Kiedy fantaści biorą się za kreowanie własnych hipotez naukowych, a tym
bardziej teorii metafizycznych, przyjmowane jest to z przymrużeniem oka z
powodu ich niezdrowego zamiłowania do bujania w obłokach. Bywa, że sceptycyzm
wobec nich jest najzupełniej zdrowy; takie ambitne próby czasem kończą się tym,
że autor SF zaczyna wierzyć we własne teorie, jak w przypadku Adama
Wiśniewskiego-Snerga, a czasem owocują powstaniem nowej religii, jak w
przypadku L. Rona Hubbarda i Kościoła Scjentologicznego. Ciekawszy jest
przykład Philipa K. Dicka i jego metafizycznych konstruktów (VALIS) – ale w
tym przypadku sam pisarz nie był pewien, czy jego epifanie to choroba
psychiczna, czy mistyczne olśnienia i wolał wziąć je w literacki cudzysłów. A
jeśli pisarz fantastyczny nie jest wariatem i ma do przekazania własną,
oryginalną filozofię, to i tak będzie miał pod górkę, o czym świadczy przykład
latami niedocenianego i niezrozumianego Lema.
Dlatego też, mam wrażenie, nikt nie wie, co zrobić z propozycją metafizyki
Konrada T. Lewandowskiego i czy przypadkiem nie należy jej traktować jako
kolejnego wytworu bogatej wyobraźni autora. Poza tym, by ocenić jej wartość,
należałoby dzielić z autorem wszechstronną specjalizację – Lewandowski śmiało
porusza się po niuansach nauk teologicznych, ścisłych i humanistycznych;
erudycją historyczną i literacką również imponuje. Ocena sensowności wymagałaby
zatem wiedzy zarówno o bozonie Higgsa, jak i tomistycznej filozofii, o
kognitywistyce i encyklikach papieskich. U Lewandowskiego obszar zainteresowań
jest nawet większy niż u Lema, który, jak przystało na dziedzica pozytywizmu,
dziedzinami „nieweryfikowalnymi naukowo”, jak religie czy mitologie, specjalnie
się nie interesował. Lewandowski zaś potrafi fizykę tłumaczyć przez pryzmat
metafizyki i odwrotnie.
Jeszcze ważniejszą przyczyną tego braku dyskusji jest przybierana przez
Lewandowskiego poza skrajnego indywidualisty i łatwość zrażania do siebie osób
myślących inaczej, a już nie daj Boże utożsamiających się z jakąkolwiek
wspólnotą, organizacją czy (wariant najgorszy) systemem. W zbiorze
pasjonujących „esejorecenzji” Człowiek jest kością,
którą gra Bóg suchej nitki nie zostawia on na lewakach (lewicowy dyskurs to
nieustanne babranie się we własnej konwencji), intelektualistach (w najlepszym
wypadku to konformiści, w najgorszym – faustowsko opętani ideologią, jak
Heidegger czy Sartre), katolikach (wierni to otumanieni kryptopoganie, a księża
wypaleni psychopaci), muzułmanach i liberałach (utopia muzułmańska i liberalna
to nowe totalitaryzmy). Człowiek jest zwierzęciem stadnym – ano właśnie,
zwierzęciem…
Ludzie nauki też są na celowniku. Psychologom dostaje się za to, że obecne
dyskursy psychologiczne to „czysta literatura”. Humanistycznym zwolennikom postmodermizmu
i dekonstrukcjonizmu pokroju Derridy zarzuca „nienawiść prawdy”. Teologom –
uporczywe trzymanie się zakwestionowanego przez naukę tomizmu i hylemorfizmu, a
fizykom – nadmierną wiarę w eksperyment przy jednoczesnej nieufności wobec
nowych teorii (wiadomo, eksperyment należy najpierw wymyślić). Richardowi
Dawkinsowi również się dostaje za naciąganą „genocentryczność”, podobnie
zresztą jak wszystkim tym naukowcom, którzy z lubością kwestionują istnienie
wolnej woli.
