poniedziałek, 28 maja 2012

Już w latach sześćdziesiątych przyszli barbarzyńcy

Listy Lema do Mrożka i z powrotem to dialog dwóch stojących ponad tłumem mędrców utwierdzających się nawzajem we własnej mądrości. Bywa to często irytujące, ale pewnie takie zadzieranie nosa to generalna przypadłość twórców nieprzeciętnych. Choć dość zabawne jest, że sam Lem mimochodem przyznaje, że „zawsze byłem tępawy nieco, tylko czasem potrafię nieźle udawać”, a Mrożek przyznaje, że rozumie Lema piąte przez dziesiąte, a polemizowanie z nim uważa za „stukanie dziecięcymi piąstkami w pancernik”.

W trakcie lektury zdumiewała mnie bezbrzeżna pogarda i konserwatywne podejście do świata, którego autorzy często wydają się kompletnie nie rozumieć. Lem, zaszokowany popularnością „kudłatych Beatlesów”, naśladowanie ich stylu zrównuje z „noszeniem gromnic w tyłkach, co by nawet nie przeczyło moralności, gdyby jakieś klapki w spodniach”. Mrożkowi podoba się pomysł przywrócenia kary chłosty dla brutalnej młodzieży, czym przebija pomysły niesławnego ministra edukacji Romana Giertycha. Już w roku 1965 szokuje ich seks i przemoc w filmach („świat się jeszcze brandzluje pod przykrywką sztuki ale i to minie”; „dzisiejsza popkultura to wyścigi w wystawianiu prącia” – Mrożek). Idiotyczna jest masowa turystyka, propaganda sukcesu, kult nowości. Samo pisanie, nawet mądre, też właściwie jest bez sensu – jak wiemy, według Lema powiększanie oceanu informacji tylko utrudnia dostęp do rzeczy ważnych (ciekawe, co by powiedzieli dzisiaj, w epoce blogosfery). O zachodnich reklamach, które „każą mi żreć jak świnia i nie utyć” (Mrożek) nawet nie ma co wspominać.

Nie tylko zresztą to, co masowe, jest przedmiotem miażdżącej krytyki. Także Tadeusz Kantor i Samuel Beckett („taki niesamowity bełkot, że lepiej już nie można” – Lem). Sartre i Różewicz („kryminały mogę czytać z nudów, ale ich nie dam rady” – Lem). Francuska filmowa nowa fala, czyli Godard i Truffaut (ten drugi to „cesarz hucpy i mikado pretensjonalności” – Mrożek). Roman Ingarden, którego teoria recepcji literatury to „wydumki filozofa siedzącego w fotelu” – Lem). Dürenmatt, Lowry, Andrzejewski („Idzie skacząc po górach to pseudosalonowa grafomania” – Lem) – lista sław i autorytetów sprowadzonych do parteru jest długa. Mrożek nie lubi nawet Szekspira, największą atencję przejawiając chyba wobec Gombrowicza. Ale już Witkacego Lem ceni dosyć umiarkowanie – choć „ten przynajmniej z jaj i kiełbas (jeśli to się z czymś kojarzy, to powinno) potrafił metafizykę zrobić”, to miał „osobowość bogatą, ale i dziecinną”.

Czy kogoś cenią? Ulubionym filozofem Lema jest Schopenhauer, wart lektury jest Dostojewski, Kafka i Mann, umiarkowane pochwały dostaje Herzog Bellowa. Też Grabiński („taka międzywojenna poczciwość co się na demoniactwo sili” – Lem) czy… Le Carré (Ze śmiertelnego zimna, chyba wypada przeczytać). Oczywiście Lem ceni dramaty i opowiadania Mrożka, choć czasem poddaje je surowej wiwisekcji (zwłaszcza Tango, ale, gdy utwór pokrywa się patyną ogólnego szacunku, zmienia zdanie). Mrożek twórczość Lema oczywiście chwali, choć rzadko o niej pisze coś konkretnego (o nauce i o SF właściwie nie dyskutuje, skupiając się na walorach czysto literackich) i woli Lema stąpającego twardo po ziemi (Ziemi?), tak jak w Wysokim Zamku, a na Summę technologiae reaguje długim i namiętnym manifestem antytechnologicznym czy „antypostludzkim”.

Generalnie obaj szydzą z różnych egzystencjalizmów, postmodernizmów i awangard, wykpiwają pustkę, której odkrywaniem zajmowała się lwia część literatury i sztuki dwudziestego wieku, ale też – obaj zapełnianie tej pustki mają za czynność czy to jałową, czy szkodliwą. Tacy Anglosasi zapełniają ją „bezsensownym hobby”, a inni, co gorsza, „całościową ideą”, „konsekwentnym światopoglądem” – faszyzmem, katolicyzmem, wszystko jedno. Pisze tak Mrożek, ale w innym miejscu tęskni do świata, który taką „całościową ideę” posiadał – Pax romana, uniwersalizm chrześcijański – ech, to były czasy. Stare umarło, nowe jeszcze się nie narodziło (pytanie, czy w ogóle chcemy, by się narodziło, skoro względność i absurd prawd wszelkich odkryliśmy), więc jedynym wyjściem jest marudzić nad opłakanym stanem duchowym ludzkości, jednocześnie będąc głęboko przekonanym, że lekarstwo będzie gorsze od choroby. Choć nie jest to diagnoza ogólnoświatowa; Lem mówi, że o ile na Zachodzie są fajne rzeczy (do kupienia), ale niefajni ludzie, o tyle w ZSRR właściwie odwrotnie, a Rosjanie chwaleni są właśnie za ten obcy ludziom Zachodu „głód metafizyki” (i kto to mówi…), zaspokajany zresztą przez… Solaris, i w ogóle mają bardziej zachłanne, młodzieńcze, na poły sakralne podejście do sztuki – może dlatego, że nie przeżyli ruchu awangard. Ateistyczny pisarz zaspokajający metafizyczne tęsknoty ateistycznego społeczeństwa – to dopiero science fiction.

W podejściu takim, charakterystycznym nie tylko dla Lema i Mrożka, ale dla większości dwudziestowiecznych intelektualistów, widzę jakąś skrajną niekonsekwencję – ekscesy komunizmu i faszyzmu sprawiły, że wszelka „ideowość”, „całościowość”, „metafizyka” są traktowane z najwyższą nieufnością, ale też czasem wychodzi gdzieś tęsknota za jakimś usensownieniem świata, za zapełnieniem układanki „ostatnim i najważniejszym brakującym elementem” (Mrożek przyznaje się nie do ateizmu, a do agnostycyzmu, czyli niewiedzy „w tym temacie”). Dla ludzi Zachodu alternatywą dla własnych skompromitowanych światopoglądów był i jest pozornie bezideowy new age, bo natura (ludzka też) nie znosi próżni. Lem też zresztą miał swoich „bogów”, ale to już temat na całą książkę (jedna już powstała – Bogowie Lema Marka Oramusa).

