 
Swoją drogą, gdyby pastor w tej opowieści był księdzem katolickim, takie próby wiary zostałyby mu oszczędzone...

"Porque te vas" z "Nakarmić kruki"

Opowieść z "Siedmiu minut po północy"




piątek, 15 lipca 2016

Proroctwo, daj Boże, fałszywe

1.
„Eurodżihad”, powieść Marcina Wolskiego powstała w 2007 roku doczekała się po ośmiu latach wznowienia, zapewne na fali obecnego kryzysu imigracyjnego. Okładkowa polecanka podkreśla profetyczność powieści – podobnie motywowano wznowienie pod koniec 2015 roku cieszącego się szacunkiem celnego futurologicznego strzału „Obozu Świętych” Jeana Raspaila. A „Uległość” Michela Houellebecqa, political fiction, która chce być profetyczna wobec (mniej więcej) 2020 roku jest dziś na ustach wszystkich, „wierzących” i „niewierzących” w islamskie zagrożenie.
Naprawdę chciałbym, żeby konserwatywni kasandryści mylili się. Żeby Jean Raspail, Lech Jęczmyk, Paweł Lisicki, Roger Scruton czy Oriana Fallaci nie mieli racji i żeby zagrożenie islamizacją okazało się mocno na wyrost. Póki co, wiek XXI zdaje się, rzeczywiście będzie wiekiem religii (jak chciał André Malraux), tyle że niekoniecznie chrześcijańskiej… Chrześcijanie są w głębokiej defensywie, za to islam rozwija się prężnie, w krajach islamskich nie mają oni nawet procenta tych praw, jakie mają muzułmanie w Europie, nie wspominając o prześladowaniach. Na korzyść islamu działa demografia i silna wiara. Nawet jeśli zasadne są paralele pomiędzy czekającym nas „przejęciem władzy” a rewolucją bolszewicką sprzed wieku, to bolszewicy nie byli tak liczni ani tak chętni, by ginąć w samobójczych zamachach. Zatem, zanim czekają nas świetlane lata transhumanizmu, nieśmiertelności i powszechnego dobrobytu (tudzież mroki korporacyjnego cyberpunku), czeka nas rozprawa z wojującym islamizmem.


2.

Wolski ma nieprzyzwoicie wręcz lekkie pióro, a przecież w swych powieściach mierzy się z diabelnie ważnymi kwestiami. I tym razem fabuła byłaby kawałkiem niezłego filmu sensacyjnego. Jak na porządny pop przystało, „Eurodżihad” żywi się spiskiem i „spiskowymi teoriami dziejów”, które na szczęście lub nieszczęście wymykają się swym twórcom z rąk. Oto prezydent Francji Victor Mitrei (powieściowy odpowiednik Nicholasa Sarkozy’ego, którym to autor jest – a przynajmniej był osiem lat temu – wyraźnie zafascynowany jako politycznym „jastrzębiem” i „silnym przywódcą”), widząc zagrożenie islamizacją, wraz ze swym totumfackim André Vatelem potajemnie kreuje organizację, która sama będzie dokonywać „kontrolowanych aktów terroryzmu”, by nastawić społeczeństwo antyislamsko i dać zielone światło radykalnym posunięciom odwetowym. Jednym słowem po to, by z ospałych Europejczyków uczynić mentalnych krzyżowców… Lech Jęczmyk uznałby taki scenariusz za wielce prawdopodobny też w realnej, zakulisowej polityce – sam nie wykluczał, że za 9/11 stali Amerykanie, w identyczny sposób kreując wroga, jak w przypadku „podbijania bębenka” w sytuacji zagrożenia komunizmem i nazizmem.
Niestety, w powieści Wolskiego spisek nie do końca się udaje, terroryści nie są tak sterowni jak oczekiwano i po kolejnych roszadach w Eurodżihadzie do władzy dochodzą prawdziwy islamscy fanatycy, którzy nie mają zamiaru się obcyndalać i zamierzają dokonać „mocnego uderzenia”, przy którym zblednie nie tylko 9/11, ale Hiroszima i Nagasaki razem wzięte… Fanatycy owi głusi są nawet na opinie, że ich zamach nastroi Zachód skrajnie antyislamistycznie i sprowokuje odwet. Na szczęście inicjatywę przejmuje dzielny polski hydraulik – zarazem były policjant – i choć chcący i niechcący robi sobie tabuny wrogów i jest ścigany tak przez policję, jak dżihadystów, to próbuje odszukać szefostwo Eurodżihadu. Przy okazji montuje grupę przyjaciół, w tym obowiązkową przedstawicielkę płci pięknej.


