poniedziałek, 31 stycznia 2011

Konrad T. Lewandowski - Pochwała herezji. Rzecz o metafizyce i wolności w trzech esejach

Jako poszukiwacz pozycji, które scalają w różny sposób metafizykę z fizyką, wiarę z rozumem, naukę z religią, nie mogłem przejść obok filozoficznej rozprawki Lewandowskiego obojętnie.

Dlaczego nigdy nie uda się przeprowadzić wiarygodnego „dowodu” na istnienie bądź nieistnienie Boga? Dlaczego obszar „nieodkrytego” w nauce będzie istniał zawsze, choć owa tajemnica jest „ruchoma” i horyzont niepoznawalnego z każdym nowym odkryciem nie tyle się kurczy, co przesuwa? Dlaczego kompromitują się w rzetelnej nauce zarówno teorie zapewniające nam metafizyczne bezpieczeństwo (Ziemia jako centrum świata etc.), ale też takie, które zakładają całkowity determinizm rządzących człowiekiem sił (typu marksizm czy freudowska psychoanaliza)?

Dlaczego niewiarygodni są zarówno wizjonerzy religijni (może po prostu mają halucynacje?), ale również ateistyczni propagandziści, zwłaszcza ci wykorzystujący do swych celów naukę? Dlaczego w zateizowanym społeczeństwie pojawiają się postacie pokroju Jana Pawła II, a w nadmiernie sklerykalizowanym (co prawda bardziej we własnych głowach) Urbany i inne Wojewódzkie Palikoty? Dlaczego wcale nie tak rzadka jest droga świętego Pawła, ale też Tomasza Węcławskiego czy Stanisława Obirka?

Otóż, według hipotezy Konrada Lewandowskiego, rządzi tym ukryta równowaga sił, za którą stoi metafizyczna Zasada Zachowania Wolnej Woli – nie możemy być przez Boga zmuszani do uwierzenia w Niego, bo byłoby to zaprzeczeniem naszej wolności. Więcej, my też nie możemy nikogo zmuszać czy indoktrynować (do ateizmu też), bo to zazwyczaj przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Dozwolony jest tylko własny przykład, postawa życiowa, nic więcej.

Samo Objawienie zaistniało wręcz w taki sposób, by umożliwić był niekończący się spór pomiędzy ludźmi w nie wierzącymi, a sceptykami - zarówno czas, miejsce, jak i "metoda" wydają się być dobrane nieprzypadkowo. Wygląda to tak, jakby Ktoś nad nami pilnował, by kwestia Boga pozostawała wciąż kwestią wiary… ale też zostawił nam na tyle dużo wskazówek, że odrobina intuicji i zdrowego rozsądku wystarczy, by zauważyć, że „coś z tym światem jest nie tak” i że bez jakiejś metafizyki ani rusz. Uprawianie nauki też wymaga pewnych metafizycznych założeń.

Co do owej Zasady Zachowania Wolnej Woli (ZZWW) - można się powyzłośliwiać i powiedzieć, że co to za wolność, skoro Bóg jest tu stałym kontrolerem owej metafizycznej wagi i ciągle pilnuje, by ani fideizm, ani ateizm nie umarły śmiercią naturalną (i abyśmy mieli całe życie zagwozdkę), niemniej teoria Lewandowskiego wyraża całkiem przytomną intuicję. Poza tym, skoro kwestia istnienia Boga jest kwestią wiary właśnie, nie dowodów – w tym sensie wszyscy jesteśmy agnostykami, ale to już oddzielny temat.

Pewne pytania metafizyczne są raczej nierozstrzygalne - dlaczego w ogóle coś istnieje, dlaczego właściwie zachodzą jakiekolwiek zmiany (nie: JAK zachodzą). Dzięki subtelnej równowadze świata między determinizmem a probabilizmem (chaosem) możliwe jest zarówno przewidywanie efektów naszych poczynań, jak i niewiedza co do kształtu przyszłości.

Esejowi o Zasadzie Wolnej Woli towarzyszą dwa dodatkowe: solidnie naszpikowany terminologią filozoficzną esej tłumaczący, czym właściwie jest poznawanie – otóż następuje ono, gdy „dynamiczny akt poznawalności przemieszcza się pomiędzy bytami potencjalnymi posiadający statyczny akt istnienia” (taa…), i drugi, będący apoteozą twórczości, owej „iskry Bożej” w człowieku. Trochę „za wszelką cenę” bo według autora będziemy sądzeni nie tyle z grzechu („pomyśleć, że Bóg skazuje nastolatków na wieczne cierpienie za uprawianie seksu wydaje mi się olbrzymią herezją” – taki kwiatek) czy z braku posłuszeństwa wobec organizacji, takiej jak np. Kościół Katolicki („wszelkie wielkie systemy i organizacje są złe z definicji” – kolejny kwiatek), co z własnej samorealizacji – z tego, co zrobiliśmy z daną nam wolnością. Przypowieść o talentach jest tu bardzo na rzeczy, choć autor o niej nie wspomina. A im więcej wolności sobie przyznamy, tym większa odpowiedzialność na nas spoczywa – z tym akurat trudno się nie zgodzić.

Trochę o autorskich uprzedzeniach - autorowi czasem zbyt mocno zależy na podkreślaniu swojego protestanckiego dystansu wobec katolicyzmu, na który miejscami sypią się gromy, ale uczciwie przyznam, że i protestantom też się trochę obrywa. Najwięcej jednak niektórym filozofom, zwłaszcza zwolennikom hylemorfizmu (przekonaniu o „realnym” istnieniu Formy), bezmyślnym propagatorom arystotelesowskiej metafizyki (której karierę zawdzięczamy rzekomo… błędowi w tłumaczeniu, bo metafizyki u Arystotelesa nie ma wcale), no i Leszkowi Kołakowskiemu – głównie za bycie autorytetem współczesnej filozofii i za nadmierną analityczność. Do św. Tomasza z Akwinu stosunek autora jest dość ambiwalentny.

A teraz czas na moje złośliwości.

Dlaczego tytuł „pochwała herezji”, skoro książka nawet niespecjalnie jest o tym? Pewnie dlatego, że wszelkie schizmy tudzież nowe ruchy religijne autor uznaje za przejaw naszej wolności właśnie, więc ich nie potępia, a przeciwnie, gorąco chwali. Dalej twierdzi, że owym „nowym ruchem religijnym” był… katolicyzm, gdy odłączył się od prawosławia (tak tak, drodzy katolicy – i wy jesteście heretykami i schizmatykami), ale też protestantyzm, gdy odłączył się od katolicyzmu. Hmm, zatem skoro autor sam przyznaje, że jest heretykiem… czemu właściwie nie ortodoksem? Herezji można wymyślić sto, co zrobiono zresztą setki lat przez Lutrem i spokojnie je „odsiano”. Zamiast modlić się o jedność chrześcijan, Lewandowski sugeruje coś odwrotnego – każdy chrześcijanin może twórczo stworzyć własne chrześcijaństwo, i jeszcze za to Pan Bóg go pochwali. Hmmm…

Nie po drodze mi też z dość faryzejskim przekonaniem autora, że lefebryści, „radiomaryjni” czy inne skrajnie fundamentalne ruchy religijne z pewnością zasługują na piekło, bo zgrzeszyli z powodu „braku miłości bliźniego”. Cóż, może i tak, ale dlaczego autor staje się w tym momencie sędzią ludzkich sumień, skoro właśnie za to sędziowanie krytykuje Kościół katolicki?

Tezę głoszącą, że ascetyczny protestantyzm jest najbardziej twórczą religią uważam za zupełnie nietrafioną – a gotyckie katedry, Kaplica Sykstyńska i Tolkien to pikuś? W tej perspektywie najbardziej twórczy byłby hinduizm, ze względu i na ilość bogów, i na bogactwo ornamentyki w sztuce, tylko – co z tego wynika? Może więc twórczą w sensie ideowym – każdy sobie sterem, żeglarzem i okrętem w lekturze Pisma Świętego? Jasne – przecież na tym polega protestantyzm… Ja to widzę inaczej – bez solidnych studiów czy przynajmniej wykładni Kościoła to z Biblii można wyczytać naprawdę cokolwiek. A że owa wykładnia też zmieniała się historycznie, to już inna sprawa. Nauka też się zmienia, a mimo to zachowuje ciągłość.

Bardzo kształcące jest zapoznanie się z protestanckim punktem widzenia, choćby po to, by poznać niektóre zaskakujące uprzedzenia. Zresztą, mimo wszystko sympatyzuję z autorem, choćby dlatego, że nie po drodze mu ze zwolennikami Inteligentnego Projektu, za którym to głównie protestanci gardłują, podczas gdy katolicy się z teorią ewolucji dawno uporali. Także za odwagę – łączyć fizykę z metafizyką nie jest łatwo, czasem odnoszę smutne wrażenie, że potrafią to tylko fantaści. Tak, autor tej rozprawki jest cenionym pisarzem fantastyki, jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie. I doktorantem KUL-u na dodatek.

PS Ciekawych głównych założeń metafizyki autora odsyłam tutaj:


Link do książki - Pochwala herezji


czwartek, 27 stycznia 2011

Jarosław Marek Rymkiewicz - Samuel Zborowski

W swojej najnowszej książce Rymkiewicz zbudował piękny, ale i okrutny mit – mit polskiej wolności „za wszelką cenę”, nawet – zwłaszcza – za cenę życia.

O co chodzi z tą wolnością? Otóż, Polska, jako jedyny kraj europejski, zagwarantowała sobie w tzw. artykułach henrykowskich (powstałych w 1573 roku, podczas wyboru księcia Henryka d’Anjou na króla Polski) „legalne prawo do buntu”. To znaczy – jeśli król źle rządzi, szlachta ma święte prawo wypowiedzieć mu posłuszeństwo. W innych krajach to wiadomo, król jest bogiem w ludzkiej postaci, albo monarchą absolutnym – w Polsce królowie mogli mieć przechlapane niejako z urzędu. Czy mieli, to już inna sprawa, bo, mówiąc słowami Ziemkiewicza, jesteśmy trochę polactwem, niestety.

