Przedpremierowa recenzja całkiem sensownej książki - "Mirażu" Matta Ruffa. Recenzja tutaj
niedziela, 8 września 2013
czwartek, 5 września 2013
sobota, 24 sierpnia 2013
Przeciętniacy w świecie wszechmożliwości
Diagnoza współczesności, którą postawił profesor
Ryszard Legutko w Triumfie człowieka
pospolitego jest druzgocąca – „miliony ludzi nieodróżnialnych od siebie i
używających tych samych schematów myślowych, politycznie jednotonnych i
popierających liberalny ogląd świata, nie tylko żyją w przekonaniu o własnej
indywidualnej i środowiskowej odmienności, głoszą monopol pluralizmu, lecz
jednocześnie ten swój nudny i jednobrzmiący konformizm pragną narzucić światu
jako ucieleśnienie idei mnogości”. Świat dzisiejszy jawi się autorowi jakby rodem
z koszmarów Ortegi y Gasseta, gdzie masy ostatecznie zatriumfowały, niszcząc wszystko,
co szlachetne i wysokie. Pospolitość i przeciętność zapanowała wszędzie – w
kulturze, polityce, edukacji. Nic, tylko zwrócić się do wielkich narracji i
starych mistrzów, bo dzisiejsza epoka żadnych nowych Sokratesów i Szekspirów nie
wychowa. Od nauki łaciny ważniejsza jest nauka nakładania kondomów.
Kto winien tej totalitarnej egalitarności?
Przyczyn wiele, ale głównym winowajcą są zdaje się zrywające z klasycznym
dorobkiem (według Legutki obracające go w perzynę) rewolucje, przebiegające pod
hasłem obsesyjnego poszukiwania równości (nie wolności bynajmniej). Rewolucja
protestancka, francuska, bolszewicka, wreszcie kontrkulturowa lat 60-tych –
każda dorzuciła kamyczek do egalitaryzującego ogródka. Przy czym nasz świat
jawi się Legutce nie rajem spełnionym (choć dla lewicy powinien), ale
koszmarem. Polityka i ideologia weszły z butami w prywatne życie, kultura
została sprowadzona do najniższego mianownika, a prawo do orgazmu jest o wiele
ważniejsze od prawa do manifestacji religijnych. Toczą się godne lepszej sprawy
boje o prawo do imprezowania w Wielki Piątek, a lewicowcy zajmują się
zwalczaniem Boga, w którego nie wierzą. Równość nie oszczędziła nawet eschatologii
– deklaracja Dominus Iesus wzbudziła
wściekłość ateistów (bo nie prawosławnych), bo jasno wyartykułowała, że poza
Kościołem Katolickim nie ma zbawienia. No jak to, zbawienie jest co prawda
wymyśloną przez klechów bajką, ale i tak należy się wszystkim po równo, nawet
ateistom.
Wszyscy są w tym zrównanym świecie obowiązkowo
szczęśliwi, nieustannie trwa karnawał, ale tak naprawdę nie potrafią
wyartykułować metafizycznego głodu, a za największego wroga uważa się chrześcijaństwo
i instytucje hierarchiczne. Jakakolwiek hierarchia mierzi bardzo i jest z
definicji „faszystowska”, bo przeczy idei równości. Wyznawców latającego
makaronu należy traktować tak samo jak chrześcijan, Nergal to taka sama kultura
jak Beethoven, a głos profesora jest tak samo ważny jak rozwydrzonego gówniarza.
Lewica powinna się cieszyć, bo jej marsz przez instytucje trwa od lat 60-tych,
ale w świetle ideologii liberalno-demokratycznej świat zawsze będzie
niewystarczająco wyemancypowany, zawsze jakaś grupa społeczna będzie
poszkodowana.