3.

Wolski jako krytyk „rozpasanej Europy”, dekadenckiej i rozwiązłej, jest jednak dość niewiarygodny, zważywszy, że ma „zdrowe” podejście do seksu w swoich powieściach, gdzie „momenty” są niejako obowiązkowe. Ciekawe, że w tej powieści wyraźnie rozgrzesza przynależność do PZPR, argumentując (i on, i ś. p. Edmund Wnuk-Lipiński mają za sobą partyjny epizod), że tylko „od wewnątrz” można było niejako myśleć o zniszczeniu systemu. Czyżby znowu wallenrodyzm?
Jest w powieści ciekawe napięcie – co jest, a co nie jest usprawiedliwione; jakiego rodzaju „wallenrodyzmy” w szeregach wroga są dopuszczalne, na ile można manipulować opinią publiczną, jaka dawka politycznej hipokryzji jest niezbędna. Trudno wyciągać z tej sensacyjnej powieści jakieś daleko idące wnioski dotyczące etyki, niemniej narzuca się w niej wniosek, że taki „terroryzm kontrolowany”, będący pretekstem do wypowiedzenia wojny, generalnie jest jak najbardziej słuszny. Gdyby taki niewielki akt terroryzmu się udał, gdyby ucierpieć miała jedynie niewielka grupa – w tym przypadku mniejszości seksualne i etniczne (parada gejów i Żydzi jadący pociągiem) – to właściwie… czemuż by nie? Problemem jest więc nie tyle nie spiskowanie w szlachetnej sprawie, ale to, że spiski rzadko się udają i zazwyczaj wymykają się twórcom z rąk. Pisze Wolski w dopisanym w 2015 roku wstępie pocieszająco o obecnej fali uchodźców, że „niecierpliwość muzułmanów i otwarta inwazja pozwalają liczyć na otrzeźwienie”. Może więc byłoby rzeczą słuszną i pożądaną, gdyby ktoś w realu nam zmontował „kryzys emigracyjny”, Charlie Hebdo i grudniowe zamachy w Paryżu? Mechanizm „kreowania wroga” jest słuszny, jeśli wróg jest realny, a nikt nie chce przyjąć tego do wiadomości?
Ale i tak nie wszyscy są przekonani, że prawdziwi islamiści stanowią realne niebezpieczeństwo – niektórych nie przekona i sto zamachów. Zamiast mechanizmu „kreowania wroga” w rzeczywistości mamy raczej niedostrzeganie go, banalizowanie zagrożenia w imię dogmatów tolerancji, walki z uprzedzeniami i ksenofobią. Dla liberałów i lewicy większym wrogiem od islamu jest w końcu prawica, co świetnie pokazał Houellebecq w „Uległości”. Konserwatyzm, Zachód, chrześcijaństwo jest rzekomo większym zagrożeniem niż islam… I Kościół Katolicki, który powinien być siłą duchową w zderzeniu cywilizacji.


4.

