środa, 24 lipca 2013

Zombie i inne horrory


Obejrzałem dobry serial - American Horror Story, wrażenia tutaj


Przeczytałem sławną "Wojnę Zombie" czy też "World War Z" Mela Brooksa, recenzja tutaj




środa, 10 lipca 2013

wtorek, 2 lipca 2013

Czerwona mgła, "The Americans" i Nowe Średniowiecze

Pojawiło się kilka moich nowych tekstów.


O Jęczmyku piszę tutaj.

O Czerwonej mgle Kołodziejczaka w nowym "Czasie Fantastyki" (2 2013).

O serialu The Americans (Zawód: Amerykanin) tutaj.






sobota, 8 czerwca 2013

O Dyzmie trochę inaczej

Marcin Wolski szybciej pisze książki, niż ja czytam.O kolejnej, "Prezydent von Dyzma", tutaj.



Pojawiły się nowe półki w mieszkaniu. W swojej naiwności sądziłem, że wreszcie zmieści mi się cała biblioteczka, ale zmieściło się jakieś dwie trzecie. Sporo wciąż nieprzeczytanych, ku memu zdziwieniu - "Morfina" Twardocha, "Fuga" Szostaka, "Czarne" Kańtoch, "Kamienna ćma" Matuszka, "Sensownik Matki Polski" Lewandowskiego", "Słowo i miecz" Jabłońskiego, "Korona śniegu i krwi" Cherezińskiej, "Cmentarz w Pradze" Eco, "O pięknie" Smith, "Eifelheim" Flynna, 2x Ayn Rand... A niektórzy narzekają, że nie mają co czytać, bo skończyli "Taniec ze smokami"...

















piątek, 24 maja 2013

Niedawno temu, w zamierzchłej przyszłości



Uczciwie przyznam, że Petera F. Hamiltona wcześniej nie czytałem. Trochę mnie odstraszała ilość cykli, trochę sama konwencja typowej z wyglądu space opery, a sam się trochę przeprofilowałem i w wymyślonych kosmosach szukam albo hard SF, albo religii, albo zgrywy w stylu Futuramy. Upadek smoka wyglądał zaś na samodzielny, pozaseryjny utwór, więc się skusiłem. Powieść co prawda powstała kosmicznie dawno, jak na standardy SF (2001 rok), więc jej lektura to wyprawa nie tylko w przyszłość (akcja powieści toczy się w XXIV wieku), ale i w przeszłość wyobrażeń jej dotyczących. 

Hamilton, choć tkwi korzeniami w bardzo klasycznej, kosmicznej SF, stara się ją uwspółcześnić. Zwracają uwagę rządy korporacji, nie państw czy narodów. Epoka podboju kosmosu, rozpoczęta po koniec XXI wieku, już minęła, bo odkrywanie kolejnych światów się nie opłaca, potrzeba już nie odkrywców, a biurokratów i zarządców, by zarządzać nielicznymi sterraformowanymi w pocie czoła planetami. „Nieopłacalne” planety zresztą korporacje potrafią sprzedać, a zbrojny atak na którąś z nich nazywają „realizacją aktywów”. Demokracja, owszem, istnieje, tylko nazywa się „demokracją udziałową” - chcesz poczuć się współwłaścicielem korporacji, a także mieć świadczenia socjalne i opiekę zdrowotną – wykup w niej udziały. Oczywiście każdy może to zrobić – jeśli go tylko na to stać. Czyli – ekonomia ponad wszystko. Rolnictwo upadło, syntetyczną żywność się produkuje w fabrykach-rafineriach. Gdy jedna z postaci dowiaduje się, że zjadła właśnie kawałek „żywej martwej krowy”, z miejsca wymiotuje.

Brzmi to raczej jak satyra na korporacjonizm, ale autor złośliwie (i celowo) uczynił Lawrence’a Newtona, głównego bohatera, żołnierzem Zantiu-Braun, jednej z korporacji, ubranym w Skórę (taki superkombinezon) i żyjącym szlachetnymi i niespełnionymi ideałami kosmicznego odkrywcy. Denise Ebourn, jego oponentka, stosuje wobec niego i korporacyjnych najeźdźców przybyłych na planetę Thallspring „realizować aktywa” metody właściwie terrorystyczne – ale jej też trudno nie polubić, gdyż w przerwach w zajmowaniu się terroryzmem/partyzantką jest przedszkolanką, opowiadającą dzieciakom fascynujące przypowieści o Imperium Pierścienia i kosmicznych peregrynacjach Ijona… przepraszam, niejakiego Mozarka. Póżniej owe przypowieści ładnie wplotą się we właściwą akcję utworu.