Bo też Zasada Zachowania Wolnej Woli jest podstawą metafizyki
Lewandowskiego. Niby dogmat o jej posiadaniu przez człowieka znamy jeszcze z
katechizmu, ale jest on wart przypomnienia, bo socjobiologia i psychologia
ewolucyjna zakwestionowały jej istnienie, objaśniając w kategoriach mechanizmów
ewolucyjnych nawet tak wydawało się „niezwierzęce” zachowania jak altruizm czy
miłość romantyczna. Wolna wola to nie tylko cecha umysłu człowieka, a zasada
organizująca wszechświat i współgrająca z ludzkimi możliwościami poznawczymi.
Lewandowski uparcie szuka „furtek metafizycznych”, by dla wolnej woli zrobić
miejsce (nie jest to tym samym, co szukanie „Boga-zapchajdziury”). Niemożliwość
znalezienia naukowego dowodu na istnienie Boga jest jej najbardziej oczywistym
przejawem, podobnie jak znalezienia naukowej „teorii wszystkiego”, która nie
postawiłaby kolejnych pytań. Wszystkie dowody w rodzaju cudów czy objawień
można podważyć. Dlatego Bóg objawia się prostaczkom, a nie Dawkinsowi i
Lewandowskiemu – wiarygodność świadków musi być możliwa do zakwestionowania.
Efektem humorystycznym tej zasady jest więc wyższość intelektualna
racjonalnych argumentów ateistów nad argumentami fideistów, zwłaszcza tych pokładających wiarę w kreacjonizm – w przeciwnym wypadku niewierzący przekonywaliby się do
istnienia Pana Boga niejako z musu, porażeni siłą argumentacji kreacjonistów... Niemniej, generalnie owa ZZWW opdowiada za nieustanną, choć "wahadłową" równowagę fideizm-ateizm.
Szkopuł w tym, że skoro owej zasady z założenia nie da się udowodnić „naukowo”,
dla naukowca żądającego potwierdzenia eksperymentalnego jej wartość jest żadna.
A i jaki pożytek z teorii, udowadniającej własną „niedowodliwość” i tłumaczącej
„niewytłumaczalność” świata…
Istnieje jedno miejsce, w którymi Lewandowski czułby się na miejscu jako
spełniony dyskutant. Byłby to uniwersytet, nie współczesny, o którym ma jak
najgorsze zdanie, ale… średniowieczny. Pisząc o Średniowiecznych
podstawach nauki nowożytnej Edwarda Granta powtarza za jej autorem, że
scholastyczny nawyk myślenia i zasada wspierania się wyobraźnią przygotowały
fundament dla teorii Newtona i Einsteina. Co prawda Lewandowski wydaje się
nadmiernie faworyzować termin „herezja”, ale trudno się nie zgodzić, że od
średniowiecza zgubiliśmy gdzieś jedność świata i zamknęli w oddzielnych
dyskursach. Efektem tego naukowcy pokładający wiarę w eksperymencie, niechętni
metafizyce i wyobraźni. Efektem też pewna nieufność Kościoła wobec nauki, choć
moim zdaniem wyolbrzymiana przez Lewandowskiego (ale z tomizmem w XXI wieku
można już dać spokój).