Główną tezą książki Legutki jest to, że miłosiernie
nam panująca ideologia demokratyczno-liberalna niewiele się różni od komunizmu,
a jeśli się różni, to skutecznością – związek człowieka z systemem jest tu
idealny. Nie do pomyślenia jest jakakolwiek alternatywa, bo przecież demokracja
liberalna to najlepsza ideologia ze wszystkich. Ale w demokracji liberalnej,
podobnie jak w komunizmie, występuje wróg, z tą różnicą, że „proletariusza
zastąpił homoseksualista, kapitalistę fundamentalista, wyzysk dyskryminacja,
rewolucjonistę feministka, a czerwony sztandar wagina”. Niemile widziane jest chrześcijaństwo,
Kościół, tradycja, rodzina, metafizyka. Zamiast tego hołubi się praktycyzm,
kult nowości, parytety i uprawnienia, którym nie ma granic, bo być nie może –
podobnie jak nie było granic w zaprowadzaniu socjalizmu. W obu przypadkach heroldami
ideologii byli i są głównie lumpeninteligenci („liczna rzesza ludzi zupełnie
niewykształconych, aczkolwiek mająca z wykształceniem pewien związek, na
przykład dyplom ukończenia studiów, a nawet, co wcale nie jest rzadkie, pracę
na uczelni”). Tropią oni obsesyjnie przejawy nietolerancji, homofobii i patriarchatu,
non stop mówią o patologicznych rodzinach, jakby nie było normalnych. I wydaje się
tym konformistycznym pseudobuntownikom, że ich protest jest przejawem odwagi i
szlachetności. Kościoły niedługo nie będą mogły nazywać grzechu grzechem, bo to
sianie nietolerancji. Bodajże w Szwecji był przypadek ukarania pastora za określenie
homoseksualizmu grzechem, przez co grzech stał się pojęciem z dziedziny prawa, nie
teologii – tak wygląda ten „rozdział Kościoła od państwa”, ale bynajmniej nie
państwa od Kościoła.
Czy lekarstwem na system liberalno-demokratyczny
jest republika? Legutko rozumie ją jako „ustrój mieszany”, gdzie jest miejsce i
dla hierarchii, i dla oligarchii (czy arystokracji, którą nazywa, trochę na
wyrost, „nosicielami cnót”) i dla demokracji. Pierwotne założenia demokracji i
liberalizmu nie były zresztą takie złe (i były, co ciekawe, w konflikcie),
teraz jednak doszły do ściany. Ale dialog owcom generalnie dostaje – w dialogu
strona mniej szlachetna zawsze traci. Ksiądz Tischner raczej filozofował niż ewangelizował,
a katolicyzm otwarty jest w demokracji tolerowany pod warunkiem, że jest
skrajnie rozcieńczony, bo wiadomo, demokracja to ideał świetlany i nigdy w
pełni nie zrealizowany, a z katolicyzmu trzeba się gęsto tłumaczyć i okroić
tak, by pasował do systemu.
Konsekwencją przekonań Legutki jest kompletne
odrzucenie kultury masowej. Na zrównaniu tym, owszem, ona sama zyskała, ale
okrutnie straciła kultura wysoka. Podobnie upodobniła się prawica do lewicy
(prawica przesunęła się mocno na lewo, a lewica tylko odrobinę w prawo, teraz wszyscy
mówią o wolności i tolerancji). Ameryka się europeizuje (na pewno?), Europa
amerykanizuje (z pewnością). Dzieła dzisiejszej kultury wysokiej wyglądają jak „majaki
szaleńca”, z bohaterów klasycznych dramatów robi się ćpunów, gangsterów itd. Liberalna
demokracja jawi się jak nienasycona hydra, która zawsze będzie czujna w
śledzeniu wrogów klasowych… to znaczy w szukaniu przejawów nietolerancji i
niewystarczającej równości. Nigdy nie było tak otwartego Kościoła,
zliberalizowanej rodziny i instytucji – i co? Ustały ataki? Mniej jest
Palikotów? Liberalizacja instytucji hierarchicznych nic nie daje, tylko je
osłabia. Tamę demokratyczno-liberalnemu systemowi (tak, systemowi!) może
postawić tylko chrześcijaństwo i / lub jakieś odrodzenie „sił duchowych” – tu
Legutko jest zdecydowanym pesymistą, przyszłość nie będzie należeć do naszej
cywilizacji.
Po lekturze poczułem się jak miś o bardzo małym
rozumku, który tak naprawdę nie wie nic, a powinien czytać klasyków czy uczyć
się greki, a nie zajmować się popkulturą i szukać w tym gigantycznym śmietniku
pereł (bo jednak są, choć trafiają się coraz rzadziej). Legutko nie pisze z
profesorską manierą, raczej przypomina wściekłego ucznia, który uznał, że ciało
pedagogiczne dało ciała, dało sobie spokój z edukacją i wpędziło nowe pokolenie
w zabójcze samozadowolenie. W epoce rosnącej specjalizacji trudno zdaje się
wymagać od wszystkich wykształconych nauki choćby np. języków klasycznych. Jeszcze
niedawno nieznajomość Szekspira była obciachem nawet dla inżyniera, ale już
nieznajomość np. teorii względności u humanisty była czasem dla humanisty wręcz
przejawem dumy – jak jest teraz?