W fabułę powieści zamieszane są sztuczne inteligencje, klony, wreszcie całkiem oryginalni Obcy, których priorytetem jest wiedza, nie jednostkowe przetrwanie. Fani militarnej SF znajdą tu szczegółowe opisy walk najemników w futurystycznych kombinezonach („Skórach”) – opisy tych walk ze słabiej uzbrojonymi partyzantami przypominały mi trochę, ja wiem, Irak czy Afganistan… Jednym z postaci jest żołnierz z plutonu Newtona, nosi swojsko brzmiące imię Hal Grabowski, który zostaje perfidnie wrobiony w gwałt na córce burmistrza kosmicznego miasta. Jak na solidną cegłę przystało, powieść jest wielowątkowa, a wiele wątków (rozdziałów) to właściwie historie broniące się jako oddzielna całość – znajdziemy tu opowieść o dojrzewaniu bohatera, romans, śledztwo kryminalne, wreszcie czysto już fantastyczne wątki typu wizyta w utopijnej, ziemskiej Szkocji, gdzie ludzie „wrócili do natury”, czy podróż na planetę Santa Chico, gdzie zrobili to samo, tylko na postludzką modłę (morfogeniczność, obdarzenie świadomością elementów naturalnego środowiska – Gaja się tu kłania do samej Ziemi).

Czasem autor idzie niestety na łatwiznę. Rozdziały poświęcone przemianie Lawrence’a z nastoletniego nerda pełnego kompleksów w samca alfa i inteligentnego superżołnierza, któremu nie opiera się wymarzona dziewczyna, wyglądały mi na zaspokajanie kompensacyjnych potrzeb czytelniczych i tchnęły sztampą. Słaba jest przekładalność zmian nafaszerowanego możliwościami i supertechniką środowiska przyszłości na zmiany psychologiczne. Ludzie u Hamiltona wciąż za bardzo pozostają ludźmi, a kosmitów da się zrozumieć – więcej, czerpią oni satysfakcję z kontaktu z nami. Może to i plus, bo zakładający pewien konserwatyzm („nic nowego pod słońcem”, czy raczej „pod słońcami”; ludzkość wciąż popełnia te same błędy i ma te same słabości) i ogólne zasady kosmicznego „rozumu” nie ograniczonego do naszego antropomorfizmu, ale po lekturach Lema, Dukaja czy Petera Wattsa wydaje się to dość naiwne. To wciąż klasyczna fantastyka, która mogłaby powstać i ze dwadzieścia lat wcześniej, gdyby zastąpić część terminologii. A sama imponująca scenografia fantastycznonaukowa z pewnością szybko się zestarzeje, już teraz czytając o problemach z przepustowością łącz „puli danych” (przyszłościowego Internetu) i problemach bohatera z (legalną) dostępnością do starych seriali SF trudno się nie uśmiechnąć. A zamiast „wujka Google” mamy w powieści „zapytajki trałujące”…

Co o religii? Tu Hamilton powtarza banały o areligijnej przyszłości, gdzie bohaterowie wołają „na litość Losu”, „kogo, na Los, to obchodzi”, a „oświecony” (zapewne nie religijnie) znaczy „miły i rozsądny”, a nie „brutalny i głupi”. Nic więcej na ten temat – skąd taka zmiana języka? Wymuszona została polityczną poprawnością? Quasiboskie cechy można przypisać powieściowemu Obcemu, ze względu na jego wszechwiedzę czy samopoświęcenie się dla dobra ludzkości. To dopiero dzięki niemu mamy szansę „przerwać odwieczny ludzki cykl miłości i wojny”.

Przyznaję, że pomimo mojego zgredowego nastawienia powieść mnie wciągnęła; w swojej klasie (space opera o umiarkowanej zawartości hard SF) jest wręcz bardzo dobra. I jednak też moralnie uczciwa – eugenika, czyli pozbycie się „obciążenia dla postępu”, jakim są miliardy niebogatych osób, choćby poprzez niedopuszczenie do ich pokoleniowego odrodzenia, jest pomysłem powieściowego szwarchcharakteru. Dla Denise za to marzy się jakaś globalna wioska indywidualistów, a nano-supertechnologia ma pomóc w zbudowaniu naturalnej (raczej „postnaturalnej”) cywilizacji, globalnej wioski indywidualistów, o podkręconym IQ i odpornych na raka. Mimo wszystko i to wygląda na kolejną szlachetną utopię.