Uproszczenia, niekonsekwencje? Zapewne znaleźć można. Skąd zaskakujące
wołanie o „nadejście Proroka”, co powinno kojarzyć się z tym, co najgorsze w
religii, jakimś nieprzytomnym mesjanizmem? Skąd pochwała samopoświęcenia AK
jako przykładu samorealizacji w wyższym celu przy jednoczesnym negowaniu owego
„wyższego celu”, jakim jest patriotyzm i poczucie wspólnoty narodowej? Skąd
takie uprzedzenie do jakiegokolwiek przejawu posłuszeństwa przy jednoczesnej
pochwale „postu, modlitwy i jałmużny”? Brak posłuszeństwa częściej jest
przejawem pychy niż cnotą, a pycha słusznie otwiera listę siedmiu grzechów
głównych. Skąd ta zdumiewająca wiedza o „formacji kapłańskiej” (seminarium
kształtujące „bezdusznych cyborgów”), wyglądająca na rodem z Faktów i Mitów,
bo przecież nie z autopsji? Szafowanie wyższością intelektualną można jeszcze
zrozumieć, ale wyższością moralną – niekoniecznie. Idée fixe autora
to wciąż „zło strukturalne”, co jest dość efektowną intelektualnie tezą;
przyzwyczailiśmy się postrzegać zło jako rozpad struktur, chaos i entropię
uosabiane przez batmanowskiego Jokera; u Lewandowskiego to struktury niewolą
szlachetnych indywidualistów i „heretyków”… Jednostronność spojrzenia dziwi tym
bardziej, że autor niejednokrotnie głosi konieczność równowagi ortodoksji i
herezji, stałości i innowacyjności.
Niemniej książka nie pozostawi obojętnych wszystkich myślących. 25 zawartych
w niej esejów powstało na bazie recenzowanych książek, których tematyka zmienia
się jak w kalejdoskopie (historia Ameryki, Mickiewicz i towiańszczyzna,
dopełnienie lemowskiego „paszkwilu na ewolucję”, polemika z „banalnością zła”
Hannah Arendt i z teorią fantastyki Rogera Caillos, ukazanie naiwności
dzisiejszych „recept na szczęście”…). Mnóstwo tu anegdot, silny rys osobisty
(też „pryzmat metafizyczny”) i barwny język. Większość tekstów zamieścił Czas Fantastyki;
o ile wiem, jest to pierwsza książka, zawierająca publikacje z tego
niedocenianego czasopisma. Obecnie są one poprawione i uaktualnione (mamy nawet
świeżutką wzmiankę o piorunie, który uderzył w Bazylikę św. Piotra w dniu
rezygnacji Benedykta XVI). Jak na fantastę przystało, lubi Lewandowski
pospekulować też o przyszłości i transhumanizmie. W ewolucji polegającej na
pozbyciu się obecnych determinizmów biologicznych nie widzi nic złego (witajcie
nowe zmysły pięciowymiarowe!), ale też jest przeciwnikiem eugeniki. Choć tę
zdaje się rozumieć dość wąsko i jest przeciwny eliminacji czy sterylizacji
wyłącznie osób mocno upośledzonych; czasem odnosi się wrażenie, że z chęcią
pozbyłby się też wszystkich myślących inaczej „systemowców”, na przykład
wysyłając ich gdzieś w kosmos… (po namyśle stwierdzam jednak, że skoro
autentyczni eugenicy zajmowali się też bezdomnymi i innymi „nieprzydatnymi
społecznie” typami, to Lewandowski byłby jednak przeciwny i takiej jej formie –
zgodnie z jego poglądami bezdomny jest cenniejszy dla „puli genetycznej”
ludzkości z powodu swej „naturalnej antysystemowości” niż np. pracownik korporacji…
ale eliminacja takowych to też eugenika).
Rozpoczynają i kończą książkę dwa wykłady, będące streszczeniem i
dopełnieniem autorskiej metafizyki, w których autor tłumaczy takie pojęcia jak
„byt”, „zmiana” czy „poznawalność” – są one świetnym wprowadzeniem w filozofię
autora. To trudniejsze teksty, ale i one napisane są z iście nieakademicką
pasją. Nie czuję się na tyle mocny intelektualnie, by poglądy te w tym miejscu uczciwie
opisać i streścić, a co dopiero ewentualnie polemizować, zachęcam więc do
osobistej lektury.
Konrad T. Lewandowski, Człowiek jest kością,
którą gra Bóg. Eseje i wykłady. 2013.
Książka (e-book) do nabycia tutaj