
Trudno oprzeć
się wrażeniu, że jest to także powieść w duchu Verne’a, którego utwory były
określane jako „powieści cudownego wynalazku”. W powieści Lewandowskiego owym
cudownym wynalazkiem są wspomniane twardochody. Ale nie tylko – też pociski
kumulatywne o olbrzymiej mocy, pędnia (silnik parowy z naftą zamiast wody) czy
telegraf bez drutu. U Verne’a wystarczył jeden wynalazek, dzisiaj niezbędny
jest worldbuilding – i może szkoda,
że ten świat został wykreowany z myślą o tej jednej powieści, o czym świadczą finałowe
rozwiązania fabularne. Choć mogę się mylić.
Protagonistą
utworu uczynił autor Edwarda Starosławskiego, świeżo upieczonego absolwenta
francuskiej szkoły wojskowej, powracającego do Polski w momencie patriotycznych
uniesień. Dzięki temu można było ukazać konflikt między przywiezionym z Francji
kartezjańskim racjonalizmem a polską porywczością (a może próbę ich scalenia).
Jako kierownik Departamentu Inżynierii Nowej Starosławski może z bliska
obserwować politykę państwa i zakulisowe intrygi. Bardziej służąc krajowi głową
niż orężem, lansuje projekt pocisków kumulatywnych, wyśmiewanych przez nie
rozumiejących ich innowacyjności „specjalistów”. Znalazło się też w fabule
miejsce dla wątku miłosnego z piękną panią chorąży, afery szpiegowskiej,
wreszcie dla tytanicznych scen batalistycznych z udziałem polskich i rosyjskich
nad-twardochodów.
Co
charakterystyczne, cały główny wątek romansowy jest opisany w raczej
idealistyczno-rycerskich barwach, charakterystycznych raczej dla pruderyjnej
epoki wiktoriańskiej. Ale już w powieści Verne’a nie byłoby mowy o
homoerotycznych skłonnościach Emilii Plater czy Elizy Łupińskiej (powieściowy
odpowiednik jednej z naszych najważniejszych pisarek). Lewandowski jak zwykle
lubi trochę poskandalizować.
Niestety,
zgodnie z jakimś historycznym fatalizmem (podobnie jak w Bursztynowym królestwie), w powieści parowóz dziejów po kilku
latach dobrej historycznej passy wraca na właściwe tory. Pomimo doraźnych,
spektakularnych zwycięstw, w dłuższej perspektywie historycznej wygrana z
rosyjskimi nad-twardochodami i kilka lat niepodległości dają nam niewiele, a na
niekorzystną sytuację geopolityczną Polski nie ma cudów i żadne wygrane
powstania nie pomogą.
Ponownie można
mieć problem z nieuleczalnym antyklerykalizmem autora i trudno oprzeć się
wrażeniu, że niezależnie od kościelnej polityki, każda byłaby według autora niewłaściwa.
Jeśli Kościół popiera zbrojne aspiracje niepodległościowe – czyni źle, bo
miesza się do polityki, budzi demony patriotyzmu itd. Jeśli tego nie czyni, nie
chcąc popierać żadnej ze stron konfliktu – też niedobrze, bo wówczas jest
zachowawczy, a przecież doktryna wojny obronnej jest generalnie słuszna. Natomiast
prawdziwy chrześcijanin powinien być jednocześnie zbuntowanym, nieortodoksyjnym
i nieposłusznym hierarchii „heretykiem”, ale też broń Boże nie popadać w
szalone, niebezpieczne i irracjonalne sekciarstwo – rozumiem szlachetne
intencje autora, ale wciąż trudno mi jest określić jasną granicę między
szlachetnym buntem a „warcholstwem”. Powieściowy zbuntowany ksiądz Brzóska,
tworzący narodowy Kościół polskokatolicki, jest postacią pozytywną, ale czy np.
rzeczywisty ks. Jerzy Popiełuszko też? Od czego zależy szlachetność bądź
nieszlachetność buntu – od przyszłej skuteczności historycznej? Według autora powieści
klęska Powstania Styczniowego (w naszym świecie) ma sens, gdyż ostatecznie dzięki
niej odzyskujemy niepodległość – ale gdybyśmy odzyskali ją za 500 lat albo w
ogóle, sensu by nie miała?
Skoro jednak udało
się połączyć autorowi w powieści szlachetną staroświeckość z nowoczesnością, patriotyzm z racjonalizmem a młodzieńczy entuzjazm z dojrzałością i nutką goryczy czy fatalizmu, może też połączenie
ortodoksji z nutą „heretyckości” jest możliwe. Gimnastyka umysłowa przy
lekturze gwarantowana, zwłaszcza (choć nie tylko) dla rzymskich katolików. Czyta się świetnie, zmusza
do refleksji, a zgadzać się z autorem nie trzeba. A jeśli te nazwiska wzbudzą czyjąś ciekawość,
dodam, że Tesla i Chesterton również mają w książce znaczące miejsce.
Konrad T. Lewandowski, Orzeł bielszy niż gołębica. Powieść fantastyczna w konwencji steampunk.
Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013. Książka stanowi 11 tom serii Zwrotnice czasu.