Paweł Lisicki w skądinąd świetnej książce „Dżihad i samozagłada Zachodu” za obecny kryzys i rozzuchwalenie się islamistów obwinia właśnie… Kościół Katolicki. W jego opinii jest on bardziej politycznie poprawny niż „Gazeta Wyborcza”, już nie głosi Ewangelii, tylko „prowadzi dialog”, kolejni papieże modlą się w meczetach i całują Koran. Lisicki nie oszczędza przy tym gorzkich słów wobec Jana Pawła II. Papieże zamiast, jak w przeszłości, „montować koalicje”, skupiają się na tolerancji wobec wszystkich religii (czytaj: błędów) i nawoływaniu do pokoju. W przeciwieństwie do Lisickiego Wolski nie jest bardziej papieski od papieży, zresztą szacunek do Jana Pawła II widoczny jest niemal w każdej jego powieści (choć jestem ciekaw, co napisałby o bardzo „dialogicznej” postawie papieża Franciszka, gdyby pisał powieść dzisiaj). W „Eurodżihadzie” celem ataku jest zresztą Rzym, a data – 13 maja – jest symboliczną zemstą na chrześcijaństwie. Kryzys Kościoła nie wynika z tego powodu, że jest on autorytarny i miesza się do polityki tylko przeciwnie – politykę sobie odpuścił, utracił przekonanie o własnej racji, stąd rozczarowani ludzie szukają sacrum Bóg wie gdzie – czasem także… w islamie. Problem z islamem, pisze Lisicki (a i pisał kiedyś Huberath), jest to, że Allach, nadto transcendentny, wyklucza potrzebę badania praw rządzących światem – jest On aż tak wszechmocny, że nie będzie więźniem nawet praw logicznych (2+2=5), co dopiero fizyki i biologii. Status człowieka jako stworzonego „na obraz i podobieństwo Boga” jest tam okrutną herezją. Żaden dialog, żaden dramat, żaden sens historii – w islamie liczy się tylko posłuszeństwo wobec Najwyższego.


5.

Nie wiemy, jaka będzie przyszłość. Sam Houellebecq kiedyś głosił na swoją modłę nadejście dekadenckich czasów technologicznej osobliwości i transhumanizmu („Cząstki elementarne”), teraz okazało się, że islamska inwazja jest póki co poważniejszym problemem niż egzystencjalne rozterki postczłowieka. Jeszcze w „Możliwości wyspy” snuł fantazję, że fundamentalizm islamski wyparuje w ciągu pokolenia, jeśli tylko muzułmanie rozsmakują się w zachodnim dobrobycie. Na razie rację wydają się mieć „apokaliptycy”, według których Zachód (cywilizacja euroatlantycka) się wali, a właściwie całe chrześcijaństwo, nie tylko katolicyzm, przeżywa głęboki kryzys i rejteruje przed konkurencją.
Z drugiej strony – tyle imperiów silniejszych od Kościoła przepadło w odmętach historii, a wszystkie futurologiczne, profetyczne gdybania mają to do siebie, że z perspektywy czasu okazują się niewiele warte.

Marcin Wolski, Eurodżihad. Poznań 2008/2015 (II wyd.).

piątek, 1 lipca 2016

Listopad 2015 - czerwiec 2016

"Czas Fantastyki" na razie w zawieszeniu, w ostatnich numerach można znaleźć mój tekst o "Dopóki nie zgasną gwiazdy" Piotra Patykiewicza (3/2015) i "Darwinowskich paradygmatach" Dominiki Oramus (4/2015). A w internecie - 

- "Cienie moich czasów", Bronisław Wildstein;

- "Bez wyroku", Aleksander Majewski;

- "Pióra", Zbigniew Wojnarowski;

- "Królowie Dary", Ken Liu;

-"Cromwell Stone" Andreas (komiks)

Poza tym, w tym czasie przeczytałem m. in.