Peter F. Hamilton, Upadek smoka. Tł. Krystyna Chodorowska. Zysk i S-ka, Poznań 2012.





wtorek, 14 maja 2013

O "Carze Putinie" na wnas.pl

 Kolejny tekst na portalu wnas.pl:

 Car Putin Anny Arutunyan nie tyle jest biografią prezydenta Rosji, co po części literaturą faktu, po części dziennikarstwem śledczym z ambicjami zrozumienia i opisu mentalności rosyjskiego społeczeństwa. Autorka, dziennikarka i komentator polityczny, posiada cenną perspektywę – jest Rosjanką z pochodzenia i Amerykanką z wykształcenia. Pomimo deklarowanego na wstępie obiektywizmu czytelny jest jej zamiar przypodobania się czytelnikowi zachodniemu i rosyjskiej klasie średniej i pewne demonizowanie – może nie tyle prezydenta Rosji, co samej instytucji tamtejszej władzy. Sam Putin trochę się autorce wymyka – raz jest wszechmocnym i hipnotyzującym nadczłowiekiem, pod którego spojrzeniem drżą nogi poddanym (w tym jej samej), raz tylko zmuszonym odgrywać swą rolę sługą systemu, w którego interesie jest nieustanne podtrzymywanie iluzji boskiej wszechmocy. Bo też nie tylko o ukazanie Putina autorce chodzi, co całego współczesnego społeczeństwa rosyjskiego ze specyficznym, „wschodnim” podejściem do władzy, któremu nieobcy jest pewien mistycyzm; zresztą oryginalny tytuł powieści to The Putin Mystique. 

Całość tutaj

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Metafizyka przetestowana


Kiedy fantaści biorą się za kreowanie własnych hipotez naukowych, a tym bardziej teorii metafizycznych, przyjmowane jest to z przymrużeniem oka z powodu ich niezdrowego zamiłowania do bujania w obłokach. Bywa, że sceptycyzm wobec nich jest najzupełniej zdrowy; takie ambitne próby czasem kończą się tym, że autor SF zaczyna wierzyć we własne teorie, jak w przypadku Adama Wiśniewskiego-Snerga, a czasem owocują powstaniem nowej religii, jak w przypadku L. Rona Hubbarda i Kościoła Scjentologicznego. Ciekawszy jest przykład Philipa K. Dicka i jego metafizycznych konstruktów (VALIS) – ale w tym przypadku sam pisarz nie był pewien, czy jego epifanie to choroba psychiczna, czy mistyczne olśnienia i wolał wziąć je w literacki cudzysłów. A jeśli pisarz fantastyczny nie jest wariatem i ma do przekazania własną, oryginalną filozofię, to i tak będzie miał pod górkę, o czym świadczy przykład latami niedocenianego i niezrozumianego Lema.

Dlatego też, mam wrażenie, nikt nie wie, co zrobić z propozycją metafizyki Konrada T. Lewandowskiego i czy przypadkiem nie należy jej traktować jako kolejnego wytworu bogatej wyobraźni autora. Poza tym, by ocenić jej wartość, należałoby dzielić z autorem wszechstronną specjalizację – Lewandowski śmiało porusza się po niuansach nauk teologicznych, ścisłych i humanistycznych; erudycją historyczną i literacką również imponuje. Ocena sensowności wymagałaby zatem wiedzy zarówno o bozonie Higgsa, jak i tomistycznej filozofii, o kognitywistyce i encyklikach papieskich. U Lewandowskiego obszar zainteresowań jest nawet większy niż u Lema, który, jak przystało na dziedzica pozytywizmu, dziedzinami „nieweryfikowalnymi naukowo”, jak religie czy mitologie, specjalnie się nie interesował. Lewandowski zaś potrafi fizykę tłumaczyć przez pryzmat metafizyki i odwrotnie.