Po przeczytaniu Listów lepiej rozumiem, dlaczego Lem ignorował literackie mody i zwracał się do SF, a w lekturach ceniąc poczciwe kryminałki wyżej od Sartre’a, ale poczucie własnej wyższości uniemożliwiło mu chwalenie popkultury – a już do SF zraził się w stopniu najwyższym, bo – ani nie była taką, jaką ją wymarzył, ani też nie przyczyniła się do jego „salonowej”, „akademickiej” popularności. Pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy paperbacki Lema trafiły na międzynarodowe lotniska, uznał chyba, że taka masowa popularność i podwajający się corocznie stan konta jest czymś na otarcie łez, i jak na pisarza „z dalekiego kraju” osiągnął jednak taki sukces, o jakim reszta polskiego literackiego świata może tylko marzyć. W Polsce status salonowego mędrca osiągnął właściwie jeszcze później i choć jego sądy na temat polityki i religii (czy nawet Internetu…) czasem zaskakiwały dyletanctwem, to salon je wykorzystywał na zasadzie „argumentu z autorytetu”, który to, jak wiadomo, ma zawsze rację, bo jest autorytetem.

Kilka słów o eskapizmie – Lem w pewnym momencie przyznaje się, że o peerelowskim syfie bardzo pisać nie chce, a i na Zachodzie też nie potrafiłby się odnaleźć z powodu panującej tam wszechobecnej głupoty – więc „ponapychał rakiety kłębkami problemów” (a docenili go za rakiety, nie za problemy). Problemy te, te wszystkie fantomatyki i nowe kosmogonie były oczywiście problemami księżycowymi, co nie znaczy, że siermiężna rzeczywistość była mu obca. Sporo tego w Listach znajdziemy, walce z biurokracją i niesprawnymi samochodami poświęca on sporo miejsca. Patrząc z tej perspektywy, to dzięki takiemu „eskapizmowi” Lem nie zajmował się opisywaniem polskich odwiecznych tematów i naszym pojedynkom z historią i polityką. Podobnie, odniosłem wrażenie, „uciekał” on od samego siebie – żadnych autoanaliz psychologicznych i rozpoznawania meandrów własnej duszy (na co czasem pozwala sobie Mrożek). Świat jest ciekawszy niż ja sam, świat można próbować zrozumieć i poznać. Same lokalne uwarunkowania historyczno-geograficzne też są właściwie nudne, lepiej zająć się filozofią, nauką i przyszłością. Pewne cechy osobowościowe „pisarza SF” istniały zatem u Lema w stanie krystalicznie czystym, pomimo bezbrzeżnej pogardy wobec tej literatury i pomimo tego, że sam cenił bardziej swoje kilkusetstronicowe traktaty o wiele bardziej niż „baydoły”.

Jeśli ktoś chce poznać Lema i Mrożka od innej, bardziej osobistej strony, powinien Listy przeczytać. Czytelnik dowie się też o doli pisarza w PRL – niby ciężko, cenzura, biurokracja, głupota, ale też pewne uprzywilejowanie, większe przyzwolenie na „nierynkowe” traktowanie twórczości. Być może intelekty pokroju Lema istnieją i dzisiaj, ale nie parają się literaturą; słowo pisane straciło dziś na wartości, bycie omnibusem wszechnauk i zarazem wybitnym literatem stało się nierealne kompletnie, a na międzynarodowych lotniskach i tak rządzą paranormalne wampiry. Gdyby dołączył do nich niejaki Jacek Dukaj, nie miałbym nic przeciwko…

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek: Listy 1956-1978. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

piątek, 18 maja 2012

Fides + ratio = SF?


W najnowszym "Czasie Fantastyki" (2/2012) ukaże się mój felieton na temat "Imion Boga" Dominiki Oramus, pierwszej w Polsce tak obszernej pracy na temat powiązań religii z fantastyką. Autorka zajmuje się głównie autorami amerykańskimi, przy czym bierze na warsztat nie tylko Dicka, ale też ciężarówkę książek mniej ambitnych. Znane mi recenzje zarzucają Imionom Boga zbytni elitaryzm i przerost ambicji tudzież przechył moherowy - osobiście niczego takiego nie zauważyłem, o wiele bardziej zadzierał nosa Lem w Fantastyce i futurologii, a o wiele większy przechył moherowy cechował Tolkiena; wystarczy poczytać Listy. Wychodzi, że dzisiaj zasłużyć sobie na etykietę snoba czy katola jest o wiele łatwiej niż dawniej; czyżby rzekome wszechobecne "zaniżanie wymagań" było prawdą?

Zachęcam do lektury - i Czasu Fantastyki, i Imion Boga.

środa, 14 marca 2012

Blokowisko podwójnie straszne

Od chwili, gdy kilka lat temu po raz pierwszy zapoznałem się z twórczością Orbitowskiego, czytając Tracę ciepło, jasne było, że autor ten wyróżnia się na tle polskiej fantastyki. Czym? Otóż, fantastykę (a zwłaszcza SF) można określić jako „literaturą klasy średniej” (polecam Spór o SF, jeśli temat kogoś interesuje), gdzie w tej kategorii mieści się zarazem King z ulubionym motywem „pisarza w stanie kryzysu”, Ziemkiewicz wypowiadający się, że nie ma nic ciekawego w zwierzęcym życiu „bydląt”, czy wreszcie Wolski, Łysiak, Dukaj konsekwentni w zamiłowaniu do postaci przekształcających rzeczywistość wysiłkiem ludzkim i nadludzkim. Orbitowski natomiast wydaje się nic o tym nie wiedzieć – jego utwory zaludniają menele, żule, pijacy, narkomani, blokersi, trudna młodzież i przegrani dorośli. Jest w tym też coś „nieliterackiego”, niepokojąco autentycznego – znać, że autor o ten świat musiał się jakoś otrzeć, inaczej trudno byłoby o taką wiarygodność. Pisarze „prawicowi” omijają takie tematy szerokim łukiem, „lewicowi” stanowią w Polsce salon, więc też trudno ich podejrzewać o znajomość tematu – trzeba więc czytać Orbitowskiego dla znajomości „realu”, nie fantastyki.

Podejrzewam też, że to nie z powodu fantastyki nastąpił późniejszy (od momentu wydania Wigilijnych psów) awans autora do „literackiego” Wydawnictwa Literackiego. Głównonurtowców mógł urzec zarówno ów naturalizm, „życiowość”, jak też dosadny, krwisty język, czy wreszcie świetny storytelling, którego próżno szukać u wielu „poważnych” literatów. Cała fantastyka grozy pełni tu rolę drugorzędną wobec świetnego opisu Polaków i Polski – zarówno III RP, jak i PRL, wypełniając białe plamy polskiej literatury. Losy pisarza PRL-owskiego (Wigilijne psy) czy malarza (Angelus), nie potrafiących się odnaleźć w III RP, czy zabitego przez blokersów studenta (Kacper Kłapacz) są ciekawsze niż różne inwazje z zaświatów, które to sprawiają czasem wrażenie nadmiernej „literackości”, konceptualności.