Benedykt XVI - Jezus z Nazaretu cz. 2
Philip K. Dick - Wbrew wskazówkom zegara
Michael Flynn - Eifelheim
Neil Gaiman - Drażliwe tematy
Joe Haldeman - Wieczna wojna
Stephen King - Dallas '63
Rafał Kosik - Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi
Kroki w nieznane 2009, 2010, 2011, 2012, 2014 (antologie)
Jak Kracik - Chrześcijaństwo kontra magia
Legendy polskie (antologia)
C. S. Lewis - O modlitwie. Listy do Malkolma
C. S. Lewis - Przebudzony umysł
Paweł Lisicki - Dżihad i samozagłada Zachodu
Jakub Małecki - Dygot
Paweł Matuszek - Kamienna ćma
Marek Miller - Papież i generał
Motywy religijne we współczesnej fantastyce (antologia)
Anthony Peake - Philip K. Dick
Christopher Priest - Rozłąka
Antonio Spadaro - Cyberteologia. Chrześcijaństwo w dobie internetu
Marcin Wolski - Eurodżihad
Rafał A. Ziemkiewicz - Życie seksualne lemingów

Incal; Final Incal, Castaka (komiks)

Najbardziej "moją" książką fantastyczną był "Eiffelheim" Flynna - choć w tym przypadku nie byłem zaskoczony. Większą niespodzianką była radocha z lektury pierwszego tomu "Felixa, Neta i Niki" Rafała Kosika - ani chybi dziecinnieję z wiekiem ;). Kolejne tomy czekają. 
Większość tytułów jest co najmniej przyzwoita - staram się nie wybierać chłamu. "Dygot" Małeckiego, "Rozłąka" Priesta, "Papież i generał" Millera - tu satysfakcja czytelnicza sięgała chyba najwyżej, o dziwo bardziej niż przy "Kamiennej ćmie" Matuszka czy "Drażliwych tematach' Gaimana. Przy antologiach "Kroki w nieznane" i "Legendy polskie" też byłem mocno kontent. Aha, Paweł Lisicki wygrywa w kategorii "non fiction". Potem C. S. Lewis i, mimo wszystko, ks. Kracik.
















wtorek, 3 listopada 2015

Lipiec - październik 2015

Mniej pisania ostatnio, ale co nieco i owszem.

Piotr Patykiewicz "Dopóki nie zgasną gwiazdy" - "Czas Fantastyki" 3/2015

Roger Scruton "Oblicze Boga"

Dinesh D'Souza "Wybaczyć Ameryce"

Krzysztof Kłopotowski "Geniusz Żydów na polski rozum"

Szczepan Twardoch "Wieloryby i ćmy"

Zadebiutowałem też na skrzydełku "Agendy 21" Glenna Becka i Harriet Parke....

piątek, 3 lipca 2015

Maj - Czerwiec 2015


Marcin Wolski "Dzień zapłaty"

Marcin Wolski "Striptiz Nadredaktora"

David Cronenberg "Skonsumowana"

"Wielkie oczy" (film)

"Czas Fantastyki" 1/2015 - recenzje:

"Biała Reduta T. 1" Tomasz Kołodziejczak
"Utopie" Konrad T. Lewandowski
"Drach" Szczepan Twardoch





wtorek, 30 września 2014

Wrzesień 2014

Pokłosie września - pięć zrecenzowanych książek, dwa filmy i jeden serial.

Filmy - Medicus i Pod skórą, serial Penny Dreadful;

Książki - "zaświatowe" fantasy, czyli Szczęśliwa godzina w piekle Tada Williamsa i Na drugą stronę Anny Kendall (Nancy Kress), romantyczny kryminał czyli Kamienne twarze, marmurowe serca Rafała Dębskiego, powieść o holokauście - Tajemnica mojej matki Jenny L. Witterick, no i kontynuacja powieści Janusza A. Zajdla, czyli Drugie spojrzenie na planetę Ksi Marcina Kowalczyka.

Nie piszę recenzji z czytanych równolegle "Rakietowych szlaków" w wyborze Jęczmyka i Sedeńki (cztery tomy za mną) - trochę dla przypomnienia, trochę dla załatania dziur w żelaznym kanonie SF. Antologia rewelacyjna.