Jeszcze ważniejszą przyczyną tego braku dyskusji jest przybierana przez Lewandowskiego poza skrajnego indywidualisty i łatwość zrażania do siebie osób myślących inaczej, a już nie daj Boże utożsamiających się z jakąkolwiek wspólnotą, organizacją czy (wariant najgorszy) systemem. W zbiorze pasjonujących „esejorecenzji” Człowiek jest kością, którą gra Bóg suchej nitki nie zostawia on na lewakach (lewicowy dyskurs to nieustanne babranie się we własnej konwencji), intelektualistach (w najlepszym wypadku to konformiści, w najgorszym – faustowsko opętani ideologią, jak Heidegger czy Sartre), katolikach (wierni to otumanieni kryptopoganie, a księża wypaleni psychopaci), muzułmanach i liberałach (utopia muzułmańska i liberalna to nowe totalitaryzmy). Człowiek jest zwierzęciem stadnym – ano właśnie, zwierzęciem…

Ludzie nauki też są na celowniku. Psychologom dostaje się za to, że obecne dyskursy psychologiczne to „czysta literatura”. Humanistycznym zwolennikom postmodermizmu i dekonstrukcjonizmu pokroju Derridy zarzuca „nienawiść prawdy”. Teologom – uporczywe trzymanie się zakwestionowanego przez naukę tomizmu i hylemorfizmu, a fizykom – nadmierną wiarę w eksperyment przy jednoczesnej nieufności wobec nowych teorii (wiadomo, eksperyment należy najpierw wymyślić). Richardowi Dawkinsowi również się dostaje za naciąganą „genocentryczność”, podobnie zresztą jak wszystkim tym naukowcom, którzy z lubością kwestionują istnienie wolnej woli.

Bo też Zasada Zachowania Wolnej Woli jest podstawą metafizyki Lewandowskiego. Niby dogmat o jej posiadaniu przez człowieka znamy jeszcze z katechizmu, ale jest on wart przypomnienia, bo socjobiologia i psychologia ewolucyjna zakwestionowały jej istnienie, objaśniając w kategoriach mechanizmów ewolucyjnych nawet tak wydawało się „niezwierzęce” zachowania jak altruizm czy miłość romantyczna. Wolna wola to nie tylko cecha umysłu człowieka, a zasada organizująca wszechświat i współgrająca z ludzkimi możliwościami poznawczymi. Lewandowski uparcie szuka „furtek metafizycznych”, by dla wolnej woli zrobić miejsce (nie jest to tym samym, co szukanie „Boga-zapchajdziury”). Niemożliwość znalezienia naukowego dowodu na istnienie Boga jest jej najbardziej oczywistym przejawem, podobnie jak znalezienia naukowej „teorii wszystkiego”, która nie postawiłaby kolejnych pytań. Wszystkie dowody w rodzaju cudów czy objawień można podważyć. Dlatego Bóg objawia się prostaczkom, a nie Dawkinsowi i Lewandowskiemu – wiarygodność świadków musi być możliwa do zakwestionowania. Efektem humorystycznym tej zasady jest więc wyższość intelektualna racjonalnych argumentów ateistów nad argumentami fideistów, zwłaszcza tych pokładających wiarę w kreacjonizm – w przeciwnym wypadku niewierzący przekonywaliby się do istnienia Pana Boga niejako z musu, porażeni siłą argumentacji kreacjonistów... Niemniej, generalnie owa ZZWW opdowiada za nieustanną, choć "wahadłową" równowagę fideizm-ateizm.

Szkopuł w tym, że skoro owej zasady z założenia nie da się udowodnić „naukowo”, dla naukowca żądającego potwierdzenia eksperymentalnego jej wartość jest żadna. A i jaki pożytek z teorii, udowadniającej własną „niedowodliwość” i tłumaczącej „niewytłumaczalność” świata…

Istnieje jedno miejsce, w którymi Lewandowski czułby się na miejscu jako spełniony dyskutant. Byłby to uniwersytet, nie współczesny, o którym ma jak najgorsze zdanie, ale… średniowieczny. Pisząc o Średniowiecznych podstawach nauki nowożytnej Edwarda Granta powtarza za jej autorem, że scholastyczny nawyk myślenia i zasada wspierania się wyobraźnią przygotowały fundament dla teorii Newtona i Einsteina. Co prawda Lewandowski wydaje się nadmiernie faworyzować termin „herezja”, ale trudno się nie zgodzić, że od średniowiecza zgubiliśmy gdzieś jedność świata i zamknęli w oddzielnych dyskursach. Efektem tego naukowcy pokładający wiarę w eksperymencie, niechętni metafizyce i wyobraźni. Efektem też pewna nieufność Kościoła wobec nauki, choć moim zdaniem wyolbrzymiana przez Lewandowskiego (ale z tomizmem w XXI wieku można już dać spokój).