Ale trzeba przyznać, że fantastyka grozy jest tutaj niezupełnie stereotypowa i nie sprowadza się do złego stwora, którego w finale trzeba zarżnąć; i w tym aspekcie Orbitowski jest ciekawszy od Kinga. I straszniejszy. „Tamten świat” ma tu bowiem naprawdę niepokojące możliwości – potrafi całe życie bohatera przekierować na „loserską” ścieżkę (Autostrada) czy wpędzić go w paranoję, aż nie będzie odróżniał przyjaciół od wrogów (Zmierzch rycerzy światła). Podstawową cechą „tamtego świata” wydaje się być właśnie możliwość oszustwa, dezorientacji bohatera, który w swojej naiwności nie potrafi odróżnić  tego "złego" od "dobrego" i popada w jeszcze większą kałabanię. Posągi świętych, przyjaciele, dzieci i miłe pieski pojawiające się podczas wigilii mogą być wysłannikami sił demonicznych.

Klasyczne motywy literatury grozy – nawiedzone domy (zazwyczaj zapuszczone wielkomiejskie kamienice), pakty z diabłem, opętania – tylko potęgują w opowiadaniach silniejszą od nich grozę rzeczywistości, którą cechuje prymitywna brutalność, zamiłowanie do zła i przerażający fatalizm – wobec losu, przypadku, ludzkiej głupoty i zawiści. Niby identyczny fatalizm mamy u Huberatha, ale tam, chociaż trupów i cierpienia jeszcze więcej, jest on jednak w końcu przezwyciężany lub skontrastowany z naszym, lepszym światem. U Orbitowskiego loserzy nie chcą być loserami, ale i tak się nimi stają – świat i zaświat ich oszukuje, Boga nie ma, albo jesteśmy dla Niego zbyt mali. „Tylko skąd wiesz, że Bóg myśli w kategoriach małe – duże?”, pada w książce kontrargument, ale skoro postać je wypowiadająca sama może być oszustem… to już nic nie jest pewne.

Przede mną jeszcze lektura Nadchodzi i lada dzień wydanych Widm (i Ognia), biorę w ciemno; nie do końca moja to literatura, ale wciąga jak bagno. Choć, jak się zastanowić, z opowiadań naprawdę wieje grozą. Ale przecież w końcu o to chodzi...

Łukasz Orbitowski, Wigilijne psy, wyd. Helion (Editio), Gliwice 2006.

niedziela, 11 marca 2012

Metafizycznie, postmodernistycznie, fantastycznie

Twórczość Szydy na tle polskiej fantastyki wyróżnia się może najpoważniejszym potraktowaniem motywów i dogmatów religijnych. Choć moim zdaniem Huberath jest lepszy konceptualnie, a Dukaj literacko (choć on już flirt z fantastyką religijną ma raczej za sobą), to książki autora Stroiciela ciszy i tak kupuję w ciemno.

Na dziesięć utworów pozbawiony wątków kojarzonych z religią wydaje się być właściwie tylko jeden – Wieczne oblężenie, gdzie mamy często stosowany przez autora zabieg dwóch równoległych narracji, jednej prowadzonej z perspektywy obrońcy oblężonego miasta, drugiej z punktu widzenia oblegającego; przy czym tą drugą tworzy pierwszy narrator jako fikcję, zresztą zabronioną pod karą śmierci. Stanowi to punkt wyjścia do zabaw metatekstowych w stylu Borgesa, gdzie istotą jest sama natura fikcji i aktu twórczego kreującego (jakąś) rzeczywistość. Lustra (to motyw częsty w opowiadaniach, podobnie jak księgi) występują tu zarazem dosłownie (pomagają w obronie miasta), ale też „lustrzaność” jest cechą narracji. Wieczne oblężenie jest zresztą bardziej w stylu Borgesa czy Szostaka (ze zbiorku Ględźby ropucha) niż Szydy i mniej pasuje do zbioru; chyba że za „pierwiastek metafizyczny” uznać pytanie o „boskość” aktu twórczego.

W pozostałych opowiadaniach motyw religijny jest już bardziej widoczny. Plany na przeszłość opowiadają o alternatywności jako zasadzie egzystencji. Przyszły „człowiek kwantowy” może tam pędzić jednocześnie kilka żywotów – realnie, nie wirtualnie – ale za które życie odpowiemy na Sądzie Ostatecznym, który przecież jest jeden? Musi być zatem jakieś „nadrzędne ja”, główny „administrator systemu”, pada odpowiedź. Tylko czasem, okazuje się, trudno go znaleźć.

W Osobodante mamy postawioną kwestię, jakim zmianom ulegną sfery sacrum i profanum w momencie całkowitego zaniku prywatności. Dane osobowe staną się czymś najcenniejszym, powstanie Kościół Ochrony Danych Osobowych, a „wymiana danych” między bliskimi stanie się niemal sakramentem. Brzmi to dosyć komicznie – i takie jest; zresztą, szczypta humoru i ironii cechuje właściwie każde z opowiadań, których – sygnalizuje autor – nie musimy brać tak do końca poważnie, pomimo sensownych pytań.

Ciało i krew wykorzystuje motyw świętego Graala. Szukający go na Ziemiach Jałowych rycerz Kelch herbu Calix poddawany jest kolejnym próbom o niejasnych zasadach. Konkluzją jest, że Graala nie można znaleźć; szukając, można popaść w obłęd – ale rycerz doznaje (dzięki Łasce?) epifanii i rozumie, że miał go cały czas przed oczami. Klasyczne motywy SF są w opowiadaniu przerobione „religijnie” – na swej drodze rycerz spotyka między innymi mnicha Ulricha von Frankensteina, zbierającego relikwie – części ciała świętych – by wreszcie, po skompletowaniu całości, poskładać z nich jakiegoś „nad-świętego”. Inny napotkany zakonnik ma wizję przyszłych… światów wirtualnych, gdzie nawet hostie będą wirtualne (czytaj: fałszywe).

Raport łotrów to klasyczna wariacja na temat „cofnijmy się w czasie i poznajmy prawdziwe losy Chrystusa bądź namieszajmy w nich”. Temponauci wyruszają z jakiejś mrocznej, lucyferycznej przyszłości, chcąc niejako zabić Zbawiciela w powijakach i w te pędy biegną do Heroda, co oczywiście, skutku nie odniesie (ale jakiś efekt będzie).

Jeden dzień usatysfakcjonował mnie najmniej – nałożenie schematu „głównej fabuły” Biblii (od wygnania z raju do zmartwychwstania) na jeden dzień z życia jakiejś pary w wielkomiejskiej dżungli – w tym opowiadaniu grzech dosłowności w traktowaniu Biblii jest najcięższy (radio Lebab nadaje różnymi językami; pewnego nieznajomego zabito, „choć nie trzymał z żadną z subkultur” etc.).