Plany na październik (jak zwykle ambitne ;) :

-Mariusz Bechta, Pogrom czy odwet
-Michał Chaberek OP - Kościół a ewolucja + Stworzenie czy ewolucja?
-Guillermo Del Toro, Chuck Hogan - Wirus (+ serial The Strain)
-Mira Grant - Blackout (trzeci tom Przeglądu Końca Świata)
-C.S. Lewis - Przebudzony umysł
-Kate Elliott - cykl Korona gwiazd (piąty tom się ukazał)
-Elżbieta Cherezińska - Niewidzialna korona
-Django Wexler - Tysiąc imion
-Warren Ellis - Wzorzec zbrodni
-Nathan Belofsky - Jak dawniej leczono



sobota, 31 maja 2014

Maj 2014 - podsumowanie

Maj, maj i po maju. Pisałem o:


-filmie "Igrzyska śmierci" - W pierścieniu ognia" tutaj

-filmie "Ja, Frankenstein" tutaj

-filmie "Sekretne życie Waltera Mitty" tutaj

-powieści Dicka "Marsjański poślizg w czasie" tutaj

-powieści Cezarego Zbierzchowskiego "Holocaust F" tutaj

-książce Rogera Scrutona "Co znaczy konserwatyzm" tutaj

 






czwartek, 1 maja 2014

Kwiecień 2014 - podsumowanie

Co w kwietniu - dwa wpisy okolicznościowe:

- "smoleński" (krótko o pięciu powieściach) tutaj
- wielkanocno-tolkienowski tutaj

Film "Snowpiercer. Arka przyszłości" tutaj

Serial "Person of Interest", pierwszy sezon - tutaj

Dokończony komiks o Noem (3. i 4. tom) tutaj

Książki:
Rafał Dębski "Światło cieni" tutaj
Tad Williams "Brudne ulice nieba" tutaj
Robert Ziębiński "Stephen King. Sprzedawca strachu" tutaj

 






niedziela, 29 grudnia 2013

Hobbit, Jęczmyk, Jaruzelski i post-apo

Nazbierało się w grudniu parę tekstów.

O autobiograficznej książce Lecha Jęczmyka tutaj

O antologii Powergraphu "Rok po końcu świata" tutaj

O drugiej odsłonie filmowego Hobbita tutaj

O fantastycznym stanie wojennym tutaj

Polecałem też fantastykę jako prezenty pod choinkę tutaj



sobota, 30 listopada 2013

Blaski Słowian, cienie Piastów

O książkach Cherezińskiej i Jabłońskiego tutaj


o "Cieniorycie" tutaj

Nawet znów jakiś film zrecenzowałem ("Świat w płomieniach"), jeśli ktoś ciekaw, to tutaj





sobota, 2 listopada 2013

Quo vadis, Orbitowski

Dwie nowe książki - "Szczęśliwa ziemia" Łukasza Orbitowskiego (tutaj)  i wznowione "Quo vadis. Trzecie tysiąclecie" Martina Abrama (tutaj)



sobota, 19 października 2013

Obłęd 1863?



„Gambit Wielopolskiego” to może najbardziej prowokacyjna, ze względu na skrajną prorosyjskość, alternatywa z bardzo ciekawej serii „Zwrotnice czasu”. Niby mamy wiek XXII, ale łatwo o tym zapomnieć – to raczej XIX wiek ozdobiony (trochę bez ładu i składu) mnóstwem cyberpunkowych gadżetów, głównie militarnych – drony, raptory, transformowane karabiny, sprzężone lasery, bioniczne siatki maskujące, biokomputery i Infranet. Pomimo tej supertechniki wciąż mamy przed oczami naszych dziewiętnastowiecznych przodków, podróżujących przez Rosję i toczących długie Polaków rozmowy o historii i polityce, a nie dukajowych postludzi.