Uproszczenia, niekonsekwencje? Zapewne znaleźć można. Skąd zaskakujące wołanie o „nadejście Proroka”, co powinno kojarzyć się z tym, co najgorsze w religii, jakimś nieprzytomnym mesjanizmem? Skąd pochwała samopoświęcenia AK jako przykładu samorealizacji w wyższym celu przy jednoczesnym negowaniu owego „wyższego celu”, jakim jest patriotyzm i poczucie wspólnoty narodowej? Skąd takie uprzedzenie do jakiegokolwiek przejawu posłuszeństwa przy jednoczesnej pochwale „postu, modlitwy i jałmużny”? Brak posłuszeństwa częściej jest przejawem pychy niż cnotą, a pycha słusznie otwiera listę siedmiu grzechów głównych. Skąd ta zdumiewająca wiedza o „formacji kapłańskiej” (seminarium kształtujące „bezdusznych cyborgów”), wyglądająca na rodem z Faktów i Mitów, bo przecież nie z autopsji? Szafowanie wyższością intelektualną można jeszcze zrozumieć, ale wyższością moralną – niekoniecznie. Idée fixe autora to wciąż „zło strukturalne”, co jest dość efektowną intelektualnie tezą; przyzwyczailiśmy się postrzegać zło jako rozpad struktur, chaos i entropię uosabiane przez batmanowskiego Jokera; u Lewandowskiego to struktury niewolą szlachetnych indywidualistów i „heretyków”… Jednostronność spojrzenia dziwi tym bardziej, że autor niejednokrotnie głosi konieczność równowagi ortodoksji i herezji, stałości i innowacyjności.

Niemniej książka nie pozostawi obojętnych wszystkich myślących. 25 zawartych w niej esejów powstało na bazie recenzowanych książek, których tematyka zmienia się jak w kalejdoskopie (historia Ameryki, Mickiewicz i towiańszczyzna, dopełnienie lemowskiego „paszkwilu na ewolucję”, polemika z „banalnością zła” Hannah Arendt i z teorią fantastyki Rogera Caillos, ukazanie naiwności dzisiejszych „recept na szczęście”…). Mnóstwo tu anegdot, silny rys osobisty (też „pryzmat metafizyczny”) i barwny język. Większość tekstów zamieścił Czas Fantastyki; o ile wiem, jest to pierwsza książka, zawierająca publikacje z tego niedocenianego czasopisma. Obecnie są one poprawione i uaktualnione (mamy nawet świeżutką wzmiankę o piorunie, który uderzył w Bazylikę św. Piotra w dniu rezygnacji Benedykta XVI). Jak na fantastę przystało, lubi Lewandowski pospekulować też o przyszłości i transhumanizmie. W ewolucji polegającej na pozbyciu się obecnych determinizmów biologicznych nie widzi nic złego (witajcie nowe zmysły pięciowymiarowe!), ale też jest przeciwnikiem eugeniki. Choć tę zdaje się rozumieć dość wąsko i jest przeciwny eliminacji czy sterylizacji wyłącznie osób mocno upośledzonych; czasem odnosi się wrażenie, że z chęcią pozbyłby się też wszystkich myślących inaczej „systemowców”, na przykład wysyłając ich gdzieś w kosmos… (po namyśle stwierdzam jednak, że skoro autentyczni eugenicy zajmowali się też bezdomnymi i innymi „nieprzydatnymi społecznie” typami, to Lewandowski byłby jednak przeciwny i takiej jej formie – zgodnie z jego poglądami bezdomny jest cenniejszy dla „puli genetycznej” ludzkości z powodu swej „naturalnej antysystemowości” niż np. pracownik korporacji… ale eliminacja takowych to też eugenika).

Rozpoczynają i kończą książkę dwa wykłady, będące streszczeniem i dopełnieniem autorskiej metafizyki, w których autor tłumaczy takie pojęcia jak „byt”, „zmiana” czy „poznawalność” – są one świetnym wprowadzeniem w filozofię autora. To trudniejsze teksty, ale i one napisane są z iście nieakademicką pasją. Nie czuję się na tyle mocny intelektualnie, by poglądy te w tym miejscu uczciwie opisać i streścić, a co dopiero ewentualnie polemizować, zachęcam więc do osobistej lektury.

Konrad T. Lewandowski, Człowiek jest kością, którą gra Bóg. Eseje i wykłady. 2013.

Książka (e-book) do nabycia tutaj