Świadom tego był już kanclerz Jan Zamojski , mówiąc w mało pochlebnym tonie o XVI-wiecznych, współczesnych sobie Polakach:

 „Polacy są piwo, które kisa z przodku, a potem za wodę stoi” (tak to brzmi, nie ma tu błędu – zdanie kapitalne zresztą).

Tłumacząc z polskiego na nasze: jeśli my, rządzący, przeczekamy początkowy ferment i wzburzenie, to ogarnie Polaków kompletny tumiwisizm i można z nimi zrobić cokolwiek. Jak owo piwo, co najpierw się pieni i buzuje, a potem wręcz przeciwnie. Zamojskiego pogardę władców wobec Polaków Rymkiewicz uogólnia na całą późniejszą historię Polski:

(….) od tego zdania zaczyna się długa historia pogardy Polaków, którzy rządzą, dla Polaków, którzy są rządzeni, (…) historia polskiej pogardy dla polskości. Lepsi Polacy (lepiej usytuowani, lepiej urządzeni, należący do elity) gardząc gorszymi (od nich) Polakami, gardzą też polskością.(…) Nawet ci Polacy, którzy teraz należą teraz do tak zwanej (krakowskiej i warszawskiej) elity, w swej pogardzie dla Polaków nie są w stanie pójść dalej niż zrobił to kanclerz Zamojski (…). Ale zróbcie coś takiego – mając w głowie to zdanie, które mówi o piwie, które kisa i już wykisało, włączcie wasze telewizory i posłuchajcie tych ludzi, którzy wami teraz rządzą. Posłuchajcie, co oni do was mówią. Posłuchajcie, jak wami gardzą. Nie muszą się z wami liczyć, bo mają – jak tamten kanclerz – władzę i urzędy, więc wolą się na nie, jak on, oglądać. A na was nie muszą. Wiedzą, że nic im nie zrobicie, bo siła jest tam, gdzie władza i urzędy (s. 262-263).

Prawda, że pojechał po bandzie?

Mitem założycielskim tej polskiej wolności (z pewną domieszką anarchizmu) jest według Rymkiewicza śmierć hetmana Samuela Zborowskiego, pierwszego męczennika tej szlachetnej idei. Otóż, trochę przypadkiem zresztą, podpadł on ówczesnym możnym tego świata i został ścięty z rozkazu Stefana Batorego. Ciekawych całego kontekstu tej śmierci odsyłam do książki. Jest to fascynująca relacja, choć momentami delikatnie nużąca – w szczegółowych genealogiach ówczesnych rządzących Rzecząpospolitą rodów nazwiska i imiona sypią się garściami, prawie jak u Tolkiena.

W historii Samuela Zborowskiego role bohaterów, antybohaterów i zdrajców obsadzone są jak w tragedii greckiej, w powieści sensacyjnej albo jak w porządnym micie. Najważniejszy czarny charakter to Jan Zamojski, główny zdrajca to król Stefan Batory – wcześniejszy przyjaciel Zborowskiego. Mamy też „pożytecznego idiotę” – poczciwego księdza Piotra Skargę, który gardłował ostro w swoich „Kazaniach sejmowych” przeciwko owej szlacheckiej, republikańskiej wolności, będącej dla niego czymś diabelskim, bo niszczącym porządek boski i ludzki.

Dla tych, którzy nie zgadzają się z takimi historiozoficznymi, mitologizującymi konceptami, pozostaje sama obiektywna (a przynajmniej poparta źródłami), barwna gawęda historyczna - dowiedzą się oni, że Kochanowski lubił sobie nieźle wypić (i ile go to rocznie kosztowało), albo o tym, jaką część ciała nazywano po staropolsku „korzeń dębowy”, „ogon koci”, „pazur smrodliwy” czy „nogieć wąchawy”. Poznamy też wiele metod ówczesnych tortur i innych przejawów okrucieństwa – Rymkiewicz, mam wrażenie, trochę się w tych opisach lubuje, a trochę je usprawiedliwia, bo takie to były okrutne czasy (swoją drogą, ciekawe, czy ta epoka, jakby nie było, renesansu, nie była przypadkiem okrutniejsza niż mroczne średniowiecze). Szesnastowieczna Polska okazuje się wcale nie być tak kolorowa, jak z podręcznika – palono i u nas czarownice (przynajmniej jedną, na krakowskim rynku), w osobliwy sposób zadawano karę śmierci (poprzez kilkudniowe topienie w nieczystościach), a szlachta wesoło się bawiła na jarmarku, strzelając z rusznic do obciętych za karę pewnemu kupcowi i jego drużynie „korzeni dębowych” . Kupiec zresztą, jak się okazało, niczemu nie zawinił. W wersji przygodowo-fantastycznej taką Polskę opisuje Jacek Komuda – powinna się spodobać fanom jego twórczości.

W postawie Rymkiewicza jest trochę z Nietzschego i Bergsona, trochę z pogaństwa, trochę z romantyzmu. Nie do końca zgadzam się z ową fascynacją trupami „w imię wolności”. Konsekwencją takiej postawy jest uznanie przez Rymkiewicza za najważniejsze wydarzenie w historii Polski Powstania Warszawskiego (odsyłam do recenzji „Kinderszenen”), bo tam trupów było najwięcej.

W świetle wspomnianego na początku recenzji konfliktu Polski elitarnej z „całą resztą” jasny staje się bezkrytyczny zachwyt Rymkiewicza wobec Jarosława Kaczyńskiego, a dokonana przez niego mitologizacja śmierci i ofiary znakomicie wpisuje się w katastrofę smoleńską. Rymkiewicz buduje dla PiS-u mit, wpisując konflikt Kaczyńskiego z elitą, ową „wojnę polsko-polską” w kilkusetletnią tradycję „my kontra oni”, prawdziwa Polska kontra nieuczciwi władcy. Obrońcy wolności kontra tyrani.

Wolno mu. Owa elita też ma swoje mity, „mit założycielski” Okrągłego Stołu, mit „szlachetnego Jaruzelskiego”, „nieskalanego Wałęsy” i tak dalej – wolę więc dla równowagi poczytać Rymkiewicza, choć też się z nim nie do końca zgadzam. Po prostu owe filozofie, na gruncie których stoi Rymkiewicz, są mi prawie zupełnie obce. Ale jako opowieść o historii i o tym, jak można ją postrzegać, przesiewając przez pryzmat osobistego światopoglądu – „Samuel Zborowski” jest książką fascynującą.

  • Ilość stron: 360
  • Miejsce i rok wydania: Warszawa 2010
  • Wydawnictwo: Sic!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Stephen King - Ręka mistrza

Położona gdzieś na Florydzie wyspa Duma Key jest równie tajemnicza jak ta z „Zagubionych” – były budowlaniec w średnim wieku w cudowny sposób staje się tam wybitnym malarzem. Choć maluje obrazy taśmowo i będąc w półtransie, wychodzi mu taki lepszy Dali (który rzekomo też był na tej wyspie w latach osiemdziesiątych). Mało tego, obrazy te mają jakąś moc – a to profetyczną, a to rodem z „Zaczarowanego ołówka” – jeśli namaluje burzę, to za chwilę będzie nieźle grzmocić. No i stracona w wypadku ręka czasem „działa”, nie tylko przypominając o sobie fantomowym bólem. Co jakiś czas to tu, to tam fruwają sobie wesoło upiory dziewczynek (skąd my to znamy?). W końcu to King, a nie Grochola.

Pewnie gdyby rozpisać fabułę na jakiś schemat, ujawniłoby się niepokojące podobieństwo do połowy książek Kinga, a może i nie tylko. Bohater przeżywa jakiś wstrząs – przeprowadza się w nowe, tajemnicze miejsce, które okazuje się same go „wzywać”. Tam poznaje mroczne tajemnice przeszłości, aż wreszcie musi stanąć twarzą w twarz z czymś złym i paskudnym i dokonać jakiejś rytualnej czynności. Wtedy, unikając o mały włos śmierci, pokonuje złego pana i bum! Happy end. Aha, po drodze musi zginąć ktoś bliski, żeby było mu smutno i ogólnie niewesoło.

Czysto horrorowej grozy jest w powieści relatywnie mało, pomijając może finał, pobłąka się tu i ówdzie jakiś duszek czy zombiak raz na sto stron. King postawił na budowanie atmosfery, w końcu w „Danse macabre” sam pisał, że horrorowe łubu-dubu jest najbardziej prostackim sposobem wywoływania strachu, zaś budowanie atmosfery to wyższa szkoła jazdy. (Próbuję tym usprawiedliwić pewne dłużyzny w tej 640-stronicowej cegle). Owszem, utrudnieniem zadania było umieszczenie akcji powieści w mniej sztampowym miejscu – plaże Florydy kojarzą się raczej ze „Słonecznym patrolem” niż z „księżycowym demon-komando”. A sama wysepka, na której toczy się akcja… - cóż, po „Zagubionych” rajskie wyspy straciły bezpowrotnie swoją niewinność, to raz, a dwa, należało miejsce akcji w jakiś sposób odizolować od świata – żelazne prawo horrorów.

Kilka drobiazgów, które zwróciły moją uwagę:

-metafizyczna równowaga sił. Pewną nowością, jak na horror, jest to, że w niektórych momentach bohaterowie czują, że pomimo wściekłego ataku „czystego zła” wspiera ich też jakaś subtelna „siła dobra”, bo rzeczywiście czasem jakimś megafuksem coś im się udaje. Bóg? Czy może tylko autor powieści, który musi jednak wyciągać kluczowych bohaterów z tarapatów?

-wychowawcze wtręty ideologiczne. Co jakiś czas King… tzn. bohater powieści przypomina nam, jaki to z niego dobry demokrata, a nie faszystowski republikanin, który głosował na Busha (książka powstała w 2007 roku, przed Obamą). Wygrana Busha to zapewne dla Kinga największy, bo prawdziwy, horror. „Nieważne, jakie masz poglądy, byle były liberalne”. To nie jest cytat z Kinga, za to z niego jest następujący „Jako członek Pierwszego Kościoła Adoktrynalnego nie lubię tylko takich religii, które głoszą: >Nasz Bóg jest większy niż wasz.<” (s.87). Zaiste, porażająca głębia myślenia.