W utworze Po’sen. Plaga cudów autor buduje nam udziwniony, surrealistyczny świat, by spuentować to... pochwałą spowiedzi. Okazuje się, że świat ów jest wytworem umysłu mordercy, do którego udaje się pewien detektyw w celu zdobycia kluczowej dla śledztwa informacji. Tamże podszywa się on pod spowiednika, przed którym spowiada się morderca. Taka praktyka okazuje się być jak najbardziej legalnym policyjnym narzędziem, mającym na celu zdobycie informacji, której sprawca nie chciał zdradzić „w realu”. Spowiedź jest więc potraktowana dziwnie instrumentalnie, choć zapewne z dobrymi intencjami.

Fałszerze opowiadają o wszechświatowym spisku; walce dobra ze złem odpowiada tu spisek fałszerzy podmieniających całe cywilizacje na idealne kopie, „oryginały” zabierając do jakiegoś pankosmicznego muzeum. Powód – nie dopuścić do rozpowszechniania się Słowa Bożego w Kosmosie (!). Na szczęście to się nie udaje – ich przeciwnicy mają w zanadrzu jeszcze lepszą sztuczkę. To opowiadanie to jeden z jaśniejszych punktów zbioru.

Stroiciel ciszy ładnie przypomina o mistyce pustki (której „niekosmicznym” wariantem jest pustynia), już chyba nieodczuwalnej dla bombardowanego nieustannie audiowizualnymi bodźcami człowieka; może to właśnie tam, w kosmosie, jest Bóg? Bohater mknący przez kosmiczną próżnię staje się czulszy na taką potencjalną boską emanację. Okazuje się, że celem wyprawy jest opuszczona stacja orbitalna, gdzie sklonowano… Chrystusa, ponieważ znaleziono autentyczną relikwię z „DNA Boga” (!). Morał z tego taki, że metafizyki, boskości nie da się sklonować, ale przerażony konsekwencjami upublicznienia eksperymentu bohater zachowuje się tak samo jak ojciec Ruiz-Sanchez z Kwestii sumienia Blisha. Z Dziewięciu miliardów imion Boga  Clarke’a pochodzi, zmienione nieco, finałowe zdanie (Gwiazdy gasną nadchodzi Cisza). W opowiadaniu tym podobać się może pomysł „konfesjolotu”, zbierającego z planet pojemniki z grzechami i odpalającego je w specjalnie do tego celu konsekrowane gwiazdy… ale to, co podoba się fantaście, razi teologa z powodu swojej dosłowności – naprawdę o takie unicestwienie grzechów chodzi? Dla mnie w tym opowiadaniu sam pomysł kosmicznej próżni jako miejsca przebywania Boga bardziej działa na wyobraźnię niż sklonowany Chrystus i poświęcone słońca.

I wreszcie opus magnum zbiorku, Drabina i łańcuch. Czego tu nie ma! Zdecydowanie najbogatsze, najambitniejsze opowiadanie, bazujące na pomyśle skontrastowania „drabiny bytów” (niżej – zwierzęta, wyżej – anioły), o której mówił św. Augustyn, z przeciwną jej nowożytną ideą „łańcucha pokarmowego” – ot, jedni jedzą drugich, koniec filozofii. „Owa „drabinowość”, „piętrowość” „łańcuchowość” przekłada się w tekście na elementy świata przedstawionego – od drabin i łańcuchów w opowiadaniu aż się roi (znów dosłowność), społeczeństwo też jest okrutnie hierarchiczne itd. Sama narracja też sprawia wrażenie „łańcuchowej”, a przynajmniej przeplatającej się – mamy dwa podobne światy, ale o różnej podbudowie filozoficznej, gdzie w jednej czas jest złudzeniem, w drugim – przeciwnie, istnieje tylko zmiana. Techmetycy, symbolodzy, Policja Emanacyjna, Wielki Hipostator, Trwalnia, ontometry, wreszcie eklektyczne byty o różnym stopniu przemieszania „pierwiastka anhelicznego” i „animalnego” – to wręcz „fantastyka ontologiczna” czy „filozoficzna”, a nie „religijna”. Chociaż wnioski z fantastycznych hipotez już o religię zahaczają – skoro my żywimy się zwierzętami, to może dla istot duchowo wyższych (aniołów? świętych?) sami jesteśmy pokarmem? Wówczas jednak chodziłoby o „pokarm duchowy” (modlitwę). Wymagający fantaści z zacięciem filozoficznym będą opowiadaniem naprawdę usatysfakcjonowani, w polskiej fantastyce teoria „drabiny bytów” może śmiało konkurować z „teorią Nadistot” Snerga czy „zagnieżdżenia światów” Huberatha. Szkoda tylko, że opowiadanie sprawia wrażenie czasem nadmiernego chaosu, jakby się te łańcuchy z drabinami nadmiernie poplątały...

Ale i tak jest dobrze, Szyda na wyeksploatowanych, wydawałoby się, terenach znajduje nowe, rozwidlające się ścieżki. Można zarzucić to, że większość opowiadań będzie się nawet średnio oczytanemu znawcy fantastyki z kimś lub czymś kojarzyć. Mamy w książce eksperymenty i z klasyczną space operą, i z rozbuchaną „mieville’owską” surrealistyczną fantastyką, i z borgesowską fantastyką metaliteracką… śladów, nawiązań, cytatów jest tu zresztą więcej i długo by wyliczać (Sobota, Snerg, Blish…) Fabuła często wykorzystuje schemat pielgrzymki (podróży, questu) i śledztwa (czyli kryminału), poprzedzonego jakąś zbrodnią. Dodajmy do tego postmodernistyczne, metatekstowe zamiłowanie autora do równorzędnych narracji, do motywów „zwierciadeł” czy „ksiąg” – stąd może owo „książkowe” nagromadzenie konwencji jest zabiegiem celowym; jest to literatura zdecydowanie „intelektualna”, nie „życiowa” (o ile taki podział ma jakikolwiek sens). Takaż jest tu metafizyka – „literacka”, „filozoficzna”, wymagająca znajomości terminów typu kenoza czy paruzja. Świadoma ograniczoności doświadczenia; chcąc poznać Boga, lepiej oddajmy głos Ciszy… Zresztą kto wie, może gdy Ziemia stanie się jednym wielkim hałaśliwym Geopolis, jak w opowiadaniu Stroiciel ciszy, w Jego poszukiwaniu będziemy latali w kosmos…