Trochę brakuje za to przypisów i bibliografii –
ale to nie dysertacja naukowa, tylko danie upustu wściekłości na najbardziej
marne czasy w historii. Owszem, jest to przesada, jeśli demokracja liberalna
naprawdę jest tak obca ludzkiej tożsamości, to w końcu zostanie odtrącona, jako
niekompatybilna ze światem. Popkultury też trochę bym bronił, tym bardziej że
Legutko ceni niewyemancypowanego i jednak popkulturowego Sienkiewicza,
znienawidzonego przez lewicę? Lubię np. kino Burtona, Gilliama, Nolana – czy czyni
to ze mnie zdziecinniałego i zunifikowanego idiotę? Uważałbym też, by nie
utożsamiać pospolitości z normalnością, trochę ta pochwała arystokracji jako
„przekaźników cnót” też nie pasuje... Niemniej kubeł zimnej wody na pewno nikomu
nie zaszkodzi, i udowadnia, że tylko pozornie jesteśmy wolni od ideologii,
nawet nie zauważając jej obecności. Polakom też profesor bynajmniej nie kadzi,
bo pozwalamy się uwodzić tej przeciętności może bardziej, a nie mniej niż
Zachód. I okazuje się, że to nie ludzie ze starożytności i średniowiecza
powinni nam zazdrościć, a my im. Wielcy nie byli równi, bo inaczej nie byliby
wielcy.
Jeszcze jedno – zaskakuje samego Legutkę fakt, że u
nas kultura rozkwitła w epoce schyłkowego komunizmu, czyli w latach
osiemdziesiątych. Dla mnie ten okres kojarzy się z większym otwarciem na zachodnią
popkulturę w szaroburej rzeczywistości, z „Fantastyką” o nakładzie 150,000
egzemplarzy i „Bajtkiem” o pewnie jeszcze większym. Wychowanemu na tej
nieszczęsnej popkulturze i pierwszych komputerach trudno mi potępiać to w
czambuł, może gdybym był starszy o pokolenie, miałbym inny ogląd. Choć sam Legutko
jest rówieśnikiem Macieja Parowskiego…
Ryszard Legutko, Triumf człowieka pospolitego. Zysk i S-ka, Poznań 2012.
sobota, 10 sierpnia 2013
wtorek, 6 sierpnia 2013
Katolik fantastą?
Mam nadzieję, że czytelnicy bloga zrozumieją chęć przeprofilowania się delikatnego - nie chcę pisać tylko recenzji, nie chcę pisać tylko o książkach. O wielu książkach/filmach nie widzę sensu rozpisywania się nadmiernego. Tekst zamieszczony tutaj miał w założeniu pojawić się tylko na blogu, jako próba eseju czy felietonu okołotematycznego - jednak spodobał się redaktorom i znalazł na portalu. Przynajmniej trafię do większej ilości czytelników...
Na wakacje dostałem taki zestaw lektur do recenzji:
Chestertony (świeżutkie!) już przeczytane, jak zwykle genialne, nasi religijni konserwatyści powinni u niego brać lekcje stylu i argumentacji.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Na pohybel DOOP
Czytając publicystykę Wildsteina odnosi się
wrażenie, że dziś najradykalniejszymi buntownikami są konserwatyści. To, co
naturalne, tradycyjne, jest obciachem w przestrzeni kulturowej i symbolicznej, o
czym przekonują cię nieustannie wszechmocne DOOP-y (Dominujące Ośrodki Opinii
Publicznej). Rządzi urzędniczo-prawno-finansowo-medialna oligarchia, w imię
swoich interesów „poszerzająca demokrację” – ale nie daj Boże ktoś coś powie o
„układzie”. Źle ci, człowieku i obywatelu? Winien jest Kościół, patrioci
(zrównani z faszystami) i homofobi.
Jeśli posiadasz jeszcze jakąś tożsamość,
natychmiast się jej pozbądź, bo przecież ona ogranicza cię skandalicznie.
Rodzina, naród, religia, płeć – wszystkie te determinanty są przeszkodą na
drodze do emancypacji i przekroczenia granic. Przy czym według Wildsteina
poprzedni „postępowcy” mieli jeszcze trochę racji, z tą różnicą że wczoraj chcieli
oni, by homoseksualizm nie był karany i był prywatną sprawą człowieka, dzisiaj
– żądają, by był publiczną, prywatna to ma być, wyobraźcie sobie, religia, a
nie seks. Dawny postępowiec chciał zniesienia niewolnictwa czy praw wyborczych
dla kobiet – dziś chce parytetów dla kolejnych mniejszości. Większość nie ma
racji, jeśli akurat głosuje niepostępowo i tacy geje tudzież konstytucja
europejska jej się nie podobają.
