
Z pozostałą częścią książki trudno się nie zgodzić. Rozdział o ekologii jest już lepszy, autor co prawda tradycyjnie straszy nas dziurą ozonową i globalnym ociepleniem, ale też przytomnie krytykuje różne panteizmy, new age, obala mit „szczęśliwego dzikusa”. Plemiona pierwotne też potrafiły niszczyć naturę, a w wielkim mieście, o zgrozo, spotkać można ludzi szczęśliwych i spełnionych. Niektórzy ekolodzy zresztą obwiniają (!) za postęp… Biblię (chodzi o nakaz „czyńcie sobie ziemię poddaną”). Mam to za kolejny ddowód słuszności postrzegania chrześcijaństwa przez Chestertona – dla jednych będzie ono zawsze zbyt konserwatywne, dla drugich, jak widać, zbyt postępowe. Dla jednych – zbyt ascetyczne, dla drugich – zbyt rozpustne. Zbyt agresywne – zbyt łagodne, wyrafinowane – prostackie, i tak dalej, i tak dalej, par opozycji można znaleźć dużo.
Wracam do książki. Teoria ewolucji umieszcza autor w szerokim kontekście zarówno historii przyrodoznawstwa, jak i historii myśli teologicznej – nie wzięła się znikąd, ponieważ skamieniałości i narządy szczątkowe znano wcześniej. Darinowi zawdzięczamy wyjaśnienie mechanizmu ewolucji, a nie samą koncepcję. Poza tym ewolucja nie była młotem na religię, wręcz przeciwnie – Bóg ewolucji nareszcie przestał być Bogiem deistów, paleyowskim zegarmistrzem, który nakręcił zegarek, stał się natomiast (tzn. oczywiście był od zawsze) transcendentny i immanentny zarazem. Zresztą, przez stulecia przyrodoznawstwo miało motywację religijną właśnie; tacy np. członkowie Towarzystwa Królewskiego byli wierzący. Potrzeba było paru nieporozumień, by nastąpił rozdźwięk (autor obwinia o to „sprawę Galileusza”, trochę może też, ale i Galileusz funkcjonuje jako pewien mit). Ogólnie – badanie przyrody od zawsze było działaniem mającym na celu poznanie Boga, po czym „oświeceniowcy” i „pozytywiści” zdemonizowali Kościół i chrześcijaństwo, a „romantycy” zdemonizowali naukę. I mamy pomieszanie z poplątaniem, jedni żałują, że nauka nie odpowiada na naiwne według niej pytania typu „po co żyjemy” i „jaki to ma sens”, drudzy kpią z Biblii, że, ha ha ha, Jozue zatrzymał słońce. Według nich Biblia powinna być napisana językiem artykułów ze Świata Nauki…
Książkę mam za wiarygodną; autor krytykuje panteizm, teorię Gai, nawet do koncepcji Teilharda de Chardina czy holistycznych zapędów teorii unifikacyjnych podchodzi dość sceptycznie. Bogato cytuje noblistów, wykazuje jasne granice kompetencji nauki i religii, odróżnia hipotezę od teorii (tak tak, to dlatego „ewolucja jest więcej niż tylko teorią”). Na pytanie, czy jesteśmy małpą (w końcu pod względem zoologicznej klasyfikacji jesteśmy zwierzęciem, mamy bardzo podobne geny itd.) czy bożym stworzeniem, odpowiada – i jednym i drugim. Sporo miejsca książka poświęca cudom, wskazując na słabe punkty „antycudowej” argumentacji, ale też na słabe punkty argumentacji C. S. Lewisa.
Warto przeczytać; autor swobodnie porusza się po sferze przyrodoznawstwa (jest profesorem genetyki) i chrześcijańskiej duchowości, Biblię też cytuje obficie. Można krytykować spory rozrzut tematyczny (celem było „uchwycenie nieporozumień” pomiędzy wiarą a nauką). Mamy zatem trochę historii przyrodoznawstwa i teologii ze wskazaniem przyczyn nieporozumień i niechęci, mamy trochę o ekologii po chrześcijańsku, trochę wreszcie o bioetyce na anglikańskim podwórku, gdzie proaborcyjna retoryka dominuje – cóż, mam szczerą nadzieję, że akurat w tej kwestii anglikanie kiedyś zmienią zdanie.
7/10
R. J. Berry, Bóg i biolog. Wiara a nauki przyrodnicze, Wydawnictwo WAM, Kraków 2005