Główny zarzut to zbyt dosłowne traktowanie metafizyki (choć tu zasadne jest pytanie, jak ją w ogóle traktować w utworze fantastycznym). Plusem natomiast jest, że każde opowiadanie bazuje na innym pomyśle; może i autor naśladuje innych, ale nie kopiuje samego siebie. Pomimo wyraźnej „opcji ideologicznej” (katolickiej) nie przesadza też z ewangelizowaniem na siłę. Patos ładunku teologiczno-filozoficznego łagodzony jest szczyptą humoru tu i ówdzie i puszczaniem oka do czytelnika. Zbiorek ten dobrze obrazuje problem z dogmatami religijnymi w fantastyce, większy nawet niż z teoriami naukowymi – otóż przekuć je na literaturę jest piekielnie trudno. Czy w ogóle istnieje „fantastyka religijna” jako oddzielna konwencja – jeśli tak, to jej wyróżnikiem będzie nie sposób kreowania świata przedstawionego, tylko… co właściwie? Głębia stawianych pytań, pozytywna odpowiedź na obecność metafizyki czy jeszcze coś innego? I jeszcze jedno – poprzedni zbiór opowiadań (Szlak cudów) „zgubił” porozrzucane po czasopismach Psychonautkę i Sutsirch, obecny – Hexenhammer. Z powodów znów dla mnie niezrozumiałych – mam te opowiadania za dobre i/lub ważne dla polskiej fantastyki, nie tylko religijnej.

 
Wojciech Szyda, Stroiciel ciszy, Zysk i S-ka, Poznań 2011.

środa, 1 lutego 2012

O faszystach-pacyfistach

Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha to, o ile mi wiadomo, jednorazowy wyskok tego głównonurtowego pisarza w stronę fantastyki. Historia alternatywna jak się patrzy, czym więc właściwie różni od np. alternatyw Wolskiego? Głównie metodą pisarską; powieść wygląda wypisz wymaluj jak autobiograficzna powieść głównonurtowa o dzieciństwie bohatera w ciężkich czasach. W podobnym utworze fantastycznym mielibyśmy raczej sygnały o fikcyjności świata przedstawionego, w Spisku… mamy raczej sygnały prawdziwości, jakby autor sądził, że taką powieść należy dodatkowo „uwiarygodniać”. Bohater powieści nazywa się Philip Roth, dzieciństwo przypada na apogeum amerykańskiego faszyzmu (rok 1942); „rzeczywisty” Philip Roth urodził się w 1933, w tym samym mieście zresztą (Newark w stanie New Jersey). Historyczne tło służy opowiedzeniu trochę sagi rodzinnej, trochę powieści o dojrzewaniu. Różni powieść od dowolnej fantastyki (i dodaje „realizmu”) także to, że dalekosiężne historyczne gdybania zupełnie autora nie interesują – po krótkim flircie Ameryki z faszyzmem historia wraca na właściwe tory; wynik wojny jest już taki sam, jak w „naszej” historii, a w chwilowej futurospekcji dochodzi do zabójstwa Kennedy’ego. Postacie z wielkiej polityki są obecne raczej w tle, choć historia oczywiście puka do drzwi mieszkania Rothów; mamy zamieszki antysemickie, mamy ogólne utrudnianie życia przez nienawistnych gojów, ale w porównaniu z tym, co się działo w Europie, to i tak powieściowi Żydzi mają chyba lepiej niż Polacy w stanie wojennym. Niektóre prześladowania (niewpuszczenie do hotelu) wyglądają wręcz śmiesznie. Niemniej kurs państwa zaostrza się, mamy przesiedlenia, mamy zamieszki i trupy, mamy problemy z pracą i awansem społecznym i ogólne dążenie do marginalizacji (choć obozów koncentracyjnych nie ma).

Za ten amerykański flirt z faszyzmem (konkretnie nazizmem, choć autor tego nie rozróżnia) odpowiada alternatywny prezydent, Charles Lindbergh, pionierski lotnik z rekordami (postać autentyczna), tu i ówdzie sympatyzujący z Hitlerem i spółką, a przynajmniej nie potępiający ich w czambuł, jak reszta demokratycznego świata. Swoje podejście uzasadnia, wydawałoby się, całkiem sensownie – mianowicie niechęcią do uczestnictwa Ameryki w europejskiej wojnie. Wiadomo, wojna to trupy, ranni, kalecy i ogólnie stracone pokolenie. Takim podejściem kupuje amerykański elektorat i zostaje faszyzującym prezydentem Ameryki, pokonując dotychczas rządzącego Roosevelta. Od alternatywnych gdybań w powieści ważniejsze jest ostrzeżenie przed uśpionym, amerykańskim (i nie tylko) antysemityzmem – motyw znany i z naszego podwórka, wyolbrzymiany przez jednych, bagatelizowany przez drugich. Straszenie nim ma jeden wydźwięk – niewiele brakowało, a demony antysemityzmu, co prawda uśpione, ale żywe, wydostałyby się na światło dzienne; i w Stanach nie brakowało tamtejszych żydożerców (Henry Ford na przykład). 

Cóż, powieść konsekwentnie stawia znak równości – faszyści to głównie republikanie. a republikanie to głównie biali chrześcijanie, tworząc w ten sposób w umyśle prosty ciąg skojarzeń – chrześcijaństwo-prawica-antysemityzm-faszym. O tym, że ideologia nazistowska równie mało wspólnego, co z judaizmem, miała z chrześcijaństwem, już się nie wspomina. Zagrożenie komunizmem według autora właściwie wówczas nie istniało, a Sowietom należało tylko kibicować w zaprowadzaniu raju na ziemi. Przeciętny czytelnik utwierdzi się tylko w przekonaniu: prawa strona – źle, lewa strona – dobrze. Gratulować tak prostego postrzegania świata. I kto tu jest pełen uprzedzeń? Powieściowy dziennikarz, Walter Winchell (też postać autentyczna, taki Wojewódzki połączony z Lisem), gorliwy antyfaszysta, ale też trochę populistyczny błazen, po wojnie staje się prawicowcem, co opisane jest w postscriptum jako niesłychana wolta światopoglądowa – tak jakby antyfaszystowski prawicowiec był takim samym zjawiskiem jak dwugłowe cielę. Ile jeszcze wody musi w Wiśle upłynąć, żeby dotarło, że wojnie zderzyły się dwie wersje socjalizmu, narodowy i „internacjonalistyczny”, naprawdę nie wiem.

Godne odnotowania jest oczywiście też, że protesty antywojenne i doktryna nieingerencji zostały w przypadku drugiej wojny światowej potępione – czyli nie zawsze pacyfizm jest trendy? Wojna bywa moralnie słuszna, gdy złu trzeba się przeciwstawić? Zgodnie z tą logiką, włączenie się do wojny w Wietnamie wynikające z lęku o światowe rozprzestrzenianie się komunizmu również powinno być postrzegane jako zaszczytne i niezbędne… nie było? Wręcz przeciwnie? Czyżby radziecka propaganda była lepsza od nazistowskiej?