Powieść jest prowokacją naprawdę mocną; gdyby Powstanie Styczniowe było mniej odległe w czasie, książka nie należała do fantastyki, a autor miał większy talent literacki, powieść wywołałaby burzę podobną do tej sprowokowanej niedawno przez Zychowicza. W świecie „Gambitu” superkomputery z petersburskiego Centrum Symulacji Rzeczywistości przewidują różne wersje historii, dzięki czemu można nią kierować, wybierając najlepszy wariant (kłania się Asimov i „Fundacja”). Imperium Romanowów trwa w najlepsze, w wersji co prawda dość przyjaznej dla obywateli, ale Polakom i tak marzą się powstania i zamachy. Były spiskowiec, twórca „Niepodległej”, kapitan Andrzej Czachowski przekonuje obecnego terrorystę/powstańca (niepotrzebne skreślić) porucznika Różyckiego o bezsensie walki zbrojnej. Argumentem jest potencjalnie możliwy świat z Powstaniem Styczniowym (czyli nasz) – koszmar nad koszmarami, nasilone represje, a potem XX wiek i bolszewicy (gdyby nie było Powstania, nie byłoby bolszewików… teza dość dyskusyjna). Za to w świecie powieści Polacy co prawda niepodległości nie mają, ale z dumą trzęsą rosyjską Dumą i gospodarką, a nawet mają szansę na wejście w rodowe mariaże z dynastią Romanowów. Istnieje co prawda Euroland, ale Anglicy, Niemcy i Francuzi generalnie mają nas w de i najlepszym wyjściem jest unia polsko-rosyjska, satysfakcjonująca obie strony…

W jaki sposób nie dopuszczono w powieści do zaistnienia naszej wersji historii? Otóż w XIX wieku margrabia Wielopolski (postać historyczna), by nie dopuścić do powstania, wymordował jego rzeczywistych i potencjalnych (!) przywódców. To mi niepokojąco przypomina „Raport mniejszości” Dicka, ale zamiast penalizacji przestępców przed zbrodnią, co ośmieszył Dick, mamy opatrzone znakiem pozytywnym unicestwianie zawczasu Hitlerów, Piłsudskich i wszystkich popełniających „zbrodnię na historii”. W powieści determinizm historyczny nie jest zresztą stuprocentowy – przestawiać historyczne zwrotnice mogą jokerzy (najwięcej wśród nich Polaków), którym jest też wspomniany Różycki. Cóż, historyczna niestabilność zawdzięczana Polakom to akurat pomysł dość ciekawy…

Przyznać jednak trzeba, że autor, będąc historykiem, bezlitośnie przypomina zapomniane fakty z dziewiętnastowiecznej historii. Nikt Powstania Styczniowego nie popierał, ani chłopi, ani mieszczanie, ani nawet… jego przywódcy (Chłopicki, Skrzynecki, Sowiński). Sześć tysięcy fatalnie uzbrojonych powstańców raczej nie zagrażało stutysięcznej armii rosyjskiej. Finansowo Polacy hojniej wsparli cara – milion rubli z okazji przyjazdu do Warszawy Mikołaja II w 1897 roku – niż niepodległościowy Skarb Narodowy uzbierał przez dekadę. 

Nie znaczy to, że książka potępia każdą walkę o niepodległość – według autora szansę na udane powstanie mieliśmy chociażby w roku 1829, ale nie wykorzystaliśmy przychylnej koniunktury. Poza tym w opowiadaniu „Archiwum” tegoż autora („Nowa Fantastyka” 8 / 2013) Przechrzta mierzy się z Powstaniem Warszawskim i polemizuje z Zychowiczem, przychylając się do opinii Normana Daviesa o winie po stronie koalicjantów. Styczniowe było nieracjonalne, a Warszawskie – przeciwnie. 

Przeciwny inny punkt widzenia prezentuje Konrad T. Lewandowski. Ten w powieści „Anioły muszą odejść” dla odmiany brutalnie rozprawił się z (bez)sensem Powstania Warszawskiego, ale w „Orle bielszym niż gołębica” (kolejny tom „Zwrotnic czasu”) jest wobec Powstania Styczniowego zaskakująco przychylny. Ale o tym w innym miejscu.

Adam Przechrzta, Gambit Wielopolskiego. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013.