-częste podkreślanie bogactwa bohaterów. Pochodzą oni z klasy co najmniej średniej, konta zasilają im miliony dolarów (niestety, nowych). Sukces zawodowy jest dla nich taką oczywistą oczywistością, że, hmm, cały ten horror wydał mi się projekcją pewnej ludzkiej potrzeby walki i samorealizacji. Ale nam nudno i wygodnie, niech mnie porwie zła siła, będę miał po co żyć i z kim walczyć - myśli sobie bohater, a jeśli nie bohater, to czytelnik, któremu lektura (w narracji FPP… tzn. pierwszoosobowej) pozwala przeżyć w ciepłym fotelu dreszczyk bezpiecznej grozy.

Ale i tak King to fachura w swojej robocie, postacie i obrazy zostają w pamięci, a emocje bohaterów pobrzmiewają autentyzmem. Jako literatura grozy skierowana do szerokiego kręgu odbiorców (czyli wykluczająca zarówno przesadne gore, jak i nadmiar fantastyczności), zdecydowanie się sprawdza. Zresztą, partie realistyczne są właściwie ciekawsze niż dość konwencjonalne elementy fantastyki grozy – takie np. opisy aspiracji genialnego malarza-nuworysza do artystycznego światka miałem za całkiem pouczające… No i sama relacja z procesu twórczego – czasem zastanawiałem się, czy King pisze o malarzu, spod którego ręki wychodzą niepokojące obrazy, czy tak naprawdę o swojej twórczości. Kto wie, może on też pisze książki w jakimś transie? To by z pewnością tłumaczyło tempo powstawania jego kolejnych powieści, za którymi niestety już przestałem nadążać.

sobota, 22 stycznia 2011

Tadeusz Solecki - Muzyka sfer niebieskich

Pierwsza dekada nowego tysiąclecia była złotym wiekiem polskiej fantastyki (przynajmniej w sensie ilościowym), a zachęceni komercyjnym sukcesem Fabryki Słów wydawcy ochoczo wydawali polskich fantastów. Zbiorek SF wydało nawet wydawnictwo dominikanów „W drodze” – cóż, dość pouczające jest zapoznanie się z tym, jak może wyglądać chrześcijańska SF, a książeczka jest dość krótka i wystarczy na godzinę czy dwie lektury.

Nieufna wobec nauki i techniki fantastyka naukowa to właściwie żadna nowość, już prekursorski „Frankenstein” grzmiał przeciw boskim uzurpacjom człowieka, o bogatej tradycji wszelakich antyutopii i fantastyki katastroficznej nie wspominając. SF więc była także technofobiczna, nie tylko technofilska. Twórczość Soleckiego (astronoma z wykształcenia) za niechętną nauce uznają tylko ortodoksyjni zwolennicy scjentyzmu, w rzeczywistości zaś jest ona próbą przywrócenia nauce należnego jej miejsca – ma być ona ważnym narzędziem poznania, a nie kolejnym bożkiem.

W opowiadaniach Soleckiego jak refren powtarza się zatem sceptycyzm wobec naukowego poglądu na świat jako jedynego i wystarczającego – w „Arce Noego” spekuluje on na temat kosmicznych cywilizacji nietechnologicznych – to my jesteśmy ślepi na rzeczywistość, bo na pewnym etapie „powierzyliśmy myślenie komputerom”. „Muzyka sfer niebieskich” to wariacja na temat pierwszego kontaktu – mamy więc muzyczny komunikat od obcej cywilizacji, którego „zrozumienie” polega na prawie mistycznym otwarciu się na tytułową muzykę i na „uwierzeniu”, gdzie czysty rozum nie ma szans.  „Czy niezapomniana chwila sam na sam z rozgwieżdżonym niebem nie mówi więcej o istocie kosmosu niż cała astrofizyka i kosmologia razem wzięte?” – oto jest pytanie. Przekaz okazuje się dziełem cywilizacji, która nie weszła w konflikt z naturą, ale i tak może wyczyniać cuda, o jakich nam się nie śniło. Dlaczego mamy tendencję do kreowania supertechnologicznych kosmitów? – pyta autor, a w „Zielonej misji” kreuje dla odmiany „floro sapiens”, gdzie rośliny stały się koroną stworzenia, a nie nieelegancka i drapieżna fauna. A taka rosiczka to co, pies?

„Fideina” traktuje o substancji wzmacniającej wiarę, która, jak wiadomo, góry przenosi – po zażyciu jej siłą umysłu tworzymy kwantowe „efekty tunelowe w skali makro”, czyli jesteśmy prawie wszechmocni. Do tego dochodzi pokusa wskrzeszenia pewnej kobiety – oczywiście nieudana, cudzy, martwy umysł nie poddaje się modelowaniu nawet siłą woli – większe cuda jednak zarezerwowane są dla Boga, inaczej będziemy mieli na sumieniu kolejne dzieci Frankensteina. 

Może najciekawszym opowiadaniem w zbiorze jest „Noosfera”. Tytułowe pojęcie to koncepcja ulubionego przez fantastów księdza-naukowca, Teillharda de Chardin (popularnego ze względu na swe niezbyt ortodoksyjne teorie, łączące ewolucję z chrześcijaństwem, z Chrystusem jako Punktem Omega). Noosfera – odkryta przez naukowców „etyczna sfera aksjologiczna”, z którą wszyscy jesteśmy połączeni, a która ma „krzywiznę ujemną” (bo łatwiej jest czynić zło niż dobro – efekt grzechu pierworodnego), zaś nasze dobre lub złe uczynki odbijają się w niej echem w przyszłości, a nawet w przeszłości...

Ciekawy zbiorek, choć jego lekturę miłośnikom fantastyki rozrywkowej raczej odradzam – głównym zajęciem bohaterów jest prowadzenie długich niby-naukowych dialogów, wyjaśniających, co, jak, i dlaczego, które jednak sam dyskurs naukowy stawiają pod znakiem zapytania lub podkreślają jego niewystarczalność w obliczu Tajemnicy. Pomimo pewnego fabularnego niedosytu książka udowadnia spore możliwości SF, która nie musi kurczowo trzymać się „światopoglądu naukowego” (którego zresztą nie ma, tak samo jak nie ma „światopoglądu biologicznego” czy „matematycznego”). Jako gra z naukowymi koncepcjami – bo tym w istocie jest klasycznie rozumiana SF – zbiorek ten jest pozycją wartą uwagi dla miłośników takich gdybań, a chrześcijaństwo, będąc tu trochę ciałem obcym, dodaje niewątpliwie pewnej pikanterii. Innym ważnym punktem odniesienia jest też oczywiście romantyzm – zdecydowanie „czucie i wiara” jako metoda poznawcza górują tu nad „formalizmem i przyczynowością”.

C. S. Lewis - Podział ostateczny

Jest jednym z paradoksów, że jednym z najpoczytniejszych teologów był w XX wieku C. S. Lewis, który nie był z wykształcenia teologiem. Zresztą, nie był nawet katolikiem, tylko anglikaninem. Lekkość pióra szła u niego w parze z erudycją i pewnym radykalizmem religijnym – zapewne stąd bierze się jego popularność. Może tęsknimy do pewnego radykalizmu, ale częsta niestrawność kościelnego dyskursu powoduje, że wolimy czytać C. S. Lewisa czy G. K. Chestertona, czy – ostatnio – Szymona Hołownię, znanych z lekkiego pióra.

„Podział ostateczny” to jedna z mniej znanych książek autora Opowieści z Narnii, opisująca ni mniej, ni więcej, tylko podróż po Zaświatach – począwszy od Szarego Miasta (będącego piekłem albo czyśćcem),a  skończywszy na Górze (Niebie). Po drodze mamy kawał fajnej teologii, z czasów chyba większej wiary w piekło niż obecnie. No i mnóstwo aluzji literackich, z Dantem i Miltonem na czele.

Sporo tez Lewisa zaskoczyć może kogoś przyzwyczajonego do letniej wizji chrześcijaństwa. Upieranie się, że Bóg i tak nas wpuści do nieba ze względu na kochającą nas rodzinę, nazywa szantażowaniem Stwórcy. Okazuje się też, że istnieją grzechy intelektu, a rzekome bohaterstwo buntowników to bardzo często płynięcie z prądem mody intelektualnej, a heretykiem łatwiej być niż ortodoksem (czy nasza „heretyckość” nie karmi aby naszego ego?). Albo inny przykład - na niebo okazuje się nie zasługiwać matka, która zbyt zaborczo kocha swoje dziecko, albo pewien uczciwy Kowalski, który nie może znieść tego, że do raju wpuścili mordercę - przecież to skandal, bo ja byłem taaaki uczciwy.

Cóż, okazuje się, że takie miejsce jak piekło jest jak najbardziej potrzebne, żeby sprawiedliwości stała się zadość – niemniej, każdy – absolutnie każdy – może  dostać się do nieba, nawet w tej „poczekalni” wciąż jest nadzieja - warunkiem jest powiedzenie Bogu „bądź wola Twoja”. Zaś jeśli do nieba iść nie chcemy – wtedy Bóg nam powie „bądź wola Twoja”. Z całą pewnością zatem niegrzeczne dziewczynki pójdą tam, gdzie chcą.

Ciekawych więcej szczegółów z podróży po zaświatach czy alegorycznego ukazania innych niewłaściwych postaw odsyłam do lektury książki Lewisa. Lubiącym fantastyczne „gdybanie” na teologiczne tematy z pewnością „Podział…” przypadnie do gustu. Zresztą, odnoszę wrażenie, że pewne prawdy teologiczne łatwiej ukazywać w fantastycznych sceneriach – typowy realizm jest raczej z założenia nie sprzyja metafizyce, a już z całą pewnością nie dosłownej. A jako że nie ma czegoś takiego jak „opisana i ukazana metafizyka”, ucieczka w fantastykę jest jedynym rozwiązaniem – z czego zdaje sobie sprawę autor, pisząc we wstępie, żeby broń Boże nie traktować jego wizji dosłownie.
 

Dominika Oramus - O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm

Książka Oramus jest książką naukową, ale z racji swojego tematu i lekkości pióra może być czytana przez każdego, dla kogo termin „fantastyka naukowa ” znaczy coś więcej niż, dajmy na to, Transformers. W książce znajdziemy skrótową historię gatunku, przegląd definicji, przegląd podgatunków fantastyki, wreszcie konkluzję, czym jest SF dziś – już nie gatunkiem czy konwencją, a techniką narracyjną, zawłaszczoną przez postmodernizm. Główny nurt od dawna używa pomysłów rodem z SF, ale to właściwie nie jest już SF – przykładem mnóstwo  antyutopii, historii alternatywnych czy fantastyki bliskiego zasięgu, gdzie „pierwiastka naukowego” nie ma wcale bądź występuje w śladowej ilości.

Osobiście najbardziej mi przypadł do gustu rozdział będący czymś w rodzaju zwięzłych monografii Dicka, Lema i Vonneguta – prawdopodobnie dlatego, że „wychowali” mnie ci pisarze, i miałem okazję dowiedzieć się co nieco nieznanych mi wcześniej ciekawostek. Całą tą trójkę łączy to, że chcieli być docenieni jako pisarze głównonurtowi, ale ich najlepsze dokonania to zdecydowanie fantastyka – choć i tak stali się „pisarzami głównonurtowymi”, no bo przecież ważny i poważny pisarz z definicji nie może pisać SF. Oramus daje nam też zwięzłą historię recepcji ich pisarskiego dorobku – okazuje się, że problem ze zrozumieniem literatury fantastycznej to dla literackich krytyków normalka.

Książkę kończy rozdział o SF jako technice narracyjnej – autorka omawia pewne książki według klucza tematycznego. Mamy więc fantastykę katastroficzną (Angela Carter „Marianna i barbarzyńcy”, Doris Lessing „Pamiętnik przetrwania”), historię alternatywną (Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”), Margaret Atwood „Opowieść podręcznej”) czy fantastykę snu ( J. G. Ballard „Wyspa”). Może najciekawszy jest podzbiór utworów opisujący przyszły (właściwie już obecny) świat jako zjawisko w coraz większym stopniu sztuczne, nieprawdziwe, wykreowane (zwłaszcza Dick, ale też Julian Barnes („Anglia, Anglia”) czy Salman Rushdie („Grimus”) – w tym ujęciu pomysły Dicka stały się idealnym środkiem opisu dzisiejszego świata dla teoretyka postmodernizmu, Jeana Baudrillarda (”Symulakry i symulacje”).

Cóż, propozycja opisu SF dokonana przez Oramus – w obecnych czasach  nastąpiło całkowicie pomieszanie gatunków i SF stała się techniką narracyjną – choć odcinająca się od definicji, sama jednak ma szansę dołączyć do listy tychże. Ma jednak tą olbrzymią przewagę, że opisuje stan bieżący. Jeśli przyjąć postmodernizm za wiodący prąd naszej epoki, rzeczywiście, jest to dość wygodny sposób opisu istniejącego stanu rzeczy – wszystko już było, czerpmy więc pełnymi garściami z tradycji, w tym też SF, która sama jest olbrzymią skarbnicą pomysłów, do której sięgać może każdy.

Można jednak widzieć SF jako jedyną antytezę postmodernizmu we współczesnej (a przynajmniej XX-wiecznej) literaturze - czym innym jest gra z nauką w SF, a czym innym kwestionowanie możliwości poznania prawdy w postmodernizmie. Ne wydaje mi się też, że poszukujący transcendencji Dick czy ubolewający nad ludzką głupotą Lem  byli „postmodernistami” – może w sensie dobieranych przez nich środków literackich, ale na pewno nie w sensie przyświecających im idei i poszukiwań, czyli tego, co przecież powinno być w literaturze ważniejsze niż czyste zabawy formalne. Worek kiczowatych pomysłów rodem z taniej SF był dla Dicka sposobem na nieortodoksyjne, metafizyczne, niepokojące poszukiwania transcendencji, a igranie z konwencjami dla Lema służyło kasandrycznemu larum nad zidioceniem człowieka (czego właśnie postmodernizm miał być jednym z przejawów). Nie wydaje mi się też, że większość opisanych przez autorkę pisarzy to postmoderniści czystej wody (za to doskonale spełniają takie kryteria Andrzej Sapkowski czy Umberto Eco). Można powiedzieć, że we współczesnej literaturze jeszcze tylko fantaści czasem mają odwagę stawiać najważniejsze pytania o istotę człowieczeństwa, granice poznania itd. – pytania, od odpowiedzi na które zrezygnowano w literaturze XX wieku. Może więc pisarz głównonurtowy sięga po technikę narracyjną rodem z SF wtedy, gdy ma coś ważnego do powiedzenia – jednocześnie stając się postmodernistą (bo czerpie z tradycji i puszcza oko do czytelnika) i zarazem przestając nim być, bo zaczyna być niepokojąco poważny, znaczący i mówiący coś prawdziwego o ludzkiej czy cywilizacyjnej kondycji – takie odniosłem wrażenie, czytając np. o „Drodze” Cormaca McCarthy’ego czy „Syrenach z Tytana” Vonneguta.

Choć książek fantastycznych ukazują się setki, to książki o fantastyce jako takiej można policzyć na palcach jednej ręki – może więc książka Oramus uczyni nową, fantastyczną wiosnę i zachęci innych literaturoznawców do wysiłku. 

(recenzję pisałem w grudniu 2010)

Brian W. Aldiss - Cieplarnia

Żelazna pozycja klasyki SF, powstała w latach sześćdziesiątych, wizją rozbuchanej roślinności przypominająca trochę cykl Yggdrasil Podrzuckiego (takie „botanic fiction”). Fantastyka naprawdę dalekiego zasięgu, Słońce lada chwila (przynajmniej lada kilka pokoleń) zamieni się w supernową, Ziemia przestała kręcić się wokół własnej osi (skutkiem czego mamy „dark side of the Earth”). Promieniowanie słoneczne zdeewoluowało wszystkie zwierzęta, zostało raptem kilka gatunków, w tym trzydziestocentymetrowy homo sapiens, skaczący sobie po gałęziach drzew – a może jednego Drzewa, porastającego całą Ziemię. /
Podstawowa zaleta powieści to wizja niesamowitej roślinności i całkiem bogata warstwa słowotwórcza – gębokłąpy, glistogluty, brzuchowiązy i wierzbomordy – roślinki latające, pełzające i polujące, krzyżówki zwierzęco-roślinne, co więcej, nawet my jesteśmy krzyżówką… grzyba ze zwierzęciem, a ów grzyb, smardz, to nasz… mózg (ha, ha, ha). Dopiero wspomniane promieniowanie położyło kres owej symbiozie i wróciliśmy do prawa dżungli i / lub stanu rajskiej szczęśliwości.


No właśnie, kusi mnie, żeby widzieć w tej powieści odwrócenie toposu rajskiego ogrodu – cały ten ziemski, roślinny anty-ogród jest skrajnie niegościnny, okrutny, ludziom radykalnie ograniczyła się samoświadomość, nie mają pojęcia o własnej historii, i bytują prawie jak zwierzęta. Odpowiednikiem rajskiego węża byłby wtedy ów wspomniany smardz, posiadający zdolności telepatyczne – jest więc scena „kuszenia” człowieka przez owe monstrum (grzyb właściwie nie jest rośliną – czyli nie jest „z tego świata”), oferujące ludziom wszechwiedzę, poznanie przeszłości – w jakiś bliżej nieokreślony sposób potrafi on „czytać” w zbiorowej nieświadomości ludzkości i tą wiedzę przekazywać. Okazuje się też, że grzyb ów jest dużo mniej altruistyczny niż ludzie, i tym „zagrzybionym” trudno się uwolnić od jego podszeptów typu „zabij członków tego plemienia, bo oni na pewno chcą zabić was” – kolejny dowód na jego „diabelski” rodowód. Albo po prostu takie wytłumaczenie, dlaczego jesteśmy tacy źli, i że to wcale nie nasza wina.

Pomimo niegłupiej ekstrapolacji ewolucji botaniki (choć podejrzewam, że jednak błędnej), trudno mi traktować poważnie „naukowość” SF, choć przemyconą w książce naukową hipotezą jest panspermia - życie fruwa sobie po kosmosie tam i siam, raz był mu potrzebny człowiek, ale zaraz może już nie być, a roślinki same potrafią polecieć w kosmos, zresztą, na Ziemię też stamtąd przyleciały. Albo obecność w powieściowym świecie pewnego prymitywnego plemienia, które ma zdolności skakania przez czas – znika sobie z pola widzenia, przenosząc się w niedaleką przyszłość, by sprawdzić, czy nic się nam złego nie stało po podjęciu jakiejś ryzykownej decyzji  – skoro żyjemy, znaczy, że wszystko ok. Pomysł właściwie bardzo dickowski zresztą.

 Fajna książka, choć trąci myszką, miłośnicy SF powinni ją znać, zresztą pewnie znają - była jedną z właściwie niewielu amerykańskich książek SF wydanych w PRL, w roku 1984, w skandalicznym z dzisiejszej perspektywy nakładzie 50,000 egzemplarzy. 

(recenzję pisałem w grudniu 2010)

John Polkinghorne - Jeden świat. Wzajemne relacje nauki i teologii

Książka Polkinghorne’a jest ciekawym przyczynkiem na temat związków – podobieństw i różnic – między nauką i religią, próbującą scalić pęknięty w którymś momencie historii obraz świata. Jeśli ktoś czuje poznawczą schizofrenię pomiędzy poglądami naukowymi a teologicznymi i jest przekonany o pogłębiającej się między nimi przepaści, powinien przeczytać „Jeden świat”. Bez obaw, autor, pomimo tego, że został anglikańskim księdzem, stanowczo odcina się od różnych teorii inteligentnego projektu i innych podobnych, które nazywa teoriami „Boga-zapchajdziury”. Co więcej, podpada pod tą niechlubną kategorię nawet Wielki Wybuch - również nie jest to żaden dowód na istnienie Boga, tylko „wstawianie” na siłę Boga w to, co niepoznane. Niepoznane dzisiaj, ale jutro? Śmierć teologii naturalnej, czyli szukanie dowodów na istnienie Boga w naturze, wyszła na dobre zarówno teologii, jak i nauce. Zasada wolnej woli zresztą zakłada, że takiego dowodu po prostu nie znajdziemy. Jeśli już, to dla wierzącego absolutnie WSZYSTKO jest takim dowodem – dla chrześcijanina cały świat więc przynależy do sfery sacrum. Możemy co prawda mieć intuicję projektu, ale żadnego dowodu na to nie znajdziemy. 

Autor sprzeciwia się nie tylko wspomnianym aspiracjom teologii, ale też charakterystycznemu dla nauki redukcjonizmowi – nie da się sprowadzić całości do sumy swych części, nie jesteśmy tylko sumą atomów, fabryką biochemiczną czy przedstawicielem homo sapiens – redukcjonizm nie ma sensu, żadna książka nie sprowadza się do papieru i farby drukarskiej, a tekst na ekranie do pikseli. 

Wbrew ideologii scjentystycznej, nauka wcale jakoś ostatecznie nie zatryumfowała, ludzie wciąż cierpią i poszukują sensu istnienia. Zresztą, to właśnie nauka zaczęła, co najmniej od początków XX wieku, uświadamiać nam pewne metafizyczne konsekwencje pewnych praw, choćby - praw fizyki kwantowej, gdzie obowiązuje inna logika (prawdopodobieństwo zamiast związków przyczynowo-skutkowych). Zresztą, kto jest co nieco zorientowany w mechanice kwantowej czy ogólnej teorii względności, ten wie, że przyprawiają one o zawrót głowy.

Pokładający zbytnią wiarę w naukę dowiedzą się z książki Polkinghorne’a, że atomy jeszcze na początku XX wieku były hipotezą, w które nie wierzyli nawet wszyscy fizycy, albo o tym, że teologiczna koncepcja „obrazu bliskiego prawdzie” jest zaskakująco podobna metodzie naukowej – w teologii każdy obraz Boga, jako z założenia niepełny, jest bałwanem, należy obalić w procesie teologicznego postępu – prawda, że przypomina to postęp naukowy?

Ogólnie, ani nauka, badająca różne szczegółowe zjawiska i z natury mająca tendencje do redukcjonizmu nie wyjaśni nam wszystkiego, ani też teologia, zmuszona do intuicyjnego czasem posługiwania się językiem symboli i metafor, ale za to chcąca dowiedzieć się czegoś o sensie „większych całości”, nie istnieją jedna bez drugiej, choć różnią się w sposób znaczący. Zatem, jakie jest stanowiska autora? Głosi on mianowicie „dualizm korpuskularno-falowy”(by użyć metafory wziętej z nauki) opisu świata) - czyli, w tym przypadku, konieczność obu tych dyskursów. Nie wykluczają się, ale nie są też tym samym, czasem inspirując się nawzajem. Rzekomy konflikt pomiędzy nimi jest dużym uproszczeniem – ale nic dziwnego, skoro nasze medialne „autorytety” to albo zaprzeczający ewolucji Maciej Giertych albo agresywny antyreligijny propagandzista Richard Dawkins – warci jeden drugiego. Naprawdę, nic nie stoi na przeszkodzie, by prawdziwy „miłośnik logosu” zachwycał się światem zarazem jako pasjonat nauki, i jako chrześcijanin.

(recenzję pisałem w grudniu 2010)

Szczepan Twardoch - Wyznania prowincjusza

Ostatnia książka Twardocha to zbiór naprawdę świetnych esejów, głównie historycznych i socjologicznych, których punktem wyjścia jest najczęściej literatura, film czy dzieło sztuki, ale nie tylko. Towarzyszymy autorowi w erudycyjnych podróżach zarówno po świecie kultury wysokiej i niskiej, ale też i po arktycznej Rosji. 

Podejście Twardocha cechuje się zarazem pewną zdrową dumą ze swojego „prowincjonalnego” miejsca w Polsce (Śląsk) i na świecie, jak i też pewnością, że następuje powolna śmierć obecnych kultur i cywilizacji – najprawdopodobniej zniknie i Śląsk, i Polska, a i Europa za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ulegnie (już ulega) radykalnej metamorfozie – nie będzie to zresztą pierwsza z „apokalips” czy „końców świata”, które już miały miejsce w historii, nie musi zresztą to być typowa inwazja militarna czy jakiś NWO. Jak bowiem wygląda Europa? Kobiety nie chcą mieć dzieci, a mężczyźni nie chcą walczyć – nawet wobec własnej chuliganerii jesteśmy bezsilni, a co dopiero wobec realnego zagrożenia z zewnątrz.

Absurdy lewicowych utopii są obecnie tak oczywiste, że Twardoch nawet niespecjalnie z nimi polemizuje, ale jeśli ktoś sądziłby, że w takim razie przyzna rację prawicowym publicystom, straszącym nas wizjami nadejścia liberalnego totalitaryzmu, też się myli. Oto cytat (str. 162): 

„Jak pokazuje nam przykład Europy Zachodniej, laicyzacja wcale nie prowadzi do totalitaryzmu (…). W rzeczywistości laicka Europa jest miękka, niezdolna do przemocy wewnętrznej (która jest przecież jego warunkiem), odurzona dostatkiem i rozpustą, zainteresowana głównie konsumpcją i seksem oraz skoncentrowana na pokonywaniu – postrzeganych jako tragedie – splotów tych dwóch wątków. Tym komplikacjom poświęcona jest znakomita większość współczesnej europejskiej twórczości literackiej, filmowej i innej, bo też niewiele więcej w ogóle Europejczyków obchodzi. Europejczycy są niezdolni nawet do przemocy w imię obrony własnego „stylu życia”, na co słusznie wskazywała Oriana Fallaci. (…) Dlatego twierdzę, że „totalny demoliberalizm” to optymistyczna wizja, bo prawdziwa, demoliberalna Europa jest nagą, odurzoną narkotykami kobietą, klęczącą w pyle, na łasce niechętnych jej domowi żołdaków”. 

O Polsce, której podstawą polityki jest ”wymachiwanie trupami”, też ma Twardoch nienajlepszą opinię, choć marzy o tym, byśmy wreszcie, jako naród, dojrzeli. Nie ma narodów „niewinnych”, może nawet dla Polski przydałaby się taka „utrata dziewictwa”, którą byłoby np. powieszenie z woli ludu agenta rosyjskiego, ostatniego naszego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie potrzebujemy żadnego „pokrzepiania serc”, ale raczej „zastrzyku z adrenaliny”. Innymi słowy, „kopnięcia żubra w d…”, jak to dosadnie określił Rymkiewicz, czego dokonał kilka lat temu Jarosław Kaczyński.

Historiozoficzne postrzeganie świata określa wybór lektur autora. Sandor Marai, Ernst Junger, Cormac McCarthy (Droga), Jarosław Rymkiewicz (Wieszanie), Wasilij Grossman (Życie i los), Chuck Palahniuk – wspólny mianownik to pisanie o radykalnych przełomach historycznych, o rewolucjach i wojnach zmieniających porządek świata, czy to z perspektywy ich uczestnika, czy badacza, czy wreszcie z na poły fantastycznej perspektywy literatury postapokaliptycznej.

Być może współczesna kultura, (częściej ta popularna niż wysoka, no i oczywiście ta niezajęta „konsumpcją i seksem”) jakoś przeczuwa to nadchodzące przewartościowanie, kryzys, rewolucję, czy po prostu własne powolne zaniknięcie – jeśli tak, to lektura esejów Twardocha i relacji z jego „postapokaliptycznych” lektur nam to uświadomi i sprawi, że będziemy spać spokojnie. Albo wręcz przeciwnie. 

Brakuje mi w książce kilku esejów – tego o książce Lecha Jęczmyka „Trzy końce historii czyli nowe średniowiecze” albo tego o „Walcu stulecia” Ziemkiewicza (oba zamieścił „Czas Fantastyki”) – nie wiem, dlaczego akurat je pominięto, książka i tak nie grzeszy objętością, co uważam zresztą za jedyną jej wadę.

(recenzję pisałem w listopadzie 2010)

Maciej Guzek - Trzeci świat

Powieść Guzka robi duże wrażenie – klasyczny konflikt pomiędzy bogatą Północą a opóźnionym cywilizacyjnie Południem (tytułowym Trzecim Światem) został przeniesiony w rzeczywistość rodem z fantasy. Archetyp ten (Północ kontra Południe) jest zapewne starszy niż serial ze ś.p. Patrickiem Swayze czy gry komputerowe wykorzystujące taki schemat (technika kontra magia itp.).

Państwem, które odkryło ten Trzeci świat – będący jedną z Legend (skoro są inne, autor otwiera tym samym furtkę do potencjalnych kolejnych powieści ze świata Królikarni) -  jest, jakże by inaczej, Polska. To dzięki ich odkryciu staliśmy się mocarstwem światowym, eksplorując te światy ile wlezie (czas tam płynie inaczej, tamtejsze miesiące równają się ziemskim dniom, więc momentalnie staliśmy się niewiarygodnie bogaci w zasoby naturalne). Nie do końca jest to jednak hiperpatriotyczne – otóż, ceną za bycie supermocarstwem jest pozbycie się wizerunku pokornego kraiku, słynącego głównie ze zwycięstw nie tyle bitewnych, co moralnych. Polska, mówiąc łagodnie, nie certoli się ze „złem”, uosabianym przez różnego rodzaju dzikie, magiczne kreatury. I co na to narodowcy – zamienilibyście Polskę na takie wredne imperium trzęsące światem? Bo ja sam niby chcę, a mam wątpliwości.

W wir tego konfliktu między cywilizowaną Północą a „dzikim”, „magicznym” Południem rzucony jest bohater powieści, reporter -  stylizacja na Kapuścińskiego jest naprawdę świetna (narracja oczywiście jest pierwszoosobowa), dowodzi też, jak niewykorzystany potencjał tkwi w fantasy, jak właściwie niewiele trzeba, by błysnąć w tej konwencji. Bo właściwie dlaczego fantasy musi być patetycznym eposem? Już widzę oczyma duszy reportaże z fantastycznych krain a’la Cejrowski, książki kucharskie, poradniki motywacyjne, sekretny dziennik Adriana Trolla czy co sobie tylko zamarzymy.

Powieść jest krótka, sporej wielkości czcionka nabija sztucznie jej objętość, gdyby nie to, mielibyśmy do czynienia z broszurką. Niemniej warto – jest to gęsta proza, fotograficzne „migawki” z Trzeciego Świata zapadają w pamięć, no i mamy klasyczny schemat podróży do jądra ciemności – im dalej, tym mroczniej, tym okrutniej, tym odważniej świat południa wyciąga po bohatera swoje macki, aż w końcu ciemność przenika go dogłębnie, bo przecież kto walczy ze złem, sam staje się jego częścią i takie tam. Tylko kto tu jest zły, a kto dobry – z takim pytaniem zostawia nas autor.

(recenzję pisałem w listopadzie 2010)

Marcin Wolski - Jedna przegrana bitwa

Powieść Wolskiego przedstawia alternatywną historię, której punktem wyjścia jest przegrana przez Polaków Bitwa Warszawska w 1920 roku. To ciekawy paradoks, że w polskiej literaturze bitwa ta pozostaje praktycznie białą plamą (wyjątek – „Lewa wolna” Mackiewicza), pomimo że historycy zgodnie uważają, że radykalnie zmieniłaby ona losy świata i jest jedną z najważniejszych bitew w historii. Wolimy kultywować nasze narodowe piękne klęski niż piękne zwycięstwa?

Wolski chce przywrócić nam pamięć o tej bitwie, choć czyni to w przewrotny sposób, pokazując nam, czegośmy uniknęli. Przedstawia w tej fantastycznej historii świat, gdy bolszewizm pochłania całą Europę – w końcu jego celem było niesienie internacjonalistycznej rewolucji „uściskanym narodom”. Do końca la trzydziestych XX wieku powstaje Eurosojuz (EZSR), a Francja, Włochy, Hiszpania stają się sowieckimi republikami. Francuzi rządzą za to w Afryce (Departament Wolnej Francji), kolonializm – waloryzowany pozytywnie - kwitnie tam jak się patrzy i wszyscy -  tubylcy i kolonizatorzy - na tym zyskują (wielokulturowość jak żywo taka sama jak w dzisiejszej Francji, tylko z przeciwnym kierunkiem kolonizacji). Tymczasem Ameryka, niejako w odpowiedzi na sowieckie zagrożenie, radykalizuje kurs -  jej prezydentem zostaje magnat prasowy Randolf Hearst (pierwowzór Obywatela Kane’a) i tworzy trochę faszyzujące państwo policyjne. Oczywiście bez przesady, nie ma tam takiego zamordyzmu, ale inwigilacja jest na porządku dziennym, Murzynów wysyła się do zarządzania Ameryką Południową (z czym nieźle sobie radzą), a Żydów odsyła do Izraela.

Ciekawie Wolski zarysował dzieje Kościoła. W Eurosojuzie schodzi on do katakumb i silnej konspiracji, zresztą, na świecie też źle się miewa - po upadku Watykanu dwóch papieży rości sobie prawo do tego tytułu, a odpowiednik Jana Pawła II – Jan Pawłowicz – zakłada w Ameryce radio Wolna Polska, oczywiście w Polsce zagłuszane, ale niosące nadzieję światu i – zwłaszcza – Polakom. Postać Jana Pawłowicza jest już czystą hagiografią, dokonuje on prawdziwych cudów, otacza go aura osoby naprawdę „nie z tej ziemi”, godzi zwaśnionych antypapieży, powstrzymuje młodzieżową rewoltę lat sześćdziesiątych, postuluje całkowite zniesienie telewizyjnej reklamy (!), wreszcie wpływa na przemianę duchową głównego bohatera. Co do tegoż bohatera – Marcina Wolaka – mamy w powieści silne sygnały, że jest on alter ego autora, ponieważ został obdarzony wieloma cechami Wolskiego, poczynając od podobnego nazwiska, poprzez cytowanie autentycznych pamiętników ojca (uczestnika Bitwy Warszawskiej), na wprost podanych elementach biograficznych kończąc (kariera radiowa, paranie się fantastyką – jego znany z naszej rzeczywistości „Matriarchat” w alternatywnym świecie zostaje sfilmowany i zdobywa nawet kilka Oskarów).
Łatwo dostrzec w powieści schemat inicjacji, charakterystyczny m.in. dla fantastyki socjologicznej – od nieświadomości do buntu, od radosnego popierania systemu do kontestacji, od „nie wiem” do „wiem” (określenie Parowskiego) – bohater nie zdaje sobie początkowo sprawy, że otacza go fikcja i kompletne sfałszowanie historii, stopniowo jednak otwiera oczy na rzeczywistość. Służy temu zarazem zapoznanie się z pamiętnikami ojca, ale też jednoczesna „inicjacja religijna” – spotkanie chrześcijan i zapoznanie się z nauką Kościoła. Z medialno-politycznego matrixa możemy się uwolnić poprzez tradycję i religię – tak bym określił najważniejsze przesłanie książki. Inna sprawa, czy wszyscy czytelnicy się z tym zgodzą.
Niestety, o samej Bitwie Warszawskiej jest w powieści niewiele, trochę więcej dowiemy się z posłowia. Według Wolskiego zresztą wygraną zawdzięczamy nie tyle „cudowi”, co znakomitemu dowodzeniu Piłsudskiego, i to mu w pierwszej kolejności należy się chwała (dla równowagi – Rosjanin Wiktor Suworow w „Lodołamaczu” twierdzi, że przyczyną rosyjskiej klęski były raczej rażące błędy sowieckich dowódców niż geniusz Piłsudskiego).

Powieść czyta się świetnie, mamy szczegółowo rozpisaną alternatywną historię polityczną świata dla fanów takich spekulacji, sporo akcji (w tym brawurowa ucieczka przez Saharę do wolnego świata), dobrze oddaną atmosferę PRL-u do kwadratu, trochę wątków romansowych też się znajdzie. Przyznam, wizja Wolskiego poraża swym rozmachem i sprawia wiarygodnie wrażenie, że gdyby zmienić ten jeden element historycznej układanki (przegrana Bitwa Warszawska), tak mógłby wyglądać świat. Wolski twierdzi, że w tej powieści dał upust swemu czarnowidztwu, ale – czy ja wiem? Choć Polska jako państwo przegrywa, wygrywa na tym polska emigracja pod duchową opieką Jana Pawłowicza, a Polacy brak suwerenności odbijają sobie z nawiązką, zasiadają w amerykańskim Kongresie, są gubernatorami etc., a nasi filmowcy podbijają Hollywood (podobnie jak w „Lodzie” Dukaja, gdzie trzęśliśmy carską Syberią). Wygrywa wreszcie bohater – Wolak/Wolski, któremu udaje się poznać prawdę, uciec z sowieckiego obozu, zrobić karierę w Ameryce, aż wreszcie, z inspiracji Jana Pawłowicza, doznać ostatecznej przemiany duchowej. Wtedy to, gdy ksiądz Jerzy Popiołek (chyba wiadomo, o kogo chodzi) proponuje mu mniej komercyjne spożytkowanie talentów dziennikarsko-literackich, ten pyta retorycznie „tylko co wam może pomóc człowiek słabej wiary, były chwalca Dzierżyńskiego, goniący za życiowymi uciechami hedonista, spec co najwyżej od fantastyczno-naukowych historyjek?” Czy są to słowa Marcina Wolaka, czy raczej spowiedź Marcina Wolskiego, usprawiedliwiającego przed czytelnikami własny epizod z PZPR, a obecnie jednego z najradykalniejszych antykomunistycznych pisarzy? Jest to zatem chyba najbardziej osobista książka autora.

(recenzję pisałem w listopadzie 2010)

Marcin Wolski - Noblista

Powieści Wolskiego są zacne z powodu swej antypostkomunistycznej wymowy – autor głosi niepoprawne politycznie sądy o konieczności lustracji, o ciemnych kartach autorytetów PRL-u, o związkach wielkiego biznesu ze służbami czy o tym, że rozmaite służby specjalne wciąż potrafią wysmażyć jakiś „montażyk”, urabiając opinię publiczną. Powieść przeciera szlak przetarty przez książki Volkoffa czy Suworowa, opowiadając o ciemnych kartach biografii fikcyjnego literata, Henryka Barskiego. U owego „najwybitniejszego polskiego pisarza”, kandydata do Nobla, można doszukać się różnych podobieństw do Szczypiorskiego czy Szymborskiej, ma więc pewnie reprezentować część naszych elit, zawdzięczających swoją karierę „umoczeniu”. Co ciekawe, ów Barski wcale nie zasługuje na jednoznaczne potępienie, ale żeby to stwierdzić, należy książkę przeczytać w całości.

Jako czytadło, książka jest znakomita – nawet nie zauważyłem, kiedy przeczytałem jej połowę, historia sensacyjnego śledztwa prowadzonego przez młodego historyka literatury, Wiktora Leśniewskiego posiada wszystkie zalety dobrej literatury popularnej – trochę romansu i seksu, cliffhangery kończące rozdziały, miejscami jakieś pościgi i wybuchy, no i ta tematyka – ciemne karty najnowszej historii Polski - bliższa sercu każdego Polaka niż jej ludlumowskie odpowiedniki.

Szkoda tylko, że jest to kolejny „komiks prozą” (określenie Dukaja) w wykonaniu Wolskiego, mam wrażenie, że autor trzaska te powieści trochę zbyt taśmowo – ale w końcu to literatura popularna. Fabularnie, Noblista sytuuje się gdzieś na poziomie powieści Dana Browna (choć językowo jest dużo lepszy), tyle że z KGB, SB i WSI zamiast Opus Dei w roli zbrodniczych organizacji – tu jednak Wolski ma o wiele więcej racji niż wymysły Browna. No i bohaterowie nie są jednak aż tak papierowi.

Dzisiaj, po trzech latach, tę powieść, napisaną i wydaną w okresie rządów „strasznych Bliźniaków” czyta się jak dokument z minionej epoki, a Wolski sympatii dla Kaczyńskich specjalnie nie ukrywa. Mamy nawet wątek zamachu na prezydenta, który dostrzega w proroczym śnie jeden z bohaterów – w kontekście Smoleńska to autor zatem wykazał się pewnym niepokojącym profetyzmem.

Polecam, choć miejscami zbyt akcyjno-komiksowe rozwiązania powodowały zgrzytanie zębami. I wciąż mam wrażenie, że autora stać na dużo więcej. Aha, znajomość pierwszego tomu cyklu (Z nieprawego łoża) nie jest wymagana, każda z powieści jest zupełnie odrębną historią.

(recenzję pisałem w listopadzie 2010)

Marek Oramus - Trzeci najazd Marsjan

 Powieść Trzeci najazd Marsjan to udana próba wskrzeszenia klasycznej fantastyki socjologicznej AD 2010 – spośród tworzących nią  autorów został właściwie tylko Oramus (chyba że Ziemkiewicz wróci do pisania SF). Byłem trochę zaskoczony poprzednią powieścią tego autora, Kankan na wulkanie, która była bardziej political niż science fiction, z akcją umieszczoną w Polsce za kilka lat i przypominała raczej obecny tzw. nurt „rozliczeniowy” z naszą najnowszą historią (Wildstein, Wolski, obyczajowe powieści Ziemkiewicza).

Najazdem… Oramus znów nabiera głębszego oddechu, mamy inwazję z kosmosu (albo coś inwazjopodobnego), mamy rok 2032, a akcja dzieje się w Niemczech (Polski już nie ma, jest za to Pol-Ukraina). Co prawda bohaterem nie jest pilot od rakiety czy inny heros w trykotach, ale zwykły bezrobotny o swojskim nazwisku Papadopoulus. Cóż – znak czasu. Efekt cieplarniany hula jak się patrzy (tu akurat polemizowałbym), zamiast przeludnienia nastąpiło wyludnienie, a ludzie jak zawsze chcą chleba i igrzysk. Igrzysk nawet pożądają bardziej; ostrze krytyki jest skierowane wobec wszystkiego co masowe i ogłupiające (kultura masowa, konsumpcjonizm, pozbycie się aspiracji i ciekawości, wygodnictwo oferowane nam przez cywilizację etc.). Trochę się z Oramusem zgadzam, ale przecież ta jego powieść sama jest elementem kultury masowej, powieścią rozrywkową polaną moralizująco-alarmistycznym sosem – czy to nie jest więc podcinanie gałęzi, na której się siedzi?

Zajdlowski kostium fantastyki kosmicznej przestał być już potrzebny, nie ma dziś potrzeby oszukiwać cenzury i kreować innoplanetarnych dystopii, a tak naprawdę pisać o Polsce. Oramus prawie zupełnie zignorował konwencje cyberpunku i space opery -  ludzie wciąż kurczowo trzymają się Ziemi, a kolejne sondy marsjańskie wracają z niczym, bo się nagminnie psują (bynajmniej nieprzypadkowo – dość ciekawa spiskowa teoria dziejów, której sam autor oczywiście nie traktuje poważnie). Świat nie różni się specjalnie od świata dzisiejszego, poza pewnymi absurdalnymi gadżetami typu  grille na energię słoneczną czy zmodyfikowane genetycznie kwadratowe pomidory (żeby się lepiej w skrzynkach układały) – lubię złośliwe poczucie humoru Oramusa, choć tu nie ma ono takiego natężenia jak we wspomnianej poprzedniej powieści.

A jak wygląda tytułowa inwazja Marsjan? Otóż okazuje się, że ani to Marsjanie , ani to inwazja, bo ci nie-Marsjanie nie częstują nas wirusem ani inną bronią, a zasypują gadżetami, nawet niespecjalnie luksusowymi, ot, rozmaite sprzęty AGD. Potem pojawiają się ich wysłannicy -  człowiekopodobne konstrukty, następnie otrzymujemy od nich psychogaśnice vel myślotłuki, urzeczywistniające coś w rodzaju lemowskiej etykosfery – skierujesz toto w stronę potencjalnych agresorów, a ci narobią w spodnie i na dodatek obdarzą cię przyjaznymi uczuciami. Albo specjalne wychodki, służące do utylizacji wszystkiego, co zbędne, a nawet do recyklingu, np. do zamiany nudnych książek na ciekawe. Wrzucasz parę cegieł Dostojewskiego i otrzymujesz serię powieści erotycznych. Jednym słowem same plusy. Oczywiście ludzkość ochoczo korzysta z wszelakich ułatwień egzystencji.

Miłośnicy fantastyki naukowej będą czytać Trzeci najazd Marsjan jak wycieczkę  po klasyce gatunku – nie tylko Wells , Strugaccy i Zajdel, jak sugeruje tytuł, ale też Bradbury (odwrócenie sytuacji z Kronik Marsjańskich), wspomniany Lem, i dużo więcej.

Powieść jest wydana poza jakimikolwiek fantastycznymi seriami, co właściwie ma sens, gdyż sprzeciw wobec kultury masowej jest wyraźny, a Oramus jest zwolennikiem literatury na poważnie, takiej np. fantasy nie cierpiąc i chyba też nie rozumiejąc. Oramus wykreował się na głównego outsidera polskiej fantastyki , stąd też powieść wydana jest poza fantastycznymi seriami Fabryki Słów czy Runy. Ale fantastyce wierny pozostał i chwała mu za to.

Dobrze, że w powodzi lepszych i gorszych czytadeł pojawiają się takie książki, przypominające nam o człowieczeństwie i o tym, że nic prostszego niż stać się małpą w stadzie. Niemniej, nie wróżę tej powieści zawojowania list bestsellerów, choć właściwie chciałbym, by tak się stało. Byłby to swoisty paradoks – książka, która krytykuje konsumpcjonizm i kulturę masową, sama jest przecież napisana językiem tej kultury, sama musi znaleźć konsumentów.

W finale mamy zaskakujący pean na cześć SI (Sztucznych Inteligencji), którym to nie dorastamy do pięt - odniosłem wrażenie, że autor nie cierpi ludzkości. Ale SI zbawiająca ludzkość od siebie samej, metodą ortodoksyjnego chirurga (chore kończyny trzeba odciąć) – to chyba lekka przesada. Owa niechęć do ludzkości jako bezmyślnego stada nie oznacza jednak nieprzepadania za ludźmi, ci są zarysowani ze sporą sympatią i empatią. Może to jest zresztą jedyne właściwe podejście?

(recenzję pisałem w listopadzie 2010)

Mario Vargas Llosa - Gawędziarz

Powstałą w latach osiemdziesiątych powieść Llosy powinien koniecznie przeczytać Wojciech Cejrowski – być może natchnie go ta książka, by samemu zostać takim indiańskim storytellerem. Jeśli siła przyciągania indiańskiej kultury będzie wystarczająco silna, kto wie, może czeka go ten sam los co bohatera tej powieści... Jakieś ginące plemię by na tym zyskało, chociaż my byśmy z pewnością stracili.

Llosa przeplata dwie narracje: własną (pozostawiam tu roztrząsanie, w jakim stopniu jest to kreacja autorska) - człowieka reprezentującego zachodnią cywilizację, zafascynowanego ginącym amazońskim plemieniem Macziguengów, i narrację peruwiańskiego Żyda, Saula Zuratasa, konwertyty na indianizm, który żyje wśród Indian i pełni wśród nich funkcję gawędziarza. Funkcja ta ma ogromne znaczenie – taki gawędziarz zastępuje nie tylko podtrzymuje tradycję czy pośredniczy w wymianie informacji pomiędzy rozproszonymi członkami plemienia, ale też zastępuje wszystkie rozrywki białych, posiadające strukturę opowieści – literaturę, film, teatr, telewizję.

 Taka konwersja jest, przyznaje Llosa, właściwie niemożliwa – żaden biały nie może wejść w buty Indian aż do tego stopnia, chyba że... uznamy, że prawem opowieści jest też czasem zmyślanie (Indianie też czasem lubią słuchać kłamstw, okazuje się), więc, może… Llosa gawędziarza po prostu wymyślił. Ale, z drugiej strony, autor uzasadnia nam ową przemianę i kreuje wiarygodny portret psychologiczny bohatera-odmieńca (poza tym znał go w czasach studiów), więc skłonni jesteśmy mu uwierzyć.
Dość przypadkiem książkę tą czytałem jako swoiste uzupełnienie Rio Anacondy Cejrowskiego – obie opowiadają o podobnym spotkaniu człowieka cywilizowanego z człowiekiem natury, i o hipnotycznej sile przyciągania indiańskiej kultury, której poddają się zarówno Cejrowski, jak i Saul Zuratas, zmyślony bądź nie. Llosa nawet mniej upiększa Indian, podając nam przykłady autentycznych okrucieństw, jakich ci się dopuszczają (zabijanie kalekich niemowląt) i rzucając gromy na przeciwników akulturacji, dzięki czemu pytanie „cywilizować czy nie cywilizować” pozostaje otwarte. Bo niby dlaczego garstka Indian ma zajmować 80 % powierzchni kraju i żyć w epoce kamienia łupanego?

Na deser zostają nam smakowite indiańskie mity kosmologiczne, a nawet opowiedziana przez Saula przy pomocy tychże mitów historia... Żydów, ale też Chrystusa (mówiącego „jestem tchnieniem Tasurincziego, jestem synem Tasurincziego, jestem Tasurinczim”) i smakowity opis przemienienia się Saula w owada – literackim tropem jest tu oczywiście kafkowska „Przemiana”, ulubiony utwór gawędziarza z czasów nieindiańskiej młodości, ale przecież – znów Cejrowski się kłania – Indianie takie rzeczy ponoć potrafią. Wierzyć, nie wierzyć?

Ciekawy hołd złożony sztuce opowieści i próba narracji z wewnątrz obcego nam kręgu kulturowego – raczej udana. Polecam, choć uczciwie przyznam, że nie orientuję się specjalnie w twórczości Llosy i nie wiem, jak powieść umieścić w kontekście innych jego pisarskich dokonań.

(recenzję pisałem w październiku 2010)

Wawrzyniec Podrzucki - Mosty wszechzieleni

Powieść Podrzuckiego jest zakończeniem dobrze przyjętej przez czytelników i krytyków trylogii Yggdrasil. Profesja autora (jest mikrobiologiem) zdaje się gwarantować solidniejsze podstawy naukowe do fantazjowania, i tak jest rzeczywiście. W tomie trzecim nareszcie wyjaśnia się zamysł autora, ważniejsze wątki fabularne zostają zamknięte, choć niektóre zostały potraktowane po macoszemu.

Jest to SF, która ma ambicje być jednocześnie klasyczna i nowoczesna – klasyczna w schematach fabularnych (pościgi, ucieczki, statki kosmiczne, wreszcie scjentyzm jako światopogląd, choć dość umiarkowany) ale i nowoczesna – cyberpunkowe gadżeciarstwo, nanomaszyneria, neurotransfery osobowości. Rozpasana biologia, wykreowana przez człowieka, wymyka się spod kontroli, a algorytmy nanomechanizmów odpowiedzialnych za olbrzymie megastruktury – Drzewa – dokonują samoistnej autoewolucji.

O dziwo, lawirując pomiędzy starym i nowym, Podrzuckiemu udało się wziąć to, co najlepsze z tych obu tradycji, młodzieńczą brawurowość przygodowej SF z dojrzałym sceptycyzmem dotyczącym samych plusów technologicznego raju. Powieść ani nie gloryfikuje nadmiernie nauki, czyniąc naukowców współodpowiedzialnymi za eksperymenty wymykające się spod kontroli, ani też nie czyni z niej jakiegoś synonimu piekielnej, zakazanej maluczkim wiedzy, wynikającej z chęci zastąpienia Pana Boga. Przykładowo, jeśli chodzi o wejście ludzkości do technologicznego, cybernetycznego raju – wieczna młodość, brak chorób itd. – w powieści mamy gorących apologetów tegoż, jak i gorących przeciwników. Notabene, powieściowy reprezentant religii ma olbrzymi dylemat, czy owe technologiczne Niebo gorąco popierać, czy równie gorąco zwalczać. Tym bardziej, że powieściowy technologiczny raj – holisfera – przypomina teillhardowski Punkt Omega, oferując ludziom jakąś milionosobową jaźń, utworzoną przez kolektomorfy. Autor opowiada się za możliwością wyboru – kto chce stać się postczłowiekiem, proszę bardzo, kto nie – droga wolna, Kosmos czeka.

Cykl Podrzuckiego moim zdaniem stoi dokładnie pośrodku pomiędzy odmóżdżaczami w rodzaju Ziemiańskiego a zamóżdżaczami w rodzaju Dukaja, powinien zatem spodobać się każdemu miłośnikowi rodzimej SF, zarówno tej „rozrywkowej”, jak i „problemowej”. 

(recenzję pisałem w październiku 2010)

Jarosław Marek Rymkiewicz - Wieszanie

Z książki Rymkiewicza dowiemy się fascynujących szczegółów z życia Polaków schyłku XVIII wieku, głównie warszawiaków, ale nie tylko. Na przykład o zdobiących Warszawę kilkupiętrowych wieżach z gnoju, o tym, co należało do obowiązków kata (wywożenie padłych zwierząt oraz… palenie książek), albo o tym, że pierwsze loty machiną aerostatyczną (czyli balonem) poważnie zakłócały naturalny porządek świata. Ale to tylko garść smakowitych anegdot, siła książki leży w jej głównej tezie. Jakiej? O tym za chwilę.

Tytułowe wieszanie, będące motywem przewodnim całej książki, służy autorowi do różnych historiozoficznych i zgoła metafizycznych rozważań – o specyfice naszego „ducha narodowego”, o słusznym gniewie ludu, skierowanym ku zdrajcom i obcym agentom. Okazuje się, że w tym gorącym okresie mieliśmy swój własny, krótkotrwały co prawda, epizod prawdziwego terroru - powieszono kilkanaście osób, także tych należących do prawdziwej ówczesnej elity - i może niewiele brakowało, a stalibyśmy się drugą Francją, gdzie ścięto Ludwika XVI. Naprawdę mogło być tak, że u nas zawisnąłby król Stanisław August Poniatowski, zdrajca numer jeden, za swe działanie na rzecz obcego mocarstwa sowicie opłacany przez carycę Katarzynę. . . i, jak przekonuje nas autor, źle się stało, że nie wisiał. Polacy staliby się narodem królobójców – prawda, że fascynujące?

Oczywiście, trzy lata temu, gdy ukazało się „Wieszanie”, doszukiwano się w „Wieszaniu” zawoalowanej metafory historii najnowszej; przypominam, że były to rządy znienawidzonego PiS-u; osiemnastowieczny konflikt : pospólstwo (a może gorzej – motłoch czy ciemnogród) kontra elity można było łatwo przełożyć na (wciąż zresztą niewygasły) konflikt :PiS (bądź jego wyborcy) kontra elity dzisiejsze. A Szczepan Twardoch w świetnym eseju dotyczącym tej książki (dostępnym na jego blogu) przekonywał, że kolejną historyczną szansę na prawdziwe wieszanie przegapiliśmy w roku 1989, gdy Jaruzelski i Kiszczak mogli ozdobić warszawskie latarnie – poziom znienawidzenia komuny był wówczas w społeczeństwie naprawdę wysoki.
Tezą najważniejszą książki Rymkiewicza jest, że egzekucja „z woli ludu” ostatniego króla Polski zrewolucjonizowałaby polską historię, udowodniłaby, że nie jesteśmy tylko narodem, biernie jej podlegającym , dodałaby nam odwagi, unowocześniła i usamodzielniła. Ale że tak się nie stało – elity mamy (nie wszystkie oczywiście) wciąż antypolskie, a „masy” tchórzliwe. Owszem, teza taka brzmi karkołomnie, ale zapewniam, po lekturze wyda się dość przekonująca.

Rymkiewicz jest wśród dzisiejszych elit outsiderem i nonkonformistą, ośmiela się mówić innym niż one głosem, i naprawdę warto przeczytać, jakie jest jego rozumienie polskiej historii, wbrew naszym szkolnym skojarzeniom, niesamowicie fascynującej. Przypomina, że ówczesnych ludzi emocje polityczne nakręcały tak samo, jak dziś podczas kampanii wyborczych, albo i bardziej. A przecież historia to wczorajsza polityka, a polityka to dziejąca się na naszych oczach historia – o tym też warto pamiętać.

(recenzję pisałem we wrześniu 2010)

Wojciech Cejrowski - Rio Anaconda

Książka Cejrowskiego jest olbrzymią kopalnią informacji i anegdot o Latynosach, Indianach i południowoamerykańskiej dżungli. Przekonamy się między innymi, że poligamia dla indiańskiego wodza to przykry obowiązek, a nie przyjemność, poznamy bardzo atrakcyjny sposób przyrządzania chichy (stare Indianki mieszają toto z własną śliną), wreszcie dowiemy się, kto komu – szaman Cejrowskiemu czy na odwrót - wysysał śmiertelny jad z pewnej, hm, niesfornej części ciała.

Książka jest zbudowana tak, by schematem fabularnym przypominać wyprawę do „jądra ciemności” – od zamieszkanego przez cywilizowanych Latynosów miasta Mitu, poprzez stację przestankową - wioskę indiańską ucywilizowaną „połowicznie” i utrzymującej sporadyczny kontakt z Białymi - aż do prawdziwych Dzikich Plemion, gdzie jest naprawdę niebezpiecznie i tajemniczo. Słowem, napięcie rośnie, a im dalej w dżunglę, tym więcej zaskoczeń i wrażenia obcowania z naprawdę innym światem.

Można czytać Rio Anacondę jak science fiction - Indianie jako odpowiednik Obcych, gdyż mają naprawdę inną mentalność i żyją w innym świecie… a może to raczej my jako „ludzie przyszłości” dla nich. Można też jak fantasy – nie wiem, na ile autor koloryzuje, ale wydarzeń z cyklu „schowaj racjonalizm w kąt” jest mnóstwo – telepatia, jasnowidzenie, wchodzenie w umysły zwierząt, wymazywanie wspomnień, komunikacja „podświadoma” (z pominięciem języka) czy celowe zakrzywianie czasoprzestrzeni, by biały człowiek wiecznie błądził po dżungli – to tylko niektóre z możliwości szamanów z plemion Carapana. Prawda, że przypomina to raczej serial „Herosi”, niż relację z rzeczywistej wyprawy? Z większością tych zjawisk autor miał zresztą bliski kontakt (na niektóre był odporny, ponieważ brakowało mu wiary). Zostało niepokojące pytanie – czy Indianie w to wierzą, bo to jest prawdziwe, czy jest to prawdziwe, ponieważ oni w to wierzą? Możliwości trzeciej – autor to wszystko wymyślił – jakoś trudno brać pod uwagę, zwłaszcza, że deklaruje się on jako „man of science, man of faith”, i sądzi, że owe tajemnicze siły zostaną kiedyś poddane naukowemu opisowi. Jednoznacznie ostrzega przed traktowaniem tych zjawisk dla zabawy. Dla Indian ten świat nigdy nie jest przedmiotem przesadnej ciekawości; to Biali zrobili z nieszkodliwej koki – kokainę, a z okultyzmu i narkotycznych tripów - hobby. Indianin o wiele mniej boi się węży, piranii (i w ogóle - śmierci) niż tego, że podpadnie szamanowi obcego plemienia.

Ów aspekt książki, gdy staje się ona „młotem na racjonalistów”, osobiście wydał mi się najciekawszy, ale książka powinna spodobać się każdemu, kto lubi posmak egzotyki i przygody, z dodatkowym miłym poczuciem, że to zdarzyło się naprawdę, nawet jeśli autor trochę koloryzuje, w końcu wolno mu. No i to przekonanie, że mamy do czynienia z czymś, co na naszych oczach odchodzi bezpowrotnie w przeszłość – Dzikich Plemion jest w roku na rok coraz mniej, a walec cywilizacji niszczy je nieubłaganie.

(recenzję pisałem we wrześniu 2010) 

Archiwum bloga