środa, 31 sierpnia 2011

Małpa z Duchem Bożym

Książka R. J. Berry’ego jest ciekawa, choć miejscami mało porywająca, może poza rozdziałem o aborcji i embrionach, który zjeży włosy na głowie każdemu katolikowi; dobrze, że autor referuje historię dyskusji na temat aborcji i pewne przemilczane zazwyczaj fakty (ilość odrzucanych przez ludzki organizm embrionów czy trochę inne dawne traktowanie przez Kościół „wczesnej” aborcji, w co aż się wierzyć nie chce), ale, przyznając się do agnostycyzmu w temacie „kiedy już nie embrion, a człowiek” przyznaje niechcący słuszność stanowisku katolickiemu – ano właśnie, skoro nie wiadomo, to czy nie lepiej dmuchać na zimne? Dobrze, niech nawet z każdych 100 zapłodnionych jaj natura samoczynnie odrzuca 70, ale czy to znaczy, że można beztrosko podchodzić do reszty? Co z tego, że to zjawisko naturalne? Skoro wirusy, wulkany i samochody zabijają ludzi, to się nic statystycznie nie zmieni, jeśli samemu ich się trochę powystrzela, tak? A już zupełnym pomieszaniem pojęć jest zrównanie „nieistnienia” spowodowanego aborcją z „nieistnieniem” spowodowanym powstrzymaniem się od seksu. Tu się nasuwa wniosek – skoro i tak mamy tak znikomą szansę przyjść na świat (trochę większą, jeśli rodzice są katolikami), bo nawet, jeśli po zapłodnieniu (wcale nie tak oczywistym) jakimś cudem przebrniemy przez „sito” natury, to można się na dodatek pchać z łapami, bo dopiero drugi tydzień i na pewno nie jesteśmy jeszcze człowiekiem? W każdym razie angielski Komitet do spraw zapłodnienia i embriologii człowieka, którego członkiem jest autor (HFEA, Human Fertilization and Embriology Authority) udziela licencji projektom badawczym, byle były „etyczne” (szukały lepszych metod antykoncepcji, technologii badających anomalie genowe etc.). To już eugenika czy jeszcze nie? Autor bagatelizuje trochę geny, podkreślając rolę środowiska na ukształtowanie się pełnego człowieka, chcąc w ten sposób usprawiedliwić genetyczne zabawy.


Z pozostałą częścią książki trudno się nie zgodzić. Rozdział o ekologii jest już lepszy, autor co prawda tradycyjnie straszy nas dziurą ozonową i globalnym ociepleniem, ale też przytomnie krytykuje różne panteizmy, new age, obala mit „szczęśliwego dzikusa”. Plemiona pierwotne też potrafiły niszczyć naturę, a w wielkim mieście, o zgrozo, spotkać można ludzi szczęśliwych i spełnionych. Niektórzy ekolodzy zresztą obwiniają (!) za postęp… Biblię (chodzi o nakaz „czyńcie sobie ziemię poddaną”). Mam to za kolejny ddowód słuszności postrzegania chrześcijaństwa przez Chestertona – dla jednych będzie ono zawsze zbyt konserwatywne, dla drugich, jak widać, zbyt postępowe. Dla jednych – zbyt ascetyczne, dla drugich – zbyt rozpustne. Zbyt agresywne – zbyt łagodne, wyrafinowane – prostackie, i tak dalej, i tak dalej, par opozycji można znaleźć dużo.


Wracam do książki. Teoria ewolucji umieszcza autor w szerokim kontekście zarówno historii przyrodoznawstwa, jak i historii myśli teologicznej – nie wzięła się znikąd, ponieważ skamieniałości i narządy szczątkowe znano wcześniej. Darinowi zawdzięczamy wyjaśnienie mechanizmu ewolucji, a nie samą koncepcję. Poza tym ewolucja nie była młotem na religię, wręcz przeciwnie – Bóg ewolucji nareszcie przestał być Bogiem deistów, paleyowskim zegarmistrzem, który nakręcił zegarek, stał się natomiast (tzn. oczywiście był od zawsze) transcendentny i immanentny zarazem. Zresztą, przez stulecia przyrodoznawstwo miało motywację religijną właśnie; tacy np. członkowie Towarzystwa Królewskiego byli wierzący. Potrzeba było paru nieporozumień, by nastąpił rozdźwięk (autor obwinia o to „sprawę Galileusza”, trochę może też, ale i Galileusz funkcjonuje jako pewien mit). Ogólnie – badanie przyrody od zawsze było działaniem mającym na celu poznanie Boga, po czym „oświeceniowcy” i „pozytywiści” zdemonizowali Kościół i chrześcijaństwo, a „romantycy” zdemonizowali naukę. I mamy pomieszanie z poplątaniem, jedni żałują, że nauka nie odpowiada na naiwne według niej pytania typu „po co żyjemy” i „jaki to ma sens”, drudzy kpią z Biblii, że, ha ha ha, Jozue zatrzymał słońce. Według nich Biblia powinna być napisana językiem artykułów ze Świata Nauki


Książkę mam za wiarygodną; autor krytykuje panteizm, teorię Gai, nawet do koncepcji Teilharda de Chardina czy holistycznych zapędów teorii unifikacyjnych podchodzi dość sceptycznie. Bogato cytuje noblistów, wykazuje jasne granice kompetencji nauki i religii, odróżnia hipotezę od teorii (tak tak, to dlatego „ewolucja jest więcej niż tylko teorią”). Na pytanie, czy jesteśmy małpą (w końcu pod względem zoologicznej klasyfikacji jesteśmy zwierzęciem, mamy bardzo podobne geny itd.) czy bożym stworzeniem, odpowiada – i jednym i drugim. Sporo miejsca książka poświęca cudom, wskazując na słabe punkty „antycudowej” argumentacji, ale też na słabe punkty argumentacji C. S. Lewisa.


Warto przeczytać; autor swobodnie porusza się po sferze przyrodoznawstwa (jest profesorem genetyki) i chrześcijańskiej duchowości, Biblię też cytuje obficie. Można krytykować spory rozrzut tematyczny (celem było „uchwycenie nieporozumień” pomiędzy wiarą a nauką). Mamy zatem trochę historii przyrodoznawstwa i teologii ze wskazaniem przyczyn nieporozumień i niechęci, mamy trochę o ekologii po chrześcijańsku, trochę wreszcie o bioetyce na anglikańskim podwórku, gdzie proaborcyjna retoryka dominuje – cóż, mam szczerą nadzieję, że akurat w tej kwestii anglikanie kiedyś zmienią zdanie.


7/10


R. J. Berry, Bóg i biolog. Wiara a nauki przyrodnicze, Wydawnictwo WAM, Kraków 2005

czwartek, 18 sierpnia 2011

Rzemiosło Carpentera

Dom wariatów, przepraszam, szpital psychiatryczny, to całkiem wdzięczne miejsce dla twórców horrorów. Wiadomo, że wszelakie nadprzyrodzone kreatury będą traktowane jako efekt choroby psychicznej pensjonariuszy, więc kolejnym wrogiem będzie personel, chcący, by pacjenci pozbyli się „urojeń”.

Jak to wygląda w najnowszym filmie klasyka gatunku, Johna Carpentera? Od strony realizatorskiej trudno cokolwiek zarzucić, niezły horrorek klasy B dla trochę młodszej publiczności, świetna czołówka z kołysanką przypominającą tą z Dziecko Rosemary i rozbitymi lustrami, same dziewczyny (Amber Heard i inne piękne dwudziestoletnie) w rolach prześladowanych przez zombiakowatą potworzycę pensjonariuszek, i psychopatyczny (ale bez przesady, siostra Ratched to nie jest) doktorek (Jared Harris) od elektrowstrząsów i innych przyjemności. A umieszczenie akcji w barbarzyńskich latach sześćdziesiątych dodało filmowi klimatu retro – ten film mógłby właściwie powstać wówczas, może poza zakończeniem na dzisiejszą modłę.

Od strony scenariusza zaś jest to tysięczna historia, znana wszystkim na pamięć – piątkę dziewoi prześladuje jakaś szkarada, z jakiegoś spokoju nie mogąca po śmierci zaznać spokoju i mordująca winnych i niewinnych; wykonanie jakiejś czynności przywróci zjawie spokój i wyświetlą się napisy końcowe. Zombie (czy cokolwiek to jest) straszy i morduje, zły doktorek stosuje nowatorskie metody leczenia (elektrowstrząsy) w żadne zwidy nie wierząc, a widzom podsuwa się mylne tropy co do prawdziwej motywacji zachowania potworka – słowem, to samo co zwykle. Oglądałem to cudo, marudząc i ziewając – sztampa, sztampa, sztampa.

(trochę spoileruję w następnym akapicie, choć bez konkretów)

A tu – niespodzianka, bo zakończenie filmu ujawniło niezłe zakręcenie a’la dawny Shyamalan czy Wyspa tajemnic, a ja dałem się oszukać scenarzyście. Może bym i na to wpadł, ale ten dość słaby film nie wyglądał mi na taki, które w ogóle może takie drugie (trzecie) dno posiadać. Wydawało by się, że „rzeczywiste” (dla bohaterów) istnienie potworów w domu wariatów to żelazna zasada horroru, a tu – niekoniecznie. I może to my jesteśmy dla siebie większym zagrożeniem niż świat zewnętrzny, tworząc w głowie własne piekła i własne demony. I własne światy.

Jednak zaskakujący twist fabularny na koniec to trochę za mało. Sprawna realizacja, trochę klimatu i niezłe zakończenie są na plus, ale od klasyka Johna Caprentera oczekiwałem więcej niż sprawnego rzemiosła. Zwłaszcza że jego poprzednie dziełka, nowelki w Masters of Horror (Cigarette Burns i Pro-life) były albo rewelacyjne (ta pierwsza) albo przynajmniej dobre (ta druga).

Oddział (The Ward). Reżyseria: John Carpenter. Scenariusz: Michael Rasmussen, Shawn Rasmussen. Obsada: Amber Heard, Mamie Gummer, Danielle Panabaker, Laura-Leigh, Lyndsy Fonseca, Jared Harris. USA 2010.

5/10

trailer


piosenka


Brzydki film o pięknej przyjaźni

[Przyznam się, że, poza czytaniem książek, lubię też oglądać filmy, a nawet, o zgrozo, seriale. Może trochę to namiesza w dotychczasowym kształcie tego bloga, ale spróbuję też co niektóre porecenzować co nieco. Co prawda nie czuję się specjalnym koneserem filmowym, ale, jak się tak zastanowić, to i książkowym też nie – a może nawet jestem bardziej na bieżąco z filmem niż z literaturą (obejrzenie filmu zajmuje góra dwie godziny, przeczytanie książki jednak trochę więcej). Ech, gdzie te czasy, gdy fascynowałem się komiksem czy muzyką…]


Tytułowi Mary i Max to dwóch archetypicznych nieprzystosowańców z problemami, które naszym pradziadkom nawet do głowy by nie przyszły. Dziewczynka, Mary Daisie Dinkle, nieatrakcyjna i zakompleksiona ośmiolatka, jest obiektem drwin rówieśników. Jej matka to alkoholiczka, a tatuś – wiecznie zajęty wypychacz zwierząt. Max Horovitz zaś to nieatrakcyjny czterdziestoparolatek, mający trochę z Lema i trochę z Adasia Miauczyńskiego, zafascynowany nauką samodzielny konwertyta z judaizmu na ateizm (między innymi przez lekturę Asimova, ha ha ha), z nerwicą natręctw, asertywny aż do przesady, nie rozumiejący i właściwie też nie lubiący ludzi. Tak jak Mary, dzieciństwo miał ciężkie i smutne, a dodatkowo gnębiły go dzieciaki-antysemici.

Taką parę więc tylko pozornie więcej dzieli, niż łączy. Czy można opowiedzieć historię ich miłości? Miłości raczej nie, bez posądzania o pedofilię (choć czas fabuły wykracza daleko poza pełnoletniość bohaterki), ale przyjaźni – czemu nie. Dodatkowo bohaterowie nie poznają się osobiście, z racji odległości (jedno mieszka w Australii, drugie w Nowym Jorku), a ich jedyny kontakt to wymiana korespondencji, rozpoczęta właściwie przypadkiem. Naprawdę odnosimy wrażenie, że listy takowe pozwalają im na większą otwartość niż czasy facebooków, skype’ów i sms-ów (akcja rozpoczyna się w latach 70-tych). Nie obędzie się bez jakiejś olbrzymiej wtopy popełnionej przez jednego z bohaterów, którą ten będzie musiał potem długo odkręcać, chcąc odzyskać nadwątlone zaufanie - schemat zgodny z regułami wziętymi z komedii romantycznej.

Jest i smutno, i śmiesznie, i wzruszająco, i miejscami niesmacznie (nadmiar kup zwierzęcych). Całość wygląda jak Wallace i Gromit w wersji skrajnie turpistycznej. Animacja zdecydowanie nie dla dzieci, w zamierzeniu będąca pochwałą przyjaźni, może jednak przynieść skutek odwrotny od zamierzonego z powodu olbrzymiego ładunku egzystencjalnej beznadziei pod tytułem „obojętny świat, źli ludzie, oj biedny ja, biedny”. Przykładem może najdobitniejszym jest samobójcza próba jednej z postaci dokonywana w w rytm melodii ‘que sera, sera’, będąca przejawem humoru doprawdy wisielczego. Podśmiechiwajki z rzekomo zbyt słabej edukacji seksualnej dzieciaków w dzisiejszych czasach to też kula w płot. Ale ogólnie rzecz bardzo dobra, łyk optymizmu-humanizmu (wiary w ludzi, pomimo wszystko – na większy optymizm takie „humanistyczne” produkcje nie mogą się zdobyć) może lepiej smakuje poprzez kontrast z wiadrem antybajkowej melancholii. A pokpiwanie ze współczesnych depresji i fobii zatomizowanych jednostek może mieć pewną wartość oczyszczającą i edukacyjną. Rzecz wygląda bardziej na produkcję europejską (zwłaszcza francuską) niż amerykańską; taki gadający Chomet. Sprawdziłem – pochodzi z Australii, o, nie wiedziałem, że oglądam film z kategorii „kino egzotyczne”…

8/10

Mary i Max (Mary and Max). Reżyseria i scenariusz: Adam Eliott. Obsada (głosy): Toni Collette, Philip Seymour Hoffman, Barry Humphries, Eric Bana, Bethany Whitmore. Australia 2009.






czwartek, 11 sierpnia 2011

Dobór nienaturalny

Jako że wolę czytać cykle hurtowo, a nie detalicznie, czekałem cierpliwie rok, a może dwa, na finałowy (a przynajmniej drugi) tom Przedksiężycowych Anny Kańtoch – nie doczekałem się, a mając ochotę na coś lżejszego, zabrałem się za lekturę. Z jednej strony – powieść wydało złe i brzydkie wydawnictwo Fabryka Słów, do czytania książek którego żaden szanujący się wykształciuch przyznawać się nie powinien, z drugiej – chwalili ją Dukaj i Orbitowski. Skoro tak, to zaryzykuję, pomyślałem.

I nie żałuję. Powieść Kańtoch to nowoczesna science fiction, obficie podlana new weirdowo-steampunkowym sosem. Tak, żadne tam fantasy, choć podejrzewam, że reklamowanie książki jako „hard SF” (choć trafniejsze w tym przypadku byłoby „soft SF”), i w dodatku napisane przez kobietę, wydawca uznał za marketingowe samobójstwo, więc cicho sza, niech książka udaje kolejną fantastykę mieszającą wszystkie konwencje. W końcu wydawnictwo samo takowąż w dużym stopniu wypromowało (Grzędowicz, Ziemiański itd.).

Cóż, na brak fantastycznych atrakcji narzekać nie można. W dużym stopniu są one zapożyczone, choć nie wiem, na ile świadomie. Kreacja ogólna to zabawa w huberathowym duchu ontologią wielu światów – choć nie ich łańcuchem czy gniazdem, a drabiną. Dodajmy do tego różne nasilenie entropii w niższych światach i zabawy z różnie upływającym czasem. Co jakiś czas kilkunastomilionowe Lunapolis „skacze” kilka lat w przyszłość (przechodzi szczebelek wyżej na drabince), ale nie wszyscy się przenoszą – tylko ci „najlepiej przystosowani”, choć nie bardzo wiadomo, do czego, czytelnik otrzymuje tylko strzępy informacji o kryteriach tego specyficznego doboru. Towarzyszy temu nakręcany przez dwie korporacje kult doskonałości – jedna, Principium, nalega, by dobierać geny pod kątem jakiejś najlepszej cechy (często jednak kosztem czegoś, chcesz mieć talent, tracisz urodę), druga, Equilibrium, jest za równowagą, tak na wszelki wypadek. Być dobrym w kilku dziedzinach czy wybitnym w jednej? – oto jest pytanie, być może jedno z ważniejszych, jakie zadają sobie i dzisiejsi piękni i zdolni dwudziestoletni. A co z tymi, którzy zostali w przeszłości? Ano nic, czeka ich smętna wegetacja i śmierć w opuszczonym świecie o niepokojąco wysokim stopniu entropii, bez nadziei na Przebudzenie. Nie wiem, czy jest zapożyczenie świadome, ale takie okrucieństwo zasad bardzo przypomina pomysły Huberatha.

Sporo motywów bardzo przypomina też koncepcje Dicka (Zajdla?) – sam motyw, gdy bohaterowie zaczynają odkrywać (dopiero w końcówce pierwszego tomu, ale czytelnik podejrzewa to już wcześniej), że całe te zasady motywujące społeczność Lunapolis to jakaś ściema dla maluczkich. Albo telepaci i telekinetycy. Albo narkotyki, pobudzające inwencję wynalazców.

Z pomysłów innych wspomnę jeszcze o transferach osobowości ludzi i zwierząt w mechanoidy, istnienie kart perforowanych zamiast komputerów (co łączy się z ogólnym dziwnym stanem techniki – albo rzeczy bardzo proste, albo bardzo skomplikowane, bez stanów pośrednich typu samoloty), wreszcie art-killerzy, którzy uczynili z zabijania sztukę. Zresztą, sztuka jest głównym zajęciem mieszkańców Lunapolis, maszyny wyręczają ludzi w pracach codziennych.

Szkoda tylko, że tak kunsztownej kreacji świata towarzyszą zupełnie niewiarygodni bohaterowie i dość chaotyczna fabuła, której lwia część w ogóle nie wymaga takich fantastycznych dekoracji. Czy może sam nie wczułem się klimat i owa dziwność bohaterów jakoś odzwierciedla dziwność świata, który też jest i kunsztowny, i ułomny zarazem? Trudno mi było zrozumieć charakter postaci, lawirujących pomiędzy cynizmem a idealizmem i przeżywających rozterki i dylematy niepokojąco podobne do dylematów nastolatków udających dorosłych. Konflikt bohaterki z despotycznym ojcem, uczuciowe dylematy, odkrywanie w sobie potencjału zarówno do czynienia zła, jak i do altruizmu, wyjątkowo pozbawione emocji, trójkątne i czworokątne podejście do spraw seksu – w tym momencie książka robi się dzieckiem podszyta. A może nie tyle dzieckiem, co po prostu pokoleniem emo, którego jakoś nie potrafię wyczaić.

Można Przedksiężycowych właśnie potraktować jako metaforę stanu ducha dzisiejszego młodego pokolenia – musisz brać udział w wyścigu szczurów, przeskakując kolejne szczeble, bo inaczej zginiesz, pochłonięty przez czas i zapomnienie (w języku SF: entropię). Gorzej, że zasady wyścigu zrobiły się niejasne, gorzej, że cel może być mistyfikacją. Sztuka, twórczość jest dobra, ale stała się bardziej koniecznością niż przyjemnością (każdy powinien być artystą). Jeśli fantastyka jest metaforą (klasyczna teza Ursuli K. Le Guin), w tej roli powieść Kańtoch sprawdza się całkiem nieźle. Koncepcja świata, choć pełna zapożyczeń, też jest oryginalna – chętnie zobaczę, jakie wyjaśnienia i jakie nowe tajemnice przygotowała autorka. Żeby tylko nie skończyło się jak Mroczna wieża Kinga…

Anna Kańtoch, Przedksiężycowi (tom 1), Fabryka Słów, Lublin 2009

link do księgarni 

poniedziałek, 25 lipca 2011

I konserwy mogą marzyć

Nieprawe łoże i Noblista, czyli poprzednie części Trylogii optymistycznej, której zwieńczeniem jest Kaprys historii, były dobrymi czytadłami, dowodzącymi, że i konserwatywna prawica ma swoją popkulturę. Wolskim ostentacyjnie gardzi krytyka literacka – gdyby był z „salonu”, piano by z zachwytu nad sprawnością warsztatową, rozrachunkami z historią i tak dalej. Autor „prawicowy” nie ma prawa pisać ambitnie (bo taki autor z założenia jest głupszy od autora „lewicowego”), ale gdy napisze coś popularnego, dostaje baty za to, że pisze literaturę popularną, nie wysoką. Inna sprawa, że i część naszej konserwy jest przekonana, że „naszym” nie uchodzi pisanie takich dyrdymałek.

Cóż, sam chciałbym Kaprys historii pochwalić, ale niestety, nie bardzo jest za co. Ostatnie czytane przeze mnie alternatywy Wolskiego (Wallenrod, Jedna przegrana bitwa) mam za całkiem sympatyczne i prowokacyjne czytadła. Pozostałe, które czytałem, też były niezłe – Pies w studni, Alterland, Noblista. Na tym tle Kaprys historii jest powieścią zdecydowanie słabszą.

Z całej Trylogii optymistycznej w Kaprysie najwięcej fantastyki, niekoniecznie najwyższych lotów. Jest fantastyka „paranormalna” – telepatia, opuszczanie ciał przez dusze, pamięć genetyczna wreszcie, forsowana dość silnie jako teoria więcej niż fantastyczna. No i mamy fantastykę naukową, ale rodem z taniego SF – sztucznie utrzymywane przy życiu mózgi, wypasione szpiegowskie gadżety bondopodobne,  osiągnięcie samoświadomości przez sieć itd. To akurat jest dość zaskakujące – elementy fantastyki „naukowej”, racjonalnej rzekomo, są w powieści traktowane z przymrużeniem oka, ironicznie, będąc częścią konwencji, zaś pseudonaukowe, paranormalne bzdetki autor wydaje się lansować, a przynajmniej nie wykluczać hipotezy ich istnienia. Chodzi mi głównie o wspomnianą pamięć genetyczną, która tłumaczy wiele zachowań zwierząt, np. to, że pisklęta panikują na widok orła, a nie bociana. Co na to przyrodnicy?

Rozczarowanie przynosi kreacja postaci, płaskich jak biust Keiry Knightley (określenie z powieści). Siostra Adama Podlaskiego (znanego z poprzednich części trylogii), narratorka powieści, jedzie papierem aż miło, przekazanie jej narracji niczego nie zmienia i niewiele nam o niej mówi. Rozwiązania fabularne to często łatwo zauważalne nawet dla mnie deus ex machina, zwłaszcza w finale, gdzie bohaterowie dokonują cudów. Dosłownie. Chyba że potraktować to jako kpinę z konwencji – ostatnio zrobiłem się jednak głuchy na ironię.

Są i plusy, za które mam - jak zwykle u Wolskiego zresztą – ciekawe dywagacje historyczne, socjologiczne etc, celne wtręty o charakterze „prawicowo-konserwatywnym”, np. o wojnie w Wietnamie, tylko, obawiam się, że… lewica książek Wolskiego nie czyta, a prawica i tak wie o tym doskonale.

Poprzednie części trylogii były raczej kryminałami ze szczyptą fantastyki. W Kaprysie… zaś mamy jej cały garnek (paranormal-techno-political fiction…), niekoniecznie z pożytkiem dla całości. Szkoda trochę powieści, ale może po prostu za wiele wymagam od fantastyki – w tej powieści  jest ona dość sztampowa, stanowi ułatwienie kreacji i jest wytrychem fabularnym tłumaczącym wszechmożliwości postaci. Jako powieść sensacyjna broni się też właściwie średnio. Wątek historyczno-polityczny jest tu zdecydowanie najciekawszy. Ogólnie, odnoszę wrażenie, że Wolski byłby lepszym pisarzem, gdyby w książkach bardziej skupiał się na polityce i historii i pokręconych losach ludzkich niż na fantastyce i i sensacji – póki stanowią one smakowite przyprawy, jest dobrze, dodają one wówczas powieściom energii i pewnej specyficznej pikanterii. W Kaprysie historii autor jednak zdecydowanie przesolił.
 ----------------------------------------
W Cudzie nad Wisłą Wolski po raz kolejny dał się ponieść marzycielskiej fantazji o lepszej Polsce. W Wallenrodzie gromiliśmy z Niemcami Sowietów, w Jednej przegranej bitwie Sowieci gromili nas, ale i tak potęgą polskiego ducha i przedsiębiorczości zawojowaliśmy świat. Tutaj mamy zaś prawidłowy, idealny przebieg naszej „bezkrwawej rewolucji” lat 1989-1990 („roku zerowego” w Tracę Ciepło Orbitowskiego – czy mitologizacja tego czasu już jest faktem?). Tym razem fantastyczną motywacją wydarzeń nie jest historia alternatywna, ale zaświatowa walka osobowych, a jakże, sił dobra i zła o duszę Polski. Na skutek zakładu pomiędzy aniołem a diabłem ów pierwszy dokonuje jednego cudu – przemienia mianowicie na okres jednego roku Wałęsę w opatrznościowego męża stanu, inteligentnego i oczytanego, a nawet zupgrade’owanego moralnie. Otóż diabeł jest przekonany, że to prądy historii kierują jednostkami, a anioł, że zupełnie odwrotnie – więc ten drugi ma szansę to udowodnić i dokonuje owego cudu z Wałęsą. Z poglądami owego anioła zgodziłby się Waldemar Łysiak, ale to już inna historia.

Oczywiście w tej alternatywnej historii o naszej udanej dekomunizacji wszystko jest tak, jak być powinno – zagraniczne inwestycje nie oznaczają wyprzedaży majątku narodowego, porządnie przeprowadza się prywatyzację, majątek PZPR przejmuje państwo, Wałęsa przed kamerami przyznaje się do bycia Bolkiem, Kaczyńscy wciąż są centrystami, a Jarosław nawet… zakochuje się i żeni. Demony nacjonalizmu, wbrew obawom Michnika i nadziejom Rymkiewicza, okazują się nie takie straszne, a lustrację można przeprowadzić w cywilizowany sposób, unikając zarówno niesłusznych pomówień, jak i wieszania na latarniach. Jednym słowem, Wałęsa jako szlachetny mąż stanu wydobywa z wszystkich to, co najlepsze, a różnego rodzaju „element antypolski” zepchnięty jest na margines. W tle dwójka niby głównych bohaterów, ale często będących na uboczu – Kasandra i Kamil, z odpowiednimi życiorysami, pełnymi zawirowań partyjno-solidarnościowych, jak to u Wolskiego. Jest też trochę historii miłosnej, a w scenach romantycznych i erotycznych jak zwykle konserwatyzm idzie w parze ze specyficznym libertynizmem; czasem owo rozdarcie między konserwatywnym podejściem do seksu czy dziewictwa a zamiłowaniem (koniecznością?) do upychania „momentów” jest naprawdę schizofreniczne – to też bardzo charakterystyczna cecha powieści tego autora.

Powieść powstała w maju i czerwcu 2010 roku – zakończenie to jednoznaczne nawiązanie do Smoleńska; podobnie kończył się Zgred Ziemkiewicza, również ukończony w tym okresie. Czy Smoleńsk wymusił zmianę zakończeń tych utworów? Niewykluczone – i nie wykluczam też, że będzie częstym tematem powieści, nie tylko fantastycznych.

Wolski, jak większość pisarzy z lewej i prawej strony (poza skrajnościami), również wkurza się na to, że Polska to albo mesjanizm o czasem samobójczych skłonnościach, albo tumiwiszące polactwo. Może tylko recepty ma inne. Cud nad Wisłą odebrałem jako kolejną „patriotic fiction” z cyklu „jaka powinna być Polska” – owa warstwa spekulatywno-polityczna (quasihistoryczna) jest na tyle dominująca, że podrzędne wobec tegoż są wykorzystane konwencje – fantastyki religijnej, satyry politycznej, historii alternatywnej czy  thrillera.

Zresztą, powieść jako satyra broni się moim zdaniem słabo - nie ukrywam, nie rozśmieszyła mnie specjalnie. Pod powierzchowną warstwą humoru, budowanego poprzez jajcarsko poprzekręcane alternatywne nazwiska (Wałęsa-Szwendała, Kaczyński-Indykiewicz, Michnik-Pysznik, Moczulski-Sikulski, Miller-Killer, Karuzelski, Turban, etc), małpowanie stylu np. wstępniaków Michnika i przerysowanie zachowań polityków, wyczuwałem podskórną gorycz i żal, że w okresie geopolitycznej koniunktury nie wyłoniliśmy żadnego wybitnego przywódcy na miarę męża stanu, żadnego „super-Wałęsy”.

Pomimo narracyjnej prostoty, nadmiernego wymieszania różnych konwencji i odczucia pośpiechu przy pisaniu powieści, nie jest to zła książka, ponieważ próbuje rozpoznać „błędy założycielskie” pierwszego etapu naszej transformacji ustrojowej. Prawdopodobnie nie przetrwa próby czasu, ale jest niezłym dokumentem postsmoleńskiej konserwatywnej mentalności, marzącej o III RP bez błędów i wypaczeń. I znów odnoszę wrażenie, że fantastów, częściej niż głównonurtowców, obchodzą „ważniejsze sprawy” (polityka, historia, filozofia itd.). No i Polska jako taka, od paru lat będąca silną namiętnością naszych literatów, a po Smoleńsku to już w ogóle. Tylko czy taka literatura, nieważne, hiperpatriotyczna czy antypatriotyczna, ma szansę zainteresować kogoś poza Polakami i być naszym towarem eksportowym? Cóż, może dla reklamy Polski w świecie więcej dobrego zrobiłby jakiś nowy Wiedźmin czy inny polski Harry Potter niż wszystkie tomy Ziemkiewicza i Wolskiego razem wzięte…

Marcin Wolski, Kaprys historii, Zysk i S-ka, Poznań 2009
Marcin Wolski, Cud nad Wisłą, Czerwone i Czarne, Warszawa 2010

sobota, 23 lipca 2011

Wojny prawd

Struktura postrzegana od strony fabuły jest thrillerem korporacyjnym z akcją umieszczoną w niedalekiej przyszłości (za jakieś 20 lat), w Polsce, głównie w Warszawie. Ciekawe, czy owa „pierwsza polska fantastyczna opowieść korporacyjna”, jak głosi okładkowy blurb, stanie się kolejnym podgatunkiem fantastyki.

Na szczęście, miłośnicy głównonurtowych, antykorporacyjnych gorzkich żali (Zwał Shuty’ego) nie mają tu czego szukać – Protasiuk jest daleki zarówno od jednoznacznego potępiania korporacji, jak i od jakichś specjalnych zachwytów; fascynuje go zresztą zachodni model sukcesu a’la Facebook (i swojska Nasza-klasa) – droga od grupy kumpli do megakorporacji, która wciąż jest możliwa, nawet w Polsce. Ale cóż to byłby za thriller bez złej korporacji, strzegącej zazdrośnie swoich sekretów, wymuszającej posłuch i posuwającej się nawet do zbrodni?

Owe korporacyjne rozgrywki to plan dla fantastycznej intrygi z kosmitami i powstaniem SI – brzmi to banalnie, ale banalne nie jest, ponieważ ów sztafaż rodem z klasycznej SF, ufologicznych teorii spiskowych i przyszłościowych urban legends służy autorowi do rozważań na temat natury prawdy jako kategorii filozoficznej. W głębszej warstwie Protasiuk zamierzył sobie ambitną filozoficzną rozprawkę, oscylującą wokół tych samych tematów, co np. Dukaj w Oku potwora czy Lodzie (możliwość obiektywizmu, niewystarczalność logiki dwuwartościowej typu prawda-fałsz do opisu świata). Ładnie wplótł w to trochę mechaniki kwantowej, trochę teorii chaosu, a nawet, wzorem Snerga czy Huberatha, pokusił się o stworzenie pewnego modelu poznawczego, łączącego w jedną całość mistykę, naukę i statystykę – podoba mi się ta hipoteza, stawiająca znak równości pomiędzy odmiennymi sposobami poznawania rzeczywistości.

          Okazuje się, że i dzisiaj filozofowanie w duchu klasycznej SF, czerpiące z całkiem aktualnych nauk ścisłych, można, jak się chce, przełożyć na lekkostrawną fabułę – i to nie tylko poprzez streszczanie teorii naukowych ustami bohaterów. Na przykład różne, przeczące sobie nawzajem interpretacje zachodzących w powieści wydarzeń są ładną metaforą zasady nieoznaczoności. Widzę też tu literackie nawiązanie do postmodernizmu – przypominają mi się powieści choćby Johna Fowlesa i tegoż gry w „co jest prawdą” poprzez oddanie głosu różnym narratorom. O postmodernizmie gawędzą sobie bohaterowie powieści, postrzegając świat jako grę. Tyle że owa filozofia w Strukturze nie ma na celu negacji kategorii prawdy, a służy poszukiwaniu jakiejś wyższej (nad)struktury, łączącej odmienne sposoby postrzegania – tym się Protasiuk różni od „klasycznych” postmodernistów.

Lubiącym luźne prognozowanie też powinna się Struktura spodobać (co prawda mam spore wątpliwości co do trwania UE w roku 2030) – warstwa gadżeciarska jest obecna, choć nienachalna. Co ciekawe, Protasiuk przewiduje także regres w niektórych dziedzinach – na przykład powieszenie się w jednej chwili wszystkich „inteligentnych”, sterowanych całkowicie elektronicznie samochodów poprzez jednoczesne… aktualizowanie systemu powoduje olbrzymią katastrofę komunikacyjną i blokuje na wiele lat prace nad cyfrową inteligencją.

Jeśli ktoś spodziewa się nawalanek z kosmitami czy robotami, nie ma tu czego szukać. Niemniej, sensacyjnej akcji, pełnej strzelanin, pościgów i innych zabaw nerdów przyszłości typu krav maga, jest sporo, i to w stopniu zdecydowanie nie-dukajowskim. Sama Struktura zaś została opleciona mgłą tajemnicy, finał nam niewiele wyjaśnia, a jej zachowanie przywołuje na myśl solaryjski ocean Lema czy Strefę Strugackich.

U Protasiuka atrakcyjność fabularna idzie w parze z atrakcyjnością snucia spekulatywnych teorii. Może dla dzisiejszego czytelnika, przyzwyczajonego do fantastycznego miszmaszu łączącego wszystkie konwencje, książka wyda się mało fantastyczna, bo rzeczywiście autor w budowaniu scenografii jest dość ostrożny – osobiście zupełnie mi to nie przeszkadzało. A usytuowanie akcji w Polsce też jest zaletą powieści; polscy autorzy SF uciekają daleko w kosmos bądź w wirtualne, postludzkie światy – Protasiuk idzie pod prąd.

Michał Protasiuk, Struktura, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009.

środa, 13 lipca 2011

Albo w raju, albo w sieci

Zaskakująco dobry zbiór fantastycznych opowiadań – w zdecydowanej większości utrzymanych w konwencji klasycznej, przyszłościowej SF – pełen niebanalnych pomysłów i specyficznego, momentami absurdalnego poczucia humoru. Jak na dzisiejsze czasy przystało, dominuje tematyka postludzi i światów wirtualnych, a autora fascynują dwa tematy, które zapewne zostaną radykalnie przedefiniowane w niedalekiej przyszłości – pierwszy to ludzka tożsamość, drugi - sprawy ostateczne (śmierć, nieśmiertelność, nasze wirtualne bytowanie pozagrobowe). Każdego fana SF książka powinna usatysfakcjonować – a Legendy cyberkatakumb, niestety, przemknęły bez większego echa.

Przyznaję, że z tych dwóch tematów eschatologia wszelka jest mi zdecydowanie bliższa. Weźmy takie opowiadanko jak Zgon ekstremalny. Fajnie jest dzisiaj, przy coraz większym poczuciu bezpieczeństwa, np. skoczyć na bungee, ale gdyby tak można było pójść dalej i naprawdę przeżyć własną śmierć, po czym się obudzić i przekonać się, że to była tylko wirtualka, na nasze własne życzenie zresztą? Oczywiście im większy realizm umierania i skala bólu, tym większa euforia po przebudzeniu. Pojawiają się zatem kluby takich masochistów – multiagonalistów, kolekcjonujących ekstremalne przeżycia – rekordziści mają kilkaset takich „śmierci” na swoim koncie. Przy czym starzy wyjadacze lubują się mp. w różnego rodzaju wyrafinowanych i przewlekłych odmianach raka, a młodzi gniewni – w garotach i gilotynach. Warunkiem większej przyjemności jest niepamiętanie o tym, że umieramy w wirtualnym świecie, ale podświadomości nie da się tak łatwo oszukać.. a może da? Może lepsza technologia albo lepszy kat-programista załatwi sprawę i zhackuje nasze id?

Id, podświadomości, jednak nie da się tak łatwo oszukać, o czym przekonuje się Bias, bohater Małego Nieba. Podświadomości, a może sumienia (w takim razie raczej nie id, a superego)? Wsparte programowo, zapewnia mu ono prawdziwy czyściec, ponieważ podświadomie czuje on, że na zbawienie zwyczajnie nie zasługuje i jakaś kara się należy, choćby za zbyt komfortowe życie i oszukiwanie śmierci poprzez skorzystanie z usług korporacji, która to gwarantuje mu wirtualną nieśmiertelność (prawie nieśmiertelność, raptem miliard lat po zgaśnięciu Słońca). Owa korporacja Heaven Enterprise Trust Ecumenical Corporation (HEUTEC), oferuje pośmiertne „niebo” i zapewnia luksusowe, w porównaniu z „publicznymi cyberkatakumbami”, warunki oczywiście nie za darmo. Spacer korytarzami korporacji to okazja do niezłej satyry na na komercjalizację religii i płytki ekumenizm. A człowiek okazuje się być surowszy dla siebie niż Bóg – On potrafi nam wybaczyć, w końcu jest nieskończenie miłosierny, ale czy my potrafimy?
 
Powołanie Besta to nowe spojrzenie w temacie „zniewolenie człowieka przez sztuczne inteligencje”. W tym przypadku nie niewolą nas one wprost, nie żerują też na prymitywnych instynktach, ale przeciwnie, na uczuciach wyższych – miłości i… religijności. Tu też mamy wykład filozofii autora, który wszelkie systemy uważa za złe i nieludzkie z natury – pozwolę się z tym nie zgodzić. Co prawda autor daje nadzieję na przyszłe „uczłowieczenie” systemów, ale myślę, że w historii cywilizacji już trochę tych prób było, czasem nawet skutecznych. A demonizowanie systemów i hierarchii mam za tak samo fałszywe jak demonizowanie wolności – choć wiemy, że systemy mogą się przerodzić w tyranie, a wolność w dowolność i chaos.

W opowiadaniu Animista mamy przytomną konstatację (o czym zdaje się zapominać Dukaj, zakładający nieśmiertelność postludzką raczej bezproblemową), że przeniesienie osobowości do cyberprzestrzeni – tytułowych „cyberkatakumb” wcale automatycznie nie gwarantuje nieśmiertelności. Chodzi tu nie tylko o dość oczywistą utratę fizycznego nośnika, ale i zniszczenie czy ukradzenie software’u (w tym przypadku naszej osobowości). Tytułowy animista kradnie z sieci takowe „dusze” i przenosi w … różne przedmioty, często kierując się złośliwością (umieszczając np. osobowość misjonarza w krucyfiksie). Z drugiej strony – taki zabieg, po uprzedniej umowie z „kolekcjonerem” gwarantuje dużo większe bezpieczeństwo niż sieć publiczna (owe cyberkatakumby), ale – jako że zdany jesteś na łaskę i niełaskę kolekcjonera – mniejsze niż „wieczność” w zaświatach korporacji.

Bohaterka Ultimathulium ma wybór – umrzeć realnie, czy żyć wiecznie – przy czym to drugie oferuje jej technologia, a to życie to życie w Nanoceanie. Jako osoba wierząca ma prawdziwy dylemat i okazuje się, że na „skok wiary”, czyli prawdziwą śmierć, trudno jej się decydować. Co wybierzemy nadzieję na wieczność oferowaną przez religię czy pewność tejże ofiarowaną przez technologię?

Pozostałe opowiadania (cykl o Łucji i Luśce, Egzorcystka, Rodzinna kolekcja, Tabularezka) to wariacje na temat ludzkiej osobowości, z którą można będzie wyczyniać rozmaite cuda (np. przywoływać swoje dawne „ja” z różnych lat, będąc samemu też w wieku dowolnym), bądź przeciwnie, paść ofiarą programu do „dekonstrukcji mempleksu jaźni”. Dwa opowiadania, Żywa woda i Prawo serii, są ciałem obcym w zbiorze – pierwsze uważam za najsłabsze w książce, prosta historia o grupce młodzieży urządzającej spływ kajakowy, atakowaną przez demoniczne „coś”. Prawo serii zaś to właściwie nie SF, tylko dziwna fantastyka religijna, czy lepiej - metafizyczna. W opowiadaniu tym przewodnikiem racjonalnego doktora Adama Kurkiewicza po świecie (czy też zaświecie) jest Alef, żul-narkoman ze srebrnym młoteczkiem. Opowiadanie zagadkowe, pełne symboli i po trosze będące wykładem autora na temat np. opętania i wpływu demonów na rzeczywistość.

Patrząc na te sztuczne zaświaty, fałszywe śmierci i wciąż niepewną nieśmiertelność trudno nie zauważyć, że w technologiczno-korporacyjnych rajach i piekłach tak naprawdę będziemy tak samo daleko/blisko Boga jak na tym padole. A Zasada Zachowania Wolnej Woli skutecznie uniemożliwi wszystkim postludziom i megacyberosobowościom zajrzenie za zasłonę Tajemnicy – i tak trzeba będzie naprawdę umrzeć, tudzież naprawdę zostać skasowanym (o ile w ogóle cyfrowa kopia nas to będziemy w ogóle „my”, w co wciąż wątpię). Choć, niewykluczone, że z wyższej perspektywy to wszystko, razem z cybersiecią, to kolejny krok na drodze do noosfery… 

Konrad T. Lewandowski, Legendy cyberkatakumb, Fantasmagoricon, Warszawa 2009