Zaskoczyła mnie alternatywna motywacja polityki Lindbergha, ukazana nam w finale powieści, wywracająca wszystko do góry nogami i odsłaniająca drugie dno postępowania prezydenta, choć podana zostaje jako spiskowa teoria dziejów i niespecjalnie wiarygodna. Ciekawy jest stosunek Żydów do przemocy – wychowywanie w niechęci do niej całych pokoleń postrzegane jest jako błąd, bo czasem człowiek ma prawo bronić się przed, no tak, antysemitami z bejsbolem. Ciekawe są relacje rodzinne – kuzyn bohatera, Alvin, rusza do Kanady i mimo wszystko przyłącza się do europejskiej wojny, pełen szczytnych ideałów, co skutkuje, niestety, kalectwem i życiowym fatalizmem. Jego starszy brat, Sandy, kupuje rządową propagandę i dołącza do programu Osadnictwo 42, spędzając wakacje na gojowskiej farmie, harując jak rolnik i zajadając się wieprzowiną – w oczach rodziny wygląda to oczywiście nienajlepiej; w oczach pełnego demokratycznych ideałów ojca bohatera wszyscy są w jakiś sposób przegrani. Polityka jednak ma olbrzymi wpływ na życie rodzinne, prywatne – skoro tak, to czy gdybyśmy w dzisiejszej Polsce mieli innego prezydenta, też podejmowalibyśmy inne decyzje? Hmmm…

Niewątpliwie, pewne tabu powieść łamie; przypomina mianowicie, że i w USA brano rasistowski bełkot na poważnie i że dzięki opatrzności (i Rooseveltowi) nie trafił on na podatny grunt. Niemniej okrutna jednostronność (lepiej być sowieckim komunistą niż republikaninem, chrześcijaninem, prawicowcem) sprawia, że przechył ideologiczny jest miejscami irytujący.

Jako że cenię w literaturze inne, nowe spojrzenie na „oczywiste oczywistości”, za największy plus powieści uważam inne spojrzenie na faszyzm – otóż możliwa jest, uwarunkowana historycznie, jego wersja „pacyfistyczna”, możliwa przy innych przywódcach politycznych, innej propagandzie i innych historycznych uwarunkowaniach (oczywiście przeciwko takiemu „pacyfistycznemu” faszyzmowi, obecnemu w sferach władzy, trzeba twardo protestować… pójdźmy o krok dalej i wyobraźmy sobie faszyzm pozbawiony nie tylko zaborczego militaryzmu, ale i antysemityzmu, kultu wodza czy czego tam jeszcze – i mamy… hmm, o tym, kto jest faszystą, my decydujemy, no nie? Taki Cejrowski na przykład…). Wymowa powieści oczywiście jest jednoznaczna – lepiej było rozpętać w latach czterdziestych w amerykańskim narodzie „histerię antyhitlerowską”, obudzić „demony antyfaszyzmu” i iść na wojenkę, choćby kosztem ofiar i straconego pokolenia. Powieść Rotha pokazuje, że „demony świętego spokoju” również są niebezpieczne. Nawet silna Ameryka miała prawo bać się wojny, co dopiero nieporównywalnie słabsza Polska – a jednak trochę tyłków skopaliśmy.

W przeciwieństwie do powieści Rotha, w Wallenrodzie Wolskiego sojusz z nazizmem wychodzi w ogólnym rozrachunku (Polsce, nie Ameryce) na dobre. A gdyby Roth pobawił się w konsekwencje poważniejszego przymierza Ameryki z Hitlerem i ruszenia razem na Sowietów, radykalnie zmieniając światowy układ sił w XX wieku? Na tym tle Wolski wypada lepiej (i ciekawiej), bawi się z historią, nie poprzestając na banalnej konstatacji „byłoby lepiej/byłoby gorzej”. Za to z pewnością Spisek… jest lepiej napisany, wchodzi głębiej w psychikę bohaterów i relacje międzyludzkie, tło społeczne Ameryki lat czterdziestych zarysowane jest z rozmachem i pietyzmem; w porównaniu z powieścią Rotha Wallenrod wygląda jak powieść sensacyjna. Warto przeczytać, by się przekonać, co robią głównonurtowcy z ukradzionymi fantastom zabawkami. Naprawdę, zaczynając lekturę, sądziłem, że będę się bardziej nudził…

Philip Roth, Spisek przeciwko Ameryce, Czytelnik, Warszawa 2007.

Religijna wojna światów

Kolejną namierzoną przeze mnie pozycją theological fiction (określenie z okładki) jest Operacja „Chusta”, Tomasza P. Terlikowskiego; okładkowe opinie sugerują powiązania z Orwellem, Huxleyem i Chestertonem. Bez przesady; powieść nie ma orwellowskiej głębi ani chestertonowskiej lekkości, oferuje nam za to sensacyjną, pościgową fabułę umieszczoną w dystopijnym, koszmarnym świecie ultraliberalnego totalitaryzmu z załączoną wykładnią katolickiej filozofii. Niby blisko do Ziemkiewicza czy Wolskiego, ale z drugiej strony Terlikowski nie proponuje nam swego światopoglądu – on chce mieć rację.

W niedalekiej przyszłości, w Prowincji Wschodniej (tak tak, to nasza część Unii Europejskiej) pewien zakonnik porywa relikwię, Chustę z wizerunkiem Chrystusa, skutecznie przyczyniającą się do nawróceń. Nie jest to w smak władzom państwowym i kościelnym z Biurem do Walki z Fundamentalizmem na czele. Do uciekiniera dołącza mąż poddanej przymusowej eutanazji kobiety, potem jej ojciec, wreszcie nastolatka, która, ku zgrozie matki i opinii publicznej, chce urodzić dziecko; nota bene ta dziewczyna, czternastoletnia Gretka 2.0, jest klonem własnej matki, znanej pisarki. Ważną rolę pełni w powieści ateistyczny muzułmanin o wdzięcznym nazwisku Hassan Obama, ultrapostępowy arcybiskup czy matka upośledzonego syna, będąca kimś w rodzaju proklerykalnej ateistki. Stopniowo porwanie Chusty schodzi na dalszy plan; uciekinierzy po drodze zdążą spalić w katolickim czynie społecznym Klinikę Praw Reprodukcyjnych (czytaj: aborcji), porwać wspomnianą zmuszaną do aborcji nastolatkę i spowodować masowy ruch modlitewny pod budynkami owego Biura w Warszawie.

W zagadnieniach bioetycznych autor czuje się jak katolicka ryba w liberalnej wodzie, wtręty światopoglądowe są częste i jednostronne, czemu trudno się dziwić. Ale, o dziwo, fabuła, choć często pretekstowa, nie ginie przygnieciona moralną wykładnią. Lektura jest lekka, łatwa, choć niekoniecznie przyjemna – czytelnik antyklerykalny będzie wkurzony autorską optyką, czytelnik „klerykalny” natomiast swoją małością i słabością – powieść ma dać kopa jak brutalne kazanie, których tak mało dzisiaj. To jest główną zaletą (bądź wadą) powieści – jest ona apologią katolickiej bioetyki, katolickich relikwii, katolickiej modlitwy, zwłaszcza zbiorowej, która – uwaga – ma taką moc, że nawet Bóg może dzięki niej zmienić zdanie. Fabuła jest raczej przewidywalna – można z dużym prawdopodobieństwem obstawiać, która z postaci się nawróci, a która upadnie; kto będzie Szawłem, a kto Judaszem. Postacie często wchodzą w buty bohaterów biblijnych, ale niektóre to zarazem postacie z kluczem, odpowiedniki dzisiejszych sław medialnych czy autorytetów – Tobiasz Silson to Tomasz Lis, a arcybiskup Kiliańczuk zachowuje się jak biskup Pieronek.

Niektóre, szydercze ekstrapolacje owego liberalnego totalitaryzmu są naprawdę mocne, dzięki nim czytamy powieść jako celną satyrę na polityczną poprawność – powstają Komitety Zapobiegania Pedofobii i Transfobii, ustawowo zakazuje się pokazywania zdjęć płodów, „bo naruszają wolność sumienia”, wreszcie przymusowe eutanazje, które trudno odkręcić, jeśli się kiedyś wyraziło zgodę, będąc akurat w chwilowym dołku i pod presją. Gdy wzięło się kredyt, należy podpisać specjalne zobowiązanie do nieposiadania dzieci, dopóki się go nie spłaci. Papież zarządza Kościołem z Afryki, to stamtąd misjonarze przybywają ewangelizować Europę. Publiczna modlitwa to jaskrawy przykład przemocy mentalnej, podobnie jak krzyże w miejscach publicznych czy nawet na niektórych wieżach kościelnych. Nauka Kościoła zostaje brutalnie okrojona, nauczanie o grzechu i piekle jest wysoce niestosowne, a o homoseksualizmie zabronione; nawet Jan Paweł II istnieje poza obiegiem, a w seminariach naucza się Richarda Dawkinsa.

Operacja "Chusta" korzysta obficie z konwencji dystopii i theological fiction, dodać można też oczywiście tzw. SF bliskiego zasięgu, chociaż w mniejszym stopniu; potencjalne nowinki techniczne czające się za rogiem i społeczne konsekwencje tychże zupełnie autora nie interesują, zastąpienie komórek wideofonami to wręcz zabieg retro SF. Ważny jest za to narastający konflikt pomiędzy poważnie traktowaną religią a poważnie traktowaną „wolnością”, który jest taki sam jak dzisiaj, tylko bardziej – więcej Urbanów i Palikotów, więcej nienawiści do „katofundamentalizmu”, więcej ultraliberalnych kapłanów. W tym sensie jest to prosta ekstrapolacja tego, co dziś (spór o krzyż, czternastolatka nakłaniana do aborcji), tyle że wyolbrzymiona i uwypuklona. „Metodę salami” zastosowano wielokrotnie i dzisiejsze centrum stało się jutrzejszą skrajnością (Wojtyła stał się Rydzykiem jutra).

Powieść więcej mówi o Polsce A. D. 2010 (plus minus) niż o jakichś nowych google’ach czyhających na kolejne przeformatowanie naszych mózgów. A wydaje się, że taka wersja przyszłości, jakiej (nie) chce Terlikowski, nie byłaby dla Kościoła najgorsza, bo wciąż byłby to Kościół istniejący w kulturze i tradycji, choćby i radykalnie zwalczanej i wyśmiewanej. Nie strzela się z armaty do muchy. Gorsza byłaby ewentualność całkowitej wobec niego obojętności, a skoro ruszają wobec niego tak potężne siły propagandy, skoro pojawiają się nowi męczennicy, Kościół trwa; więcej – z prześladowań czerpie on swoją siłę. Dlatego wizja wydaje mi się niewiarygodna i jest tak samo wyrazem alarmującego tonu autora, jak i pewnego chciejstwa – podobnie jak u autorów powieści katastroficznych marzących o „pięknej katastrofie”, marzy się w powieści o „pięknym Kościele”, dlatego pięknym, bo prześladowanym i ujawniającym moralną wyższość nad światem. Wściekłe ataki (specjalne Biuro do Walki z Fundamentalizmem) świadczą paradoksalnie, że religia będzie miała się całkiem dobrze, skoro będzie wymagała tak olbrzymiej biurokracji i siły propagandowej. Bardziej prawdopodobne wydaje się wygaśnięcie znaczenia religii w Europie, ale przecież Niemcy i Francja to w końcu nie cały świat.

Starcie światopoglądów – wierzącego w prawdę i negującego ją – jest zatem nieuniknione i właściwie potrzebne. Każda porządna religia głosi prawdę objawioną, co jest nie w smak różnego rodzaju podejściom synkretycznym. Nie da się pogodzić przekonania o istnieniu prawdy objawionej z przekonaniem o jakiejś „równości” religii czy światopoglądów. Co ciekawe, w powieści islam jest waloryzowany zdecydowanie bardziej pozytywnie niż buddyzm i różne kulty synkretyczne (islam zakłada istnienie obiektywnej owej prawdy, buddyzmu kategoria ta raczej nie interesuje); lepszy od buddyzmu jest nawet uczciwy ateizm. Atak na Kościół właściwie autor postrzega bardziej jako sprzysiężenie sił demonicznych niż ateistycznych, którym synkretyzm i mieszanie prawd jest na rękę; zwykłemu ateiście symboliczna obecność religii nie powinna przeszkadzać, a tym bardziej ochrona życia.

Czy ma rację? Jako przeciwnik aborcji i eutanazji – zdecydowanie tak. Jako futurolog – niekoniecznie; niewykluczone jest nadejście (już następuje?) jakiegoś światowego renesansu religii, nie tylko katolickiej zresztą. Możliwe jest też, choć mniej prawdopodobne (i mniej groźne) istnienie jakiegoś „totalitaryzmu” religijnego; wystarczy trochę inaczej zaakcentować pewne kwestie i krucha równowaga pomiędzy wolnością a koniecznością, pomiędzy „konserwą” a „liberałami” może ulec zachwianiu (Jan Paweł II umiejętnie dbał o równowagę, skutkiem czego był często atakowany przez konserwatystów za swój „liberalizm” czy „ekumenizm” i przez liberałów za konserwatyzm). A lepszą od budowlanej, statycznej metafory Kościoła jako „fundamentu” jest metafora „ogrodnicza”, Kościoła jako organizmu-drzewa, które jest czymś innym w każdej fazie rozwoju, pozostając wciąż tym samym.

Największe prześladowanie Kościoła nie pochodzi od zewnętrznych wrogów, ale wyrasta z grzechów w samym Kościele – zdanie takie pada w książce Światłość świata, będącej wywiadem z Benedyktem XVI. O tym też warto pamiętać, czytając o obecnych i przyszłych atakach na Kościół.

Tomasz P. Terlikowski, Operacja „Chusta”, Fronda, Warszawa 2010

poniedziałek, 28 listopada 2011

Twardoch soft

Cóż, będę wielbłądem i powiem, że ostatni tomik Twardocha trochę mnie rozczarował, a może po prostu oczekiwałem znowu czegoś wybitnego, w najgorszym razie przynajmniej ostro pod prąd. Pewnie, że „tak jest dobrze”, ale było bardzo dobrze, a nawet wybitnie (Wieczny Grunwald). Wolałem Twardocha antysalonowego, prolustracyjnego, przedsoborowego i germanofilskiego, nawet jeśli się z nim nie zawsze zgadzałem. Tutaj – boje z historią i polską (śląską) tożsamością odeszły na bok (może poza Gerdem), z literatury idei proza Twardocha stała się elegancką, wieloznaczną literaturą „głównonurtową”, która ma urzec, nie wiem, czytelników takiego Murakamiego czy Tokarczuk. Nawet jeśli momentami makabryczna, ostentacyjnie podkreślająca cielesność czy nie stroniąca od fantastyki, proza ta stała się atrakcyjna dla wszystkich – tym manewrem Twardoch zyskuje nowych czytelników, jeszcze nie tracąc starych. Dlatego Andrzej Horubała w Uważam Rze słusznie zauważył, że zbiorek ten wygląda jak spóźniony debiut, a nie jak ósma już książka prozatorska (nie licząc dwóch non-fiction). Owszem, debiut, ale w innej kategorii wagowej.

Obiektywnie patrząc, nie jest źle – warsztatowo zresztą coraz lepiej i coraz mniej papierowo (najbardziej papierowi byli dla mnie bohaterowie Sternberga), ale dotychczasowy target tej prozy, czyli konserwatywni fantaści (fantazjujący konserwatyści) może czuć niedosyt. Otóż, na literackiej mapie Twardoch był sporym objawieniem – nie ograniczającym się do mantry o „złej Europie”, jak Barnim Regalica czy Paweł Kempczyński, którzy, sądząc po reakcjach krytyki, więcej złego niż dobrego uczynili tzw. „prawicowej fantastyce” (reakcji czytelników nie znam). Najważniejszy dotychczasowy przedstawiciel tego nurtu, Rafał Ziemkiewicz, zmienił już, raczej na stałe, literackie zainteresowania. Marcin Wolski ma potencjał, ale jakość przeszła u niego w ilość. Na tym tle Twardoch wydawał się cudownym dzieckiem – Márai, Jünger, Cioran jako literacko-filozoficzne wzorce; a fantastycznej konwencji nie trzymał się kurczowo. Dlatego też sporym zaskoczeniem była dla mnie wieść o ciepłym kąciku w Polityce, tym „periodyku kumpli Urbana” (cytat z recenzji Horubały), i chyba nie tylko dla mnie. Skąd ta przemiana autora Frondy, Arcanów, 44? Wydaje się, że Twardoch nie chce mieć łatki konserwatysty, podobnie zresztą jak łatki fantasty. Osoba, która kurczowo trzyma się swoich poglądów, nieważne jakich, nie rozwija się, więc – nie osiągnie przemiany.

O przemianach różnego rodzaju właściwie traktuje cały zbiorek Tak jest dobrze. Na ile są prawdziwe, na ile fałszywe, na ile moralnie słuszne bądź nie. Przemianę można ukazać bardziej dosłownie, w konwencji fantastycznej (Gerd, Ona płynie w moich żyłach), ale niekoniecznie (Masara, Uderz mnie, właściwie też Kurczyk, gdyby wyciąć finał). Bywa, że uparte stawianie na swoim jest przyczyną kłopotów; wtedy, zamiast się przemienić, bohaterowie poddają się swoim demonom (upór Gerda owocujący wstąpieniem do SS; upór Nikodema z Tak jest dobrze skutkujący rozstaniem z żoną – obaj czynią to właściwie wbrew sobie i na przekór bliskim, pchani lawiną zdarzeń). Przemiana prawdziwa jest autonomiczna, choć często dokonywana wbrew sobie i swoim przyzwyczajeniom (Masara) w przeciwieństwie do fałszywej, nieudanej, wiodącej w ślepą uliczkę, czasem dosłownie demonicznej. Więcej jest przykładów tej drugiej – Gerd, Kurczyk, podstarzały rockman Marek z Masary, zakochany w swoim ego, czy wspomniany Nikodem, choć ten ma jeszcze jakąś szansę poprawy, czy przynajmniej pokuty (czy Spitsbergen, świetnie opisane miejsce akcji utworu, nie jest wtedy też symbolicznym czyśćcem?). Masarę – otyłą, zakompleksioną licealistkę, motywuje do zmiany ciotka, dzięki czemu dziewczyna staje się atrakcyjną business woman; los Kurczyka wywindowanego na salony przez tajemniczą femme fatale wydaje się pozornie czymś podobnym, a okazuje się tylko napompowaniem jego ego po to tylko, by z niego okrutnie zadrwić.

Ogólne waloryzowanie jest czasem dość zaskakujące – Marek stoczył się, bo się „nie sprzedał” i zamiast „chałturzyć dla debilnych programów telewizyjnych”, wolał „być sobą”, co skończyło się życiowym niespełnieniem, nieodniesieniem sukcesu i ogólnym brakiem kasy. Natomiast Masara „się sprzedała”, przestała „być sobą”, ale za to prowadzi świetnie prosperującą firmę. Zaskakujące? Kpiące z gówniarskiej mentalności, według której „bycie sobą” to świętość, nawet jeśli to oznacza całkowitą stagnację i założenie, że jest się super takim, jakim się jest? A może autor próbuje tekstem literackim usprawiedliwić własny angaż do Polityki (przeczuwając kręcenie nosem przez niektórych czytelników, że „to już nie Twardoch”). W każdym razie przytomnie zauważa, że granie coraz to innych ról staje się normalnością, a czasem koniecznością, czy chcemy tego, czy nie (erpegi i portale społecznościowe to tylko przedsmak tego, co nas czeka). Nie jest ważne to, kim jesteśmy, tylko to, kim się stajemy. Czyli – w kogo się przemieniamy. I czy robimy to z własnej woli.

Tak jest dobrze to kolejna książka, który dyskutuje z Linią oporu Dukaja, tyle że problemy trans-sapiens Twardoch rozpatruje nie od strony technologicznej i filozoficznej, tylko, nie wiem, moralnej? duchowej? ludzkiej? Autora wydaje się obecnie bardziej interesować człowiek niż idee i światopoglądy, stąd książka nie była dla mnie tak smacznym kąskiem jak Wieczny Grunwald, Epifania wikarego Trzaski czy Przemienienie. Reszcie świata powinna się jednak spodobać. I okazuje się, że Twardoch potrafi pisać nie tylko o żołnierzach, baronach i agentach bezpieki, ale o życiowych loserach i otyłych nastolatkach gnębionych przez rówieśników.

7/10

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze, Powergraph, Warszawa 2011

link do księgarni Selkar