Wildstein pisze spokojniej od Ziemkiewicza (mniej
tu wściekłej retoryki), a już na pewno od Łysiaka (w „Karawanie literatury” ego
autora wykipiało z książki). Argumentuje ciekawie i rzeczowo, książka jest
niezłą bronią do pojedynków z lewicą. Dowiemy się, dlaczego, wbrew pokutującemu
poglądowi, konserwatyzm nie oznacza przywiązania do jakiejś konkretnej minionej
epoki. Dlaczego prawa naturalne są lepsze od praw stanowionych. Dlaczego
lewicowa interpretacja przyczyn II wojny jako „erupcji nacjonalizmów” to duże
uproszczenie. Dlaczego lepiej być moherem, niż wykształconym kołtunem
(filistrem), zwanym wykształciuchem.
Wreszcie, Wildstein rozprawia się z farbowanymi „wolnorynkowcami”
i „demokratami” udowadniając skutecznie, że te pojęcia dziś nic nie znaczą –
korporacje, które nie mogą zbankrutować, chronieni interwencjonizmem państwa, nie
są żadnym „wolnym rynkiem”. Podobnie „demokracja”… Jeśli tubylczy lud ma zapędy
do wybierania polityków nie skoligaconych z oligarchią, znaczy to, to do
demokracji nie dorósł. A polityk taki zostanie przez Salon zakrzyczany jako
„populista”… Światli fachowcy z Unii wiedzą przecież lepiej, jak zarządzać
Polską. Tu Wildstein polemizuje z kolegami z redakcji (czyżby z Ziemkiewiczem?),
według których rażąca nieudolność naszej władzy usprawiedliwia rzekomo
możliwość przejęcia jej przez innych. Podobnie jak polemizuje, jeszcze
dobitniej, z dekonstruktorami sensu tragicznych powstań narodowych (Zychowicz)
i ostrzega przed łatwością wyroków wydawanych historii z dzisiejszej
perspektywy. Znalazła się w książce nawet… historia alternatywna, która jest
raczej satyrą na takowe spekulacje.
Ważny jest tekst „Przemyśleć Solidarność” o micie
tejże, który się nam jakoś ulotnił, zamiast przyczyniać się do dumy (to
naprawdę była realizacja republikańskich ideałów). Nie wiedziałem, że i dzisiaj
w Polsce stosuje się negatywną eugenikę – zszokował mnie przypadek kobiety,
którą bez jej wiedzy wysterylizowano ze względów socjalnych – niestety, dobiliśmy
do postępowej Szwecji.
Tytuł jest trochę mylący i sugeruje
skoncentrowanie się na politycznych bieżączkach; Wildsteina interesuje też
cywilizacyjna i kulturowa wojna światów, odkłamywanie języka czy historii,
głównie XX wieku. Nie do końca się zgadzam, parę rzeczy budzi mój sprzeciw. Wildstein
nie lubi „igrzysk” i sportu (współczesnej namiastki religii), obśmiewa kult
zdrowego trybu życia i odżywiania, kpi ze straszaka globalnego ocieplenia. Z
tym zgoda. Zdaje się jednak, że Wildstein zdaje się (jak większość
konserwatystów) nie zauważać, że zarówno potrzeba „funu”, jak i „przekraczania
granic” jest stale wpisana w naturę człowieka. Właściwie chrześcijaństwo tym
się różni od pogaństwa i różnych fatalizmów wiarą, że człowiek przekroczył
granicę biologii czy nieuchronnego losu. Samo powstanie mowy, pisma, druku czy
wreszcie internetu też można postrzegać jako wielkie kroki na drodze „transgresji”,
a „funu” to żądali już słuchacze Homera i widzowie Szekspira. Pewnie, że źle
jest, gdy chodzi tylko o zabawę i o rozwalenie tradycji w drebiezgi. Lewica
zdaje się dąży jednak do jakiejś nihilistycznej rewolucji, do będącej jej wynikiem
destrukcji i uwstecznienia – koniec z republikańskimi ideałami, kategorią dobra
wspólnego, koniec z Grecją, Rzymem i Jerozolimą. Najważniejszym prawem nowego
człowieka ma być „prawo do orgazmu”. Na gruzach poddanych dekonstrukcji wartości
zaproponuje nam równość absolutną, konsumpcjonizm (a że niespełniony, to obwini
się kapitalizm i wolny rynek), nihilizm i urbanowy panświnizm. Jeśli taki jest
projekt nowej Polski i nowej Europy, to zawczasu należy się z niej
wyemancypować i dokonać transgresji. Tylko dokąd?
Bronisław Wildstein, Demokracja limitowana, czyli dlaczego nie lubię III RP. Zysk i
S-ka, Poznań